Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Paco Ahlgren - Dyscyplina



Na początek uwaga: lubię fantastykę i szeroko zakrojone wizje świata, oparte o naukowe hipotezy. Nie odstrasza mnie fizyka kwantowa ani inne teoretyczne rozważania w książkach.

Ale dawno nie odłożyłam książki z tak mieszanymi uczuciami. Sinusoida: chwilami czytałam z zachwytem, a kiedy indziej miałam ochotę rzucić w kąt.

Możliwości są dwie: albo nabrałam się na recenzje i okładkowe zachwyty a powieść jest zmarnowaną realizacją ciekawego pomysłu. Albo książka rzeczywiście jest oszałamiającą wizją, wiwisekcją naszych założeń dotyczących granic percepcji i tak dalej, tylko ja jestem zwyczajnie za głupia żeby ją zrozumieć. Możliwość pierwsza jest przyjemniejsza, ale drugiej nie da się wykluczyć...

Douglas Cole od dzieciństwa ma niezwykłe zdolności, ale też jest prześladowany przez niewytłumaczalne wydarzenia. Kiedy spotyka go rodzinna tragedia, opiekę nad nim przejmuje przyjaciel domu. Na studiach Douglas poznaje Jeffersona, który stanie się jego przewodnikiem - obrońcą, i uchyli rąbka tajemnicy, jaką owiane jest dalsze życie bohatera. Pod opieką tych dwóch mężczyzn Douglas podniesie się z pierwszych upadków, rozpocznie dorosłe życie i wypełni swoje przeznaczenie.

Paco Ahlgren pracuje jako analityk finansowy, i przeniósł zainteresowania zawodowe do książki - duża część akcji polega na rozmaitych operacjach giełdowych i walutowych. Chwilami kusiło mnie streszczenie w dwóch słowach - fantastyka giełdowa. Bohater kupuje akcje, spółki, zakłada holding, wreszcie szykuje się do operacji walutowej, która zmieni oblicze świata po kryzysie gospodarczym. Ta część jest zrozumiała dla laika, a nawet bardzo interesująca, bo ciekawie pokazuje mechanizmy gry na giełdzie i gospodarki walutowej. Ale to tylko powierzchowna, najbardziej realistyczna warstwa.

Druga warstwa to przeznaczenie Douglasa. Czyli filozoficzno-metafizyczne implikacje teorii multiwszechświata (światów równoległych). I tu poważnie się pogubiłam. Koncepcja nie jest mi obca, nie zetknęłam się z nią po raz pierwszy, nie dalej jak miesiąc temu w jednym z czasopism popularnonaukowych czytałam obszerny wywiad z jednym z jej twórców. Autor jednak tłumaczy ją bardzo chaotycznie, w urywanych, fragmentarycznych wyjaśnieniach jakich dwaj mentorzy udzielają podopiecznemu. Rozważania o pętli czasowej i narkotyku pozwalającym "rozdzielić czas" i "przechodzić do innych światów" są bardzo intrygujące, ale tak mętne, że bez fachowego przygotowania trudno cokolwiek z nich zrozumieć, a pytania Douglasa (i czytelnika) najczęściej pozostają bez jasnych odpowiedzi.

Trzecia warstwa to typowy thriller czyli walka ze Złym - przedstawicielem tajemniczej organizacji (jej charakter też pozostaje nie do końca jasny), który także przemieszcza się między światami i w jakimś celu pragnie wywołać chaos (jaki to cel, dokładnie nie udało mi się zrozumieć). Ta warstwa mnie najbardziej złościła, bo sprowadzała wizję wielości światów do naparzanek rodem z najgłupszych filmów SF, łącznie z atrakcjami typu: przechwytywanie pocisków w locie i natychmiastowe gojenie ran, wyrywanie oczu, mózg rozbryzgany na podłodze i tak dalej.

Zakończenie losów Douglasa udało mi się przewidzieć na ok. 50 stron przed końcem, co oznacza że jednak nie jestem zupełnie głupia.

Co mnie najbardziej irytowało oprócz bijatyk - banalność psychologicznego opisu postaci. Rynsztokowy język. Nie mam nic przeciwko przekleństwom w literaturze, ale jest tysiąc sposobów na pokazanie, że bohater jest wściekły na cały świat, poza wkładaniem mu w usta przekleństw w każdym zdaniu. Typowy dialog Douglasa z mentorem wygląda tak:
"- Jaki masz, kurwa, problem, Jack?
- Obejrzałem część tego szajsu w bibliotece (...) i myślę że ten dziwak ma szczwany plan (...)
- Gówno o tym wiesz!" (str. 248)
co po pewnym czasie robi się męczące.
Podobnie męczące są tajemnicze wyjaśnienia, które niczego nie wyjaśniają i pojawiająca się co jakiś czas filozofia w stylu: "Jestem wszystkim i jestem niczym". (str. 499).

Na końcu książki autor zamieścił bibliografię pod optymistycznym tytułem "Zalecane lektury". Obejmuje pozycje o tematyce zarówno finansowej jak i filozoficznej. Może po uważnym przeczytaniu tego wszystkiego rozumiałabym w lot okruchy wyjaśnień, a lektura "Dyscypliny" dostarczyłaby mi więcej przyjemności niż powodów do irytacji. Tylko, że nastawiałam się na przeczytanie powieści popularnej, nie pracy naukowej. Autor literatury masowej nie powinien z góry zakładać, że czytelnik będzie dzielił jego naukowe zainteresowania - powinien przybliżyć mu świat powieści tak, żeby niepotrzebna była mapa w postaci lektur uzupełniających. Wielcy pisarze SF potrafili tego dokonać.

Ocena 5/10 - warunkowo, bo nie bardzo umiem ocenić.
niedziela, 16 sierpnia 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/08/17 14:24:30
Nie wiem, czy w tej ksiazce tez tak bylo, ale wiem, ze czesto autorem nezrozumialych fragmentow i "dziwnych udziwnien" jest nie autor a tlumacz, ktory nie mogac poradzic sobie i nie majac ochoty na grzebanie sie w literaturze fachowej, upraszcza sobie zadanie wstawiajac niezrozumialy belkot. Spotykam sie czesto z takimi "kwiatkami" literackimi i zlosci mnie to strasznie, bo rzuca cien na bogu ducha winnnego autora.
-
2009/08/17 20:22:54
To nawet nie kwestia niezrozumiałości - a fragmentaryczności wyjaśnień.
Jest jakiś Zły, który należy do jakiejś organizacji, nie wiadomo do końca jakiej, Zły posługuje się jakimś narkotykiem, który nie wiadomo skąd się wziął, porozumiewa się z innymi swiatami jakimś urządzeniem, którego natury i działania nikt do końca nie zna, wszyscy tkwią w pętli czasu ale po co i dlaczego...
Przychodzi mi jeszcze do głowy że to taki zamysł autora - żeby czytelnik wiedział tylko tyle, ile wie bohater (a bohater jest mocno zagubiony i na większość pytań dostaje odpowiedzi w stylu: dowiesz się w swoim czasie). Zamysł irytujący.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli