Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Dom córek - Sarah-Kate Lynch
Trochę mi głupio.

Bo sięgnęłam po tę książkę zachęcona pozytywną notką u Prowincjonalnej Nauczycielki , a teraz, no cóż, zamierzam ją zjechać. Nie Nauczycielkę a książkę, oczywiście :) ale i tak... jakoś dziwnie.

To jedna z tych książek, które, z niezrozumiałych dla mnie powodów, podobają się milionom kobiet na całym świecie. Poza mną. Można więc spokojnie założyć, że to ze mną coś jest nie tak, a książka jest OK.

Historię - w skrócie - można streścić tak: po śmierci właściciela podupadającej winnicy posiadłość przechodzi w ręce jego trzech córek. Najstarsza nie znosi (z wzajemnością) średniej, a obie do chwili podziału spadku nie mają pojęcia o istnieniu najmłodszej. Na dalszych 250 stronach siostry nawiązują więź, ratują rodzinną posiadłość, odkrywają swoje mroczne tajemnice z przeszłości, ocalają swoje życie, przetrwają przeciwności losu, żyją długo i szczęśliwie, amen. W międzyczasie jest dużo o uprawie winorośli i robieniu szampana (to akurat jest najciekawsze).

Nie nastawiałam się na arcydzieło - Mbmm uczciwie uprzedzała, że to taka lektura na popołudnie, do czekoladek. Nastawiałam się na książkę lekką, łatwą i przyjemną, ot, przerywnik po przygnębiającej "Córeczce".

Ale ja już chyba się nie nadaję do czytania takich książek. Nawet dla relaksu. Bo bardziej mnie denerwują niż relaksują.

Książka jest płaska. Ten przymiotnik przyszedł mi do głowy już na początku, i nie chciał się odczepić do samego końca. Płaska jak spacer po chodniku z kostki bauma. To jedna z tych książek, które się czyta prześlizgując się łatwo po gładkiej powierzchni. Żadne drzwi nie zachęcają do zbadania głębszych obszarów, pod stopami nie otwierają się żadne szczeliny, nie można się nawet potknąć o korzeń bo autorka wyszlifowała korzenie papierem ściernym i polakierowała.
Bohaterki są narysowane grubą kreską, i przechodzą przewidywalne przemiany, bo jak łatwo się domyślić, pod pozorami oschłości, złośliwości czy buntu wszystkie są anielsko dobre tylko nieszczęśliwe i niezrozumiane. Tajemnice wychodzą na jaw bez trudu, zwierzenia i łzy płyną z łatwością szampana lejącego się z butelki, a na dodatek pod nogami stale pęta się przesympatyczny kucyk.

Do tego przez cały czas miałam wrażenie, że czytam jedną z powieści Judith Krantz, tyle że Judith Krantz tworzyła chyba bardziej pełnokrwiste bohaterki (albo ja byłam o 15 lat młodsza i mniej zblazowana).

No więc tak - niby jest tu wszystko co trzeba - historia rodzinna, dawne urazy, pojednanie, walka o ratowanie winnicy, klimat Francji, powikłane stosunki rodzinne, miłość, strata, trzy różne uzupełniające się bohaterki. Z drugiej strony to wszystko jest jakoś tak zmieszane, że wyszło strasznie nijako. Ani przez chwilę nie umiałam się wciągnąć, współczuć czy pożałować którejś z sióstr. W zasadzie nawet (co dla mnie przekreśla książkę) nie byłam ciekawa, jak się skończy, bo wiadomo było, że dobrze.

Na koniec - Sarah-Kate Lynch (pewnie do podziału z tłumaczką) otrzymuje Puchar Przechodni za najbardziej bezsensowne porównanie, jakie w życiu czytałam:
"Rozgoryczenie, o które oskarżała Oliviera, rozlewa się w jej sercu niczym śmietanka w gorącej czekoladzie" (str.25).
Może inne czytelniczki znajdą tu to magiczne "coś", czego mnie się nie udało znaleźć, przyznaję 4/10 głównie za opisy winnic i produkcji szampana.
niedziela, 01 listopada 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
abiela
2009/11/01 23:26:47
Ja już popełniłam błąd czytając "Błogosławionych, którzy robią ser". Drugiej szansy tej pani nie dam.
-
2009/11/02 06:43:59
Nie biorę do siebie:)))

-
2009/11/02 08:23:41
Mbmm - uff ;-)
-
2009/11/02 10:25:57
Cóż, czasem trzeba krzyknąć, że król jest nagi. ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli