Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Umarli nie tańczą - Charles Martin


To jest książka, w którą wkopałam się na własne życzenie, bo nie umiałam się powstrzymać przed kupieniem powieści o kobiecie, która po trudnym porodzie zapada w śpiączkę. I mam za swoje.

"Umarli nie tańczą" to całkiem dobrze napisana powieść, która wkurzała mnie od pierwszej do ostatniej strony.

Dylan i Maggie Styles mieszkają na farmie w Południowej Karolinie. Spodziewają się narodzin pierwszego dziecka, są szczęśliwi. Jednak podczas porodu pojawiają się komplikacje, dziecko umiera a Maggie zapada w śpiączkę. Dylan spędza większość czasu przy łóżku żony, pogrążony w rozpaczy. Na szczęście ma wokół siebie przyjaciół: Amosa, szeryfa w miasteczku, Bryce'a, zdziwaczałego weterana z Wietnamu, milionera mieszkającego w przyczepie, pastora Johna. I uczniów - okazuje się bowiem, że Dylan, oprócz pól kukurydzy, posiada doktorat anglistyki, i już po tragedii zaczyna uczyć literaturoznawstwa w miejscowym colege'u (albo szkole średniej - nie udało mi się tego dokładnie dowiedzieć).

Książka jest amerykańska do szpiku kości. Jest taki charakterystyczny amerykański styl egzaltacji, znany z filmów "na kanale Hallmarku". I on tu jest od pierwszej do ostatniej strony. Świat jest zaludniony Dobrymi Ludźmi i Przyjaciółmi, których "czyny mówią więcej niż słowa", bohater toczy rozmowy z Bogiem przy pomocy ciężarnej uczennicy - córki pastora, bohater płacze, bohater kultywuje szorstką męską przyjaźń, na kościelnym pikniku kobiety karmią bohatera tłuczonymi ziemniakami. Z typowo-amerykańskich motywów mamy jeszcze kult anglistyki i pisarstwa i relacje nauczyciel-uczeń jak ze "Stowarzyszenia Umarłych Poetów".

No dobra, może mnie trochę poniosło. Rzecz w tym, że jest na pewno mnóstwo ludzi, do których te klimaty przemawiają, a mnie od nich mdli.

Nie znoszę bohaterów, którzy uczą angielskiego w college'u bo to jest jak stempel na czole z napisem: intelektualista. Nie znoszę łatwego dobra i łatwych przemian. Co najmniej połowa postaci wydała mi się kompletnie niewiarygodna: zgwałcona dziewczyna, która ani na moment nie traci wiary i decyduje się urodzić chciane i kochane dziecko z gwałtu? Ściągający uczniowie, którzy po jednej rozmowie postanawiają zmienić swoje postępowanie? Szpitalny urzędnik, pobity przez bohatera w kłótni, przysyłający liścik z przeprosinami? Handlarz używanych samochodów, który pomaga wszystkim dookoła? Jest jeszcze bardziej słodko i ckliwie niż w "Bożym narodzeniu w Lost River", które było dla mnie dotąd szczytem tego typu egzaltacji. A, i dodam wstrętnie spoiler: oczywiście Maggie na końcu książki się obudzi.

Kocham Południe USA, ale wolę takie książki z Południa, jakie pisze Rebecca Wells - pełne mroku, sekretów i krzywd z dzieciństwa. Więcej mrocznego bagna niż kukurydzy.

Dodatkowo nie cierpię autorów, którzy na końcu książki dodają wywody na temat jej powstania, pełne pokory i skromności, gęsto usiane podziękowaniami dla wszystkich, którym powiedzieli "dzień dobry" podczas pisania.

A poza tym to się całkiem szybko i miło czyta, i jeśli ktoś nie ma alergii na hallmarkowskie klimaty to pewnie uzna "Umarłych..." za świetną powieść sympatycznego debiutanta. A mnie za jadowitą, sfrustrowaną, zawistną harpię ;-p

więc 5/10

niedziela, 06 grudnia 2009, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
agnes_plus
2009/12/06 14:17:46
Nie kupiłabym tej książki, okładka taka harlekinowa jakaś... :)
-
2009/12/06 19:01:12
tak z boku - czy warto dodać Axelsson do czytelniczej poczekalni? Przekartkowałem w empiku i wciąż się zastanawiam, a nie znalazłem żadnej dobrej recenzji
-
2009/12/06 19:16:36
Zdecydowanie warto, a nawet trzeba :)
Zwłaszcza "Dom Augusty" i "Kwietniową czarownicę"

Agnes - ja nie zwracam uwagi na okładki. Wydawcy potrafią czasem zarżnąć dobrą książkę beznadziejną okładką.
-
agawa79
2009/12/06 19:46:15
Hehe, "jak na kanale Hallmark" - dokładnie tymi słowami określiłam parę dni temu film "Bez mojej zgody" na którymś z blogów. ;)

Że po Axelsson warto sięgnąć - potwierdzam, zwłaszcza po wspomniany przez Mdl "Dom Augusty" (chyba jej najlepsza powieść) i po "Ta, którą nigdy nie byłam". "Kwietniowa..." też jest mocna, ale czytałam ją w takim okresie, kiedy z lekka miałam dość pewnych skandynawskich motywów, więc ta powieść nie należy do moich ulubionych. Ale obiektywnie rzecz biorąc, to bardzo dobra książka.
-
2009/12/06 19:57:44
dodałem :)
A Stephenson? Z tego co czytałem to taki trochę Dukaj (Dukaj którego gotów jestem podziwiać, ale z daleka, bo mnie straszliwie wymęczył). Moje ostatnie spotkanie z fantastyką to Ursula Le Quinn i pierwsza część Diuny. Sapkowskiego już tak przekartkowałem, Pratchett jakoś ominął mnie bokiem..
-
agawa79
2009/12/06 20:12:59
Mdl, z góry sorry za offtopy (powiedziała wielbicielka pięknej polszczyzny ;)).

Jasox, a tego Sapkowskiego to z której strony kartkowałeś? Seria o wiedźminie jest, powiedzmy, kultowa, ale ja jestem wielką fanką trylogii o Reynevanie, znacznie dojrzalszej literacko niż saga wiedźmińska i bardzo dopracowanej, jeśli chodzi o szczegóły historyczne. Niektórzy narzekali na szybkość wydarzeń w fabule, ale moim zdaniem fabuła to tylko dodatek do prawdziwej wartości tej książki. Dukaj to moja nowa miłość, zmęczyć się jeszcze nie zdążyłam. Stephenson jakoś mnie ominął, ale czeka sobie w poczekalni. Co do Pratchetta, to u mnie chwyciło dopiero, jak zaczęłam go czytać po angielsku; kiedy czytałam po polsku, to jakoś nie rozumiałam, czym się wszyscy tak podniecają. A teraz go kocham, byle nie za dużo w jednej dawce. ;)
-
2009/12/06 20:44:32
To ja dołączę do offtopowej dyskusji :)
I ja wolę Reynevana od Wiedźmina, za Wiedźminem nie przepadam. Pratchettem mam przesyt, tzn. po parunastu tomach jego dowcip zaczął mnie nużyć (a czytałam w obu językach, zależnie jaka wersja mi w ręce wpadła).
Stephenson to taki trochę Dukaj - to chyba dość trafne stwierdzenie, z tym że dla mnie NS jest łatwiejszy w odbiorze i nieco lżejszy - przynajmniej poprzednie książki, bo ta "Peanatema" zapowiada się jako dość groźny test dla intelektu czytelnika :)
-
2009/12/06 21:06:48
A ja myślałem że nas wywalisz, i odpowiedziałem w blogu agawy :)
Zaryzykuję i dodam też Stephensona, dzięki.
Tylko kiedy to przeczytam ;(
-
agawa79
2009/12/07 10:14:43
Zgodzę się, że dowcipem Pratchetta łatwo się znużyć, dlatego robię dłuuuugie przerwy między jedną książką a drugą. Kilkunastu jego książek to ja jeszcze nie znam (w sensie, że czytałam chyba sześć, o ile dobrze liczę), więc być może całe znudzenie przede mną.

Wiedźmina lubię tak czysto po kobiecemu. ;) No co ja poradzę, że robi na mnie wrażenie. ;) Poza tym Sapkowski w Wiedźminie mnie rozbawia do łez - ogólnie mało co mnie śmieszy, ale humor Sapkowskiego do mnie trafia i sprawia, że chichoczę przez trzy dni z jednego dowcipu. Bardzo, bardzo mało jest literatury, która mnie tak rozbraja. Poza tym w jakiś perwersyjny sposób pociąga mnie brutalizacja rozmaitych bajkowych motywów w tej serii; no same smaczki, mniam. Chodź, powtórzę, literacko w Wiedźminie Sapkowski jeszcze nie jest w pełni rozwinięty.

Stephenson mnie coraz bardziej pociąga, lubię się umęczyć przy czytaniu. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli