Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger


Przebrnęłam.

Trzeba przyznać, że mniej więcej od połowy książka robi się ciekawsza. Ale zacznijmy od początku.

"Żona podróżnika w czasie" to historia wielkiej miłości. Henry, bibliotekarz cierpi na pewne zaburzenie genetyczne - podróżuje w czasie. Niezależnie od woli czy chęci, nie panuje nad tym dokąd i do kiedy przeskoczy. Podczas jednego ze skoków już jako dojrzały mężczyzna, poznaje Clare - wówczas sześcioletnią dziewczynkę. Później, kiedy Clare będzie miała lat 20 a Henry 28, poznają się w "czasie rzeczywistym" - z tym, że ówczesny Henry nie będzie jeszcze znać swojej przyszłej żony.

Pomysł jako koncepcja intelektualna jest doskonały, od razu na początku zmusza do myślenia i kombinowania, i kiedy się człowiek dłużej nad tym wszystkim pozastanawia to czuje się nieswojo i ma zawroty głowy, bo wszystko się zapętla, przyszłość miesza się z przeszłością i trudno ogarnąć ideę takiego życia, gdzie coś, co już się zdarzyło, dopiero ma się zdarzyć, a mimo to na pewno się zdarzy bo już minęło i tak w kółko. Podróż w czasie w wersji Niffenegger różni się od podróży w czasie w klasycznej SF - nie ma mowy o zmianie biegu wydarzeń czy wpływaniu na historię. Do tego podróżnik wyrusza sam, nagi jak go pan Bóg stworzył, i większość podróży upływa mu na poszukiwaniu ubrania i schronienia, kiedy już zorientuje się, dokąd (i do kiedy) trafił tym razem. Narracja jest podzielona na dwa punkty widzenia: Henry'ego i Clare, w różnych punktach czasowych i miejscach, i trzeba bardzo uważnie czytać, żeby się w tym nie pogubić.

Z drugiej strony, strasznie mnie ta książka denerwowała. Na początek zjeżyłam się feministycznie. Oczywiście. On sobie podróżuje w czasie, a ona? Jak w piosence Alicji Majewskiej: "to męska rzecz, być daleko, gdy kobieta wiernie czeka..." Ona wiernie czeka, szykuje ubranie, szykuje kanapki, szykuje siebie na przybycie ukochanego, jej życie biegnie tylko wtedy kiedy pojawia się On. On - podczas gdy jego starsze "ja" odwiedza młodziutką Clare - baluje, imprezuje i żyje pełnią życia. Strasznie niewolnicza relacja, asymetryczna i odpychająca, do samego końca. Oczywiście irytowała mnie też Clare, tak zupełnie poddająca się temu nieprzewidywalnemu uczuciu, wierna i cierpliwie czekająca. Bonus dla feministek - to on w tym związku umie gotować.

Po drugie - nie znoszę takich artystowskich bohaterów. W codziennej rozmowie cytują poezje, tu skrzypek, tam śpiewaczka, tu eteryczna artystka robiąca rzeźby z papieru, i bibliotekarz od starodruków. Znów ten sam zarzut co przy "hienach cmentarnych" - czemu to nigdy nie może być kasjerka z Walmartu z nadwagą i łysiejący aktuariusz tylko zawsze ę,ą, noblista i rzeźbiarz w piasku? Cała fabuła rozgrywa się w takim denerwującym środowisku, w ramach tzw. przeciętnych ludzi występuje w zasadzie tylko prawnik anarchista ale żonaty z artystką. Z tego oczywiście wynika masa przegadanych opisów pracy nad tworzeniem rzeźb z papieru na przykład, i chwilami miałam wrażenie że autorka aż za bardzo chce nam pokazać jaka Clare jest uduchowiona, wzniosła, romantyczna i nie z tego świata.

W ogóle, jak dla mnie - za dużo uczuć, za dużo gadania o uczuciach, za dużo poezji, muzyki, opery, skrzypiec, tęsknoty, rzeźbienia w papierze, opisywania "znaczących" snów. Za dużo poetyckich porównań (czytałam w oryginale więc cytować nie będę, gdyby się ktoś krzywił na wersję polską to to NIE jest wina tłumacza, to już tak było po angielsku). Niby prosta narracja, niby niedługie zdania w czasie teraźniejszym, a chwilami robi się nie do wytrzymania ckliwie i sentymentalnie. Za dużo opisów, miałam wrażenie że same opisy ubrań Henry'ego zajmują co najmniej ćwierć książki, a drugie tyle - opisy seksu bohaterów. I wydaje mi się że bez szkody dla czytelnika można by to wyciąć. 

I niekonsekwencja (uwaga spoiler!). Skoro Clare miała tak straszne, z lubością i w detalu opisane problemy z donoszeniem dziecka Henry'ego, ze względu na jego odmienny genotyp, skoro mogła urodzić żywe dziecko dopiero dzięki nowoczesnym lekom i po wielu próbach, skoro myszy mające urodzić takie zaburzone potomstwo masowo umierały, to jak to możliwe że Henry w ogóle urodził się żywy, ze zwyczajnej matki, w latach 60 dwudziestego wieku?
Skoro córka Henry'ego w wieku ledwie 10 lat swobodnie oznajmia nauczycielce że cierpi na "zaburzenia chronologiczne" (CDP) tak, jak dzisiaj dzieci mówią, że mają alergię na mleko - to znaczy że takich osób jest/będzie więcej a przypadłość już niedługo po odkryciu stanie się dość powszechna. Więc dlaczego Henry nigdy nie spotkał innego "CDP", skacząc w przyszłość, ani w "czasie rzeczywistym"?
Autorka niestety nie oferuje nawet próby odpowiedzi na te dwa pytania, a szkoda, bo mnie to na przykład bardzo nurtowało i chętnie przeczytałabym jej wyjaśnienie.


Podsumowując, jestem trochę rozdarta. Bo pomysł sam w sobie jest super a książka momentami naprawdę wciąga i intryguje tak, że trudno oderwać się od lektury. Z drugiej strony bywa sentymentalnie rozwlekła i przegadana, wydumana i niekonsekwentna. Chwilami przesłodzona a chwilami obrzydliwie fizjologiczna (starania o dziecko). Te kontrasty nie złożyły mi się w spójną całość, a irytowały i tworzyły wrażenie nierównego poziomu.

Ocena 5/10
niedziela, 04 października 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/10/06 18:49:07
Książki jeszcze nie zaczęłam czytać, ale recenzja bardzo interesująca. :)
-
2009/10/08 19:23:58
omatkobosko, masz mnie w linkach :D ale fajnie :)
Ale ja w innej sprawie, chciałam spytać, czy widziałaś to: neta.blox.pl/2009/09/Czerwony-rower-Antonina-Kozlowska.html
-
2009/10/08 22:24:57
pewnie że widziałam, śledzę i guglam na bieżąco :-)))
-
2009/10/08 23:18:27
Trafiłam tu nareszcie :)
A jak się ma opisywana książka do filmu "Dziwny przypadek Benjamina Buttona" (o ile widziałaś?) - bo jakoś bardzo podobnie brzmi...
-
2009/10/11 23:36:38
widziałam dziś zwiastun filmu w kinie
wygląda ciekawie, ale "Benjamin" sam się jako skojarzenie pcha...
-
2009/10/12 08:41:40
Nie widziałam "Benjamina" ale z tego co wiem, Benjamin cofa się w czasie linearnie, od starości do narodzin, a Henry skacze chaotycznie w rozmaite punkty przeszłości. Więc chyba jednak to dwie zupełnie różne historie.
-
2009/10/17 11:59:36
Ja przez to nie przebrnęłam, już nie pamietam co mnie najbardziej zniechęciło...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli