Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Saville - David Storey


Książka wpadła mi w oko w spisie pozycji nagrodzonych nagrodą Bookera, i jednocześnie na Podaj.net. Pomyślałam, że zabawnie będzie dla odmiany przeczytać książkę starszą, autora, o którym nigdy nie słyszałam - coś innego.

Na początek dwie refleksje nie związane z treścią. Po pierwsze - od bardzo dawna nie czytałam takiej naprawdę starej książki, zaczytanej, zniszczonej, pożółkłej. Gonię za nowościami, a starocie omijam, czy to dobrze?

Po drugie, książkę wyróżniono w 1976 roku, a polskie wydanie jest datowane na 1982 rok. Niespełna trzydzieści lat temu... a jaka inna epoka, epoka w której trzeba było cierpliwie czekać 6 lat na zapoznanie się z ważną, nagradzaną zagraniczną pozycją. Epoka bez amazon.com i Księgarni Amerykańskiej, bez zagranicznych nowości w oryginale na allegro, epoka książek spod lady i kupowania jak leci tego, co akurat do księgarń "rzucili". Pod rozwagę wszystkim tym, którzy twierdzą, że czasy komuny były rajem książek i czytelników.

A teraz o książce. Jest to powieść podobno autobiograficzna, opisująca dorastanie w małym, górniczym miasteczku w Yorkshire. Właściwie trudno powiedzieć, kto tu jest tak naprawdę głównym bohaterem - młody Colin Saville, najstarszy z żyjących synów górniczej rodziny, czy też jego ojciec, ciężko pracujący górnik, owładnięty ambicją wykształcenia dzieci na "kogoś lepszego" niż on sam. Autor opisuje losy Colina od chwili narodzin (niedługo po śmierci kilkuletniego starszego brata, Andrew), poprzez dzieciństwo, lata szkolne w szkole średniej dla najzdolniejszych uczniów, college, związki z kobietami, przyjaźnie i pracę nauczyciela.

Z pewnością jest to książka ważna i dobra, ale należy do tych ważnych i dobrych książek, które czyta się bez przyjemności, niejako z obowiązku, rozumem a nie sercem. Autor kreśli obraz Anglii lat 40 XX wieku, rysuje panoramę losów mieszkańców miasteczka. Pokazuje kontrasty społeczne - pomiędzy ubogim, inteligentnym, ambitnym Colinem, a jego zblazowanym licealnym kolegą Staffordem. Bohaterowie toczą ważkie dyskusje - o klasie robotniczej, o przyszłości i życiu. Charakter postaci ukazany jest głównie w czynach i słowach. To także bardzo męski świat - postaci mężczyzn są o wiele bardziej wyraziste niż kobiety, ważne, ale przemykające gdzieś w tle. Te starsze pełnią tradycyjne role, te młodsze okazują pewne ambicje feministyczne, które jednak przejawiają się tylko w słowach.
Colin tkwi w potrzasku, bo choć udało mu się zdobyć wykształcenie pozwalające wyrwać się z miasteczka, nadal pozostaje w niewoli swojej rodziny - oczekuje się od niego rewanżu za inwestycję w jego naukę, teraz pomoc braciom i rodzicom ma spoczywać na jego barkach. Do tego ciąży mu świadomość istnienia przedwcześnie zmarłego, idealizowanego przez rodziców, starszego brata. Stale dąży do uwolnienia się - a zarazem do uwolnienia młodszych braci, choć oni nie wydają się zachwyceni taką perspektywą. Właściwie, gdybym miała streścić tę książkę jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest o odcinaniu tej metaforycznej "pępowiny" łączącej nas wszystkich z rodzicami.

I wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie to, że bohaterom jakoś brak głębi. Motywacje i zachowania Colina są jakieś zupełnie nie przekonujące, trudno byłoby mi nawet powiedzieć, jaki on właściwie jest - sprawia wrażenie obojętnego, trochę cynicznego, czasami znowu okazuje się idealistą, ale też jakby bez przekonania. Trudno polubić takiego bohatera, nie sposób się z nim utożsamić ani współodczuwać, dużo gada, nawet mądrze, ale niewiele robi, wydaje się wiecznie stać z boku, nawet kiedy angażuje się w spór z przełożonym czy romansuje z mężatką. Jest trochę jak Arvid z powieści Petersena, snuje się, myśli, dyskutuje i niewiele z tego wynika.
A dodatkowo książka jest długa, i co tu dużo gadać, NUDNA. Każda przejażdżka autobusem, każde zmywanie naczyń, każda sprężyna w fotelu, każda potańcówka musi być koniecznie drobiazgowo opisana. Trzeba sześćdziesiąt razy powtórzyć o zniszczonym ubraniu, sadzy na ścianach i myciu podłogi, przypomnieć czytelnikowi jeszcze raz, że ten był wysoki a tamten miał dużą głowę, zrelacjonować kilka razy niewiele różniące się od siebie dyskusje, kłótnie i rozmowy. Na prawie 700 stronach. Dlatego czytałam to, jakbym brnęła pod górkę przez hałdy węgla, coraz bardziej zniecierpliwiona. Na pewno jest to szczegółowy portret pewnej epoki i pewnej społeczności, z jej rozterkami, dylematami i przeżyciami, ale mimo to książka pozostawiła mnie obojętną, a nawet odłożyłam ją z uczuciem ulgi.

PS zdjęcie podkradłam z serwisu aukcyjnego, mój egzemplarz wygląda bardzo podobnie.
Ocena 6/10

piątek, 12 lutego 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/02/13 22:46:58
"epoka książek spod lady i kupowania jak leci tego, co akurat do księgarń "rzucili". Pod rozwagę wszystkim tym, którzy twierdzą, że czasy komuny były rajem książek i czytelników".
Najmocniej przepraszam, ze sie odzywam, tylko powiem, ze wiersze Czeslawa Milosza wydalismy w okladkach Tuwim, zeby nie zostaly zniszczone, inne ksiazki tez...zamiast swoich, wtedy, bo warto bylo czytac starych, dobrych autorow, gdy bylo sie studentka filologii polskiej i nie bylo w spisie lektur wielu pisarzy.
Pozdrawiam
-
2010/02/14 08:33:31
Sad.a.5 - nie bardzo rozumiem? Ja już na szczęście dorastałam w czasach, kiedy nie było cenzury... ale nie miałam na myśli cenzury i takich zjawisk jak zakaz druku Miłosza, tylko bardziej prozaiczne ograniczenia, brak dostępu do zagranicznych nowości itp.
-
2010/02/15 10:01:23
W samym gonieniu za nowościami nie ma nic złego, ale czasem warto zboczyć z utartych czytelniczych ścieżek. Ja na podaju, na którym już zdążyłam powiesić wszystkie psy, trafiłam na Mauriaca. Kiedy indziej przypadkiem w bibliotece zamiast po kolejnego skandynawa czy kolejną Plebanek sięgnęłam po Odojewskiego i na pewno będę kontynuować tę czytelniczą znajomość. Któras z blogerek dla odmiany rozpropagowała dawno nie wznawianą Magdę Szabo. Może twój eksperyment z Saville był nieco mniej udany, ale może ksiażka nie była gorsza niż niektóre z serii o templariuszach))?
Natomiast co do "bezbarwności bohatera, który tylko snuje się wygłąszając tezy"- mam podejrzenie, że być może tak miało być. W UK chyba istniał nurt literatury zaangażowanej spod sztandaru partii pracy, chętnie potem wydawanej zresztą w państwach bloku wschodniego (np w Polsce w apogeum stanu wojenego), przychodzi mi tu do głowy choćby Allan Silitoe. O Bookera jak najbardziej mogły się te ksiazki ocierać.
Tak tylko zgaduję, jako, że nie czytałam.
-
2010/02/15 11:49:03
Możliwe, że ta książka akurat należy do tego nurtu, możliwe też że się z tym nurtem nigdy nie zetknęłam (albo zetknęłam się i zapomniałam), tak czy inaczej taką literaturę ideologiczną czyta się ciężko i nudno, choć obiektywnie książka jest na pewno lepsza od książek "o templariuszach" :) (których zresztą już mi się nie chce czytać bo wszystkie są takie same).
Staram się sięgać po to, co nieznane albo mniej znane, ale z drugiej strony atakuje tyle głośnych nowości że bardzo ciężko zachować proporcje :(
-
be.el
2010/02/17 20:57:17
Ja przyznaję się, że wypożyczyłam kilka miesięcy temu z biblioteki i po kilkunastu stronach odlożyłam. Ale teraz po twojej recenzji w ogóle nie żałuję.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli