Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Zanim umrę - Jenny Downham


Umieranie na raka to kicz.

Kultura masowa zrobiła z umierania na raka sentymentalny schemat. Prawie w każdym serialu, w każdym filmie z gatunku Okruchy Życia, przewija się gdzieś chuda postać w chusteczce na ogolonej głowie. Obowiązkowo dzielna, pogodzona z losem i bardziej optymistyczna niż wszyscy dookoła - jeśli ma umrzeć. Obowiązkowo wygłasza banały w rodzaju "dzięki chorobie narodziłam się na nowo, nauczyła mnie nowego spojrzenia na świat" - jeśli przeżyje. Albo pojawia się w tle jako przyczyna smutku tego przystojnego wdowca, duch zmarłej matki udzielający dobrych rad i tak dalej. Na koniec mamy nauczyć się doceniać każdy dzień życia i czerpać otuchę z jej historii. Błe.

Niedobrze się robi na samo hasło "bohaterka książki umiera na raka".

A tu jest jeszcze gorzej: na raka umiera 16-letnia dziewczyna. I ma listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Niedobrze się robi już od razu na samym początku. Na myśl o tych nieuchronnych "drobnych radościach życia" i "cieszeniu się każdym dniem", których można się spodziewać.

Tylko dlaczego w końcu wcale nie zrobiło mi się niedobrze, a wręcz przeciwnie, nie mogłam się od tej książki oderwać?

Może dlatego że autorka nie popada w sentymentalizm. A może po prostu dlatego że to brytyjska książka, a nie amerykański film na "kanale Hallmarku".

Jest prosto do bólu. Czyta się szybko i bardzo łatwo. Proste zdania w czasie teraźniejszym, krótkie rozdziały opowiadają prostą historię. To idealna pierwsza lektura w oryginale dla czytelników niepewnych swojej znajomości angielskiego. Na ponad 300 stronach ledwie dwa słowa, po które musiałam sięgnąć do słownika.

Tessa ma 16 lat, i białaczkę. Leczenie zawiodło. Tessa wie, że umrze i sporządza listę rzeczy, które chce jeszcze zrobić. Od banalnych (poczuć świeży śnieg pod butami) przez buntownicze (złamać prawo, prowadzić auto bez prawa jazdy) po najważniejsze - kochać, być kochaną. Zostawić coś po sobie.

Wszyscy umieramy. Ale Tessa szybciej. Ma przed sobą kilka miesięcy, w których musi zmieścić to wszystko, na co zdrowi mają kilkadziesiąt lat. Całe dorastanie z buntem i głupimi błędami, całą dorosłość. Życie w trybie fast forward. Jednocześnie Tessa jest typową nastolatką - nieustannie wysyła smsy, kłóci się z koleżanką, buntuje się przeciwko ojcu, pragnie żeby matka wróciła, wścieka na chłopaka.

Jenny Downham udało się pokazać takie najzwyklejsze życie, łańcuch zwykłych wydarzeń i prostych spraw, znanych każdemu z nas, ale nagle zyskujących na znaczeniu kiedy w tle cały czas tkwi świadomość nieubłaganie zbliżającej się śmierci. Chwilami robi się ckliwo-sentymentalnie - nie wiem czy przy tym temacie da się tego w ogóle uniknąć - te wszystkie kwiaty jabłoni, skrzypienie śniegu pod stopami, powrót do nadmorskiego miasteczka z dziecięcych wakacji. Na szczęście prostota opowieści ratuje ją przed kiczem. Autorka nie unika też całej medycyny i fizjologii umierania - transfuzje, punkcje i krwotoki, bóle i omdlenia. Niedużo tego ale rysuje brutalne tło.

Na okładce napisane: "A book that will make you happy to be alive". Wydało mi się to dość okrutne, nie przepadam za ideą pocieszania się tym, że inni mają gorzej. Ale to prawda, tak ta książka działa. Tylko czy mamy się z czego cieszyć? Nam wszystkim tyka ten sam zegar co Tessie, tylko wolniej, więc przez większość czasu go nie słyszymy.

Happy endu nie ma. Tak, od razu zajrzałam na ostatnie strony, z głupią nadzieją że wszystko okaże się pomyłką i zobaczę tam trzydziestoletnią Tessę wspominającą wyjście z choroby. Nic z tego. Jest, jak na mój gust, ciut za dużo drobnych szczęśliwych zakończeń pobocznych wątków. Wszystko idzie jakby ciut za łatwo. Ale to jest podobno, tak w ogóle, powieść dla nastolatków, nie dla cynicznych dorosłych.

Na pewno warto przeczytać. Ale przyznam, że ekranizacji już bym nie zniosła :)

Ocena: 7/10
środa, 09 września 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/09/09 19:15:07
antidotum na produkcje hallmarku mogą być takie filmy:
www.cyfraplus.pl/program/abo/?full/30163
poruszający, prawdziwy, bolesny.
bez lukru.
--
lubię czytać zapiski scenarzystki
-
2009/09/09 20:08:35
Jeśli nie zniosłabyś ekranizacji, to broń Boże nie idź na "Bez mojej zgody", tę książkę w postaci filmowej spowadzono do kilku rzewnych obrazków, niestety...
-
germini
2009/09/10 00:11:38
Fabuła troszeczkę przywodzi mi na myśl film "My Life Without Me", całkiem dobry zresztą. To tak nawiasem mówiąc.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli