Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Alabama song - Gilles Leroy


"Alabama song" to powieść oparta na życiu Zeldy Fitzgerald, żony Francisa Scotta Fitzgeralda, ale, jak podkreśla autor w posłowiu, nie należy jej odczytywać jako biografii postaci historycznej, a jako powieść właśnie. Książka zostala wyróżniona prestiżową Nagrodą Goncourtów za rok 2007.


Przyznam, że miałam spory problem z tą książką. Z jednej strony bardzo dobrze napisana, z drugiej upiornie monotematyczna, chwilami okropnie egzaltowana (wiem, to mój ulubiony zarzut, który powtarzam z nużącą regularnością, ale nic nie poradzę, że z trudem wytrzymuję taki ton, takie natężenie emocji na granicy histerii). Poza tym przyznam się do czegoś wstydliwego - nie lubię książek F.S. Fitzgeralda, "Wielkiego Gatsby'ego" uważam za mocno przereklamowane czytadło i nigdy nie zrozumiem, dlaczego Amerykanie postanowili akurat tego pisarza otoczyć takim kultem. Można linczować :)

Czytałam więc z mieszanymi uczuciami aż do końca. Ale to dobrze, a w każdym razie na pewno lepiej, niż czytać obojętnie.

Narratorką jest sama Zelda Sayre, córka Sędziego z Alabamy, szalona, utalentowana dziewczyna wtłaczana przez rodziców w rolę "piękności z Południa", która (chyba w ramach buntu) młodo wychodzi za mąż za pisarza. Książka to kronika ich nieudanego małżeństwa, alkoholizmu, niespełnionych ambicji pisarskich Zeldy trawionej zawiścią o dokonania męża, romansu z "francuskim lotnikiem". Kronika rwana i chaotyczna, bo Zelda opowiada ją lekarzom w szpitalu psychiatrycznym w latach 40, mieszając czasy i wydarzenia, fantazję i rzeczywistość. A zarazem kronika "epoki jazzu" i "straconego pokolenia". Zelda i Scott byli pierwszą parą celebrytów, słynną ze swych ekscesów, skandali, hucznych przyjęć i szaleństw, protoplastami wszystkich tych dzisiejszych zaćpanych gwiazdek w rodzaju Kate Moss i jej chłopaka. Obserwujemy ich upadek, rozpad małżeństwa, ruinę i chorobę psychiczną oczyma szalonej Zeldy.

Pomysł jest znakomity - popatrzeć na znanego, otaczanego kultem pisarza oczyma jego żony, odwrócić schemat, zastanowić się, czy aby na pewno była chora psychicznie, jak mogło to wyglądać z jej perspektywy.
Gdyby tylko ta relacja nie była tak stale na najwyższych nutach, niemal histeryczna, rozedrgana od gwałtownych emocji. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie - jest to w końcu relacja kobiety chorej psychicznie, która i w pełni zdrowia nie była uosobieniem spokoju - ale w takim natężeniu drażni i już. Mnie drażni, kogoś innego może zachwycać.

Nie podobała mi się Zelda szalona, wskakująca do basenu na przyjęciach, tańcząca na stole, pijana, nie podobała mi się Zelda-kochanka przeżywająca namiętny romans, średnio mi się podobała Zelda-wariatka, ale bardzo do mnie przemówiła Zelda-niespełniona pisarka i wściekła feministka:
"Ojcostwo - powiadają. Let's father the story on him. Pisarstwo to męska sprawa. Z mocy prawa Bożego pisanie należy do mężczyzn. Macierzyństwo? Tego słowa używa się jedynie, mówiąc o noszeniu, karmieniu, podcieraniu ich spadkobierców, o czynnościach, które przedłużają trwanie ich nazwiska w przypadku, gdyby nie wystarczyły do tego ich dokonania." (s.130)

A teraz przewrotnie ocena 8/10, bo to mimo wszystko JEST naprawdę dobra książka.
piątek, 26 lutego 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/06 22:10:21
"Wielki Gatsby" mnie również irytuje - amerykański chłopek roztropek w poszukiwaniu szczęścia. Ale nieważne.
Natomiast "Alabama Song" mnie wykończyła, i chociaż zgodzę się, że jest to dobra książka, ale jej autor chyba troszkę głupi. albo po prostu nie do końca mu wyszło pisanie z pozycji kobiety. Ciągle miałam wrażenie, że Zelda jest strasznie podoba do Sylvii Plath - ale w przeciwieństwie do "Alabama Song", "Szklany klosz" bardzo dobrze mi się czytało. I nie pasował mi ogólny obraz tego małżeństwa, Fitzgeralda, ciężko mi uwierzyć, że tacy właśnie byli. Natomiast zachęciła mnie do przeczytania "Cicha jest noc", coby samej zobaczyć, jaki ten Fiztgerald mógł być. :)
-
2010/03/06 22:20:15
Nie jestem pewna czy chodzi o pisanie z pozycji kobiety czy o pewną przesadę w pisaniu z pozycji chorej psychicznie kobiety.
"Szklany klosz" był swego czasu jedną z moich ulubionych książek, ale czytałam go raczej jak opowieść o wyobcowanej nadwrażliwej dziewczynie, nieprzystosowanej do życia w świecie tamtej epoki, a Zelda wydała mi się raczej nadpobudliwa i maniakalno-depresyjna.
"Czuła jest noc" właśnie ukazała się w nowym tłumaczeniu, to świetna okazja, żeby sobie przypomnieć.
-
2010/03/07 15:44:48
"Czuła" nie "Cicha", oczywiście, jestem mamutem :)
Sylvię Plath traktowałam również jako depresyjną, a nie wyobcowaną. Możliwe, że była trochę nieprzystosowana, ale wydawała mi się na tyle inteligentna, żeby ułożyć sobie życie mimo tego - gdyby nie lekkie odchyły depresyjne.
A Zelda faktycznie wydaje się nadpobudliwa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli