Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Sekretne życie pszczół - Sue Monk Kidd


Odkąd piszę tego bloga, zaczęłam się bardziej uważnie przyglądać moim uczuciom związanym z czytaniem. I doszłam do wniosku, że nic nie jest przewidywalne. Odkrywam, że książki, które "powinny" zachwycać zgodnie z tym, co wiem o sobie, wcale nie zachwycają, z kolei książki, które według wszelkich danych powinny mi się nie podobać - czasem zachwycają.

Upodobania czytelnicze chodzą krętymi ścieżkami :) I chyba też bardzo zależą od tego czy dana książka trafi w "swój czas" i miejsce, i od wielu, wielu innych rzeczy, których tylko mgliście mogę się domyślać o sobie.

"Sekretne życie pszczół" to teoretycznie banalna, ciepła i słodka bajka o kobiecości, którą mój wewnętrzny komputer powinien wrzucić do szufladki z napisem "słodkie do wyrzygania", a potem wypluć jadowitą recenzję. Zwłaszcza po niedawnym psioczeniu na hallmarkową ckliwość. Dlaczego za chwilę pojawi się tu pean zachwytów - nie mam pojęcia.

Czternastoletnia Lily Owens mieszka na farmie z okrutnym ojcem, który jej nienawidzi i czarną opiekunką Rosaleen. Dziesięć lat wcześniej tragicznie zginęła matka Lily, a dziewczynka obwinia się o jej śmierć, jednocześnie idealizując postać matki w wyobraźni. Pewnego dnia, na skutek serii nieprzyjemnych wydarzeń, Lily wraz z nianią musi uciec z miasteczka. Wykorzystuje ucieczkę do poszukiwania śladów matki. Dzięki temu trafiają do domu zamieszkanego przez trzy czarnoskóre siostry prowadzące pasiekę. Siostry wyznają coś w rodzaju kultu Matki Boskiej, przedstawionej w postaci posągu "Czarnej Madonny" stojącego w ich domu.

Rzecz dzieje się w Karolinie Południowej na początku lat 60-tych, tuż po podpisaniu przez prezydenta ustawy o prawach obywatelskich dla czarnoskórych mieszkańców USA. Jednak sama ustawa bynajmniej nie kończy prześladowań - a przynajmniej nie w prowincjonalnym miasteczku na Południu, zamieszkanym przez ludzi, którzy potrafią ustawić straże przed kościołem, byleby czarni do niego nie weszli.

I to jest to Południe, o którym kocham czytać, to "więcej bagna niż kukurydzy". Ktoś napisał na Merlin.pl: "Zabić drozda" to to nie jest. Nie jest, ale co z tego.

Rasizm, prześladowania, aresztowania, napaści na czarnych - to wszystko stale przewija się, czasem w tle, a czasem jako najważniejsze wydarzenia w fabule. Nie sposób czytać tej książki jak bajki, wiedząc o tym, że szczęśliwe wspólne życie Lily, Rosaleen i sióstr Boatwright stale wisi na włosku, zależnym od kaprysu białych - policjantów, strażników, mieszkańców miasteczka. Że każdy czarny może wylądować w więzieniu pod byle pretekstem. Że nie ma szans na to, żeby dziewczynka i niania wspólnie przenocowały w motelu albo zjadły w restauracji. Dla mnie rasizm amerykański XX wieku jest nadal zjawiskiem wstrząsającym, którego nie potrafię w żaden sposób zrozumieć, ani czytać o nim obojętnie.

Druga rzecz, która mi się podobała: są takie książki, które są w całości zorganizowane wokół jednego tematu, zajęcia albo dziedziny wiedzy. O ile autor ma dość wiedzy w temacie i potrafi ją przekazać, to taka książka robi się pasjonująca. Taki był na przykład "Medicus" Gordona, którego chłonęłam nie tylko dla historii bohatera ale i dla wiedzy o medycynie średniowiecza. I takie jest "Sekretne życie pszczół" - wokół motywu pszczelarstwa, gdzie mottami do kolejnych rozdziałów są fragmenty książek na ten temat, a pszczelarstwo jest codziennym zajęciem bohaterek.

Po trzecie, jest tu to, co lubię najbardziej - tajemnica z przeszłości (śmierć matki Lily), którą dziewczynka musi rozwiązać. Dorastanie. Odpowiednie proporcje wydarzeń tragicznych i pozytywnych. Więź między kobietami. I mistyka kobiecości, kult Bogini-Matki, potęga miłości - elementy, za którymi zazwyczaj nie przepadam, ale tu, doskonale wplecione, stanowią osnowę wszystkiego, co się wydarza.

I nie da się ukryć - kupiłam jako czytadło do autobusu, a nie mogłam się oderwać przez weekend, a do tego po skończeniu czytania czułam się lepsza i bogatsza o coś nieuchwytnego :)

I na koniec cytat, który możecie sobie uznać za ckliwy i hallmarkowski :-)
"Czy wiesz, że w jednym z eskimoskich języków są trzydzieści dwa słowa oznaczające miłość? - powiedziała August. - A my mamy tylko jedno. Jesteśmy tacy ograniczeni. Musisz używać tego samego słowa, opisując miłość do Rosaleen i miłość do coca-coli z orzeszkami." (str. 151)

I, dla równowagi drugi:
"...po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, jak wielką wagę przywiązuje się do pigmentu w ludzkiej skórze, jak bardzo ostatnimi czasy ten pigment stał się Słońcem, a wszystkie inne sprawy planetami..." (str.166)
bo to do mnie bardzo przemawia - to tylko pigment. Rasizm wobec osób, które mają go więcej, jest tak samo idiotyczny jak prześladowanie rudych czy niebieskookich...

Ostatnia rzecz - bardzo nie podobała mi się filmowa okładka - wszystkie kobiety są na niej o jakieś 20 lat za młode i zdecydowanie zbyt "śliczne".

Oceniam na 9/10, świadoma, że nie jest to ani "Zabić drozda" ani Toni Morrison, ale tak mi serce podpowiada.
poniedziałek, 14 grudnia 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
m.dawid
2009/12/14 10:24:34
Ksiażkę przeczytałam kilka lat temu i bardzo mi się spodobala. Teraz zabieram sie do niej po raz kolejny, bo znalazlam ja w skladzie tanich ksiazek za jakies 12 pln. Okladka starsza i duzo znosniejsza od tej , ktora tu pokazujesz. Bardzo fajna , pogodna opowieść, zostawia miłe uczucia i tez mi zupelnie nie przeszkadza, ze nie jest do wysokoa literatura.
-
agawa79
2009/12/14 11:23:56
No to u mnie chyba też trafiła na dobry czas, bo mnie się też podobała. Nawet gdzieś nazwałam tę książkę "Toni Morrison w wersji light". Lubię takie książki, niby niezbyt ciężkie, ale przecież niegłupie i z klimatem, i z nienachalnym feminizmem w tle. :)

Co chcecie od okładki, fajna jest. Film mnie trochę znudził i zasłodził, ale większość postaci i miejsc wyglądała dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. No, może było odrobinkę za czysto. ;)
-
2009/12/14 12:15:10
Moje wydane ma ładniejszą okładkę ;) Miałam podobne wrażenia po lekturze.
-
2009/12/14 18:25:36
"Toni Morrison w wersji light" - doskonałe podsumowanie.
Okładka jest niefajna, bo a) nie lubię filmowych okładek, b) panie na obrazku powinny być o 20 lat starsze, większe, brzydsze, te tu są jak prosto od kosmetyczki, nie pasują.
O filmie słyszałam, ale myślę, że ten film można spokojnie obejrzeć na dvd w domu i tak zrobię.
-
2009/12/14 19:44:51
Dostałam w prezencie kilka lat temu, więc okładka była wtedy inna. Bohaterka budzi sympatię a historia zachęca do działania i przezwyciężania trudności - to mi się bardzo podobało akurat (może dlatego, że łatwiejsze życie w jej wieku miałam); o przyjaźni, rodzinie i wspieraniu się nawzajem w potrzebie i na co dzień (o ile pamiętam:). Poleciłabym zwłaszcza dziewczynom w wieku bohaterki lub niewiele starszym.
-
2009/12/14 22:28:34
przywiozlam z Polski poprzednim razem, kupilam, bo kolezanka, ktora mi ja polecala, miala taki blask w oczach, kiedy o niej mowila, ze uznalam, ze warto zaryzykowac, chociaz okladka mnie wlasni zniechecila, a do tego ksiazka sie 'nie rozklada' wygodnie do czytania, tylko jakas taka ciasna jest i to mnie wkurza. Tresc jednakze wazniejsza od tych niedogodnosci, wiec wkrotce mam zamiar do niej zajrzec
-
be.el
2009/12/14 22:31:15
Bardzo, bardzo mi się podobała. Też zaczęłam przypadkiem, na chwilkę, może nie do końca i przepadłam. Jak zaczęłam, zamknęłam dopiero po skończeniu. Nie mogłam ścierpieć ojca dziewczyny, uwielbiałam Murzynki, które zajły się Lily. I inaczej spojrzałam na ...miód. Okladka moim zdaniem nie pomoże książce.
-
2009/12/15 00:06:38
Wszystkie_koty... - a ja nie wiem, czy dziewczyna w wieku bohaterki byłaby na tyle dojrzała, żeby w pełni zrozumieć... ale może nie doceniam nastolatek.

Kasia.eire - fakt, nie rozkłada się, też mnie to denerwowało :)
-
agnes_plus
2009/12/18 20:58:25
Dzięki za recenzję, wrzucam do schowka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli