Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Marilyn, ostatnie seanse - Michel Schneider
Zacznę od tego, że uwielbiam blogowe inspiracje lekturowe. Nie zliczę już, ile książek przeczytałam albo zamierzam przeczytać dzięki zaprzyjaźnionym blogom. Fascynuje mnie więź, jaka powstaje między ludźmi podróżującymi jednocześnie albo tuż po sobie po tej samej książkowej krainie, zbudowanej ze słów, i możliwość "wspólnego" czytania, patrzenia niejako podwójnie, swoimi i cudzymi oczami na tę samą książkę czy film, porównywania odbioru.

Po "Marilyn..." sięgnęłam zainspirowana tą notką . Co prawda notka o filmie, ale uświadomiła mi, że książka o Marilyn stoi na półce, kupiona rok temu, zaczęta i odłożona bez wyraźnego powodu. Widocznie przyszedł czas na dokończenie lektury.

"Marilyn, ostatnie seanse" to powieść francuskiego autora, nominowana do Nagrody Goncourtów. Autor na początku zastrzega, że "książka ta opiera się na faktach, a jej bohaterowie występują pod swymi prawdziwymi nazwiskami (...) Miejsca są precyzyjnie wskazane, daty sprawdzone. Cytaty zapożyczone z notatek, listów, artykułów, wywiadów, książek, filmów, itd., to słowa, które naprawdę zostały wypowiedziane przez bohaterów." (str. 9), lecz chwilę dalej dodaje: "Jedynie fikcja pozwala dotrzeć do rzeczywistości." (str. 10).

Dostajemy więc powieść-nie powieść, pół powieść, pół dokument. Z jednej strony autor bardzo precyzyjnie odtwarza ostatnie miesiące i lata życia gwiazdy, z drugiej nie wiadomo w jakim stopniu możemy mu zaufać, gdzie dokument przechodzi w fikcję. Pamiętam, że przy poprzednim podejściu książka wydawała mi się "dziwna", jednak tym razem okazało się, że wystarczy się przyzwyczaić do krótkich rozdziałów, urywkowych scen, przeskakiwania w czasie w tył i w przód (dopiero pod koniec, w miarę zbliżania się do dnia śmierci Marilyn, chronologia przestaje wariować). Wbrew pozorom relacja z dziwnego, toksycznego związku aktorki z jej ostatnim psychoanalitykiem jest dość chłodna, pozbawiona emocji, choć bardzo wiele o emocjach opowiada. Nie jestem pewna czy to zaleta tej książki, czy raczej wada, wynikająca z tego, że powieść znalazła się tak właśnie w pół drogi pomiędzy fikcją a faktem. Zdecydowanie bardziej emocjonalna, ożywiająca postać Marilyn w pełnym wymiarze jest fabularna "Blondynka" Joyce Carol Oates.

Marilyn, która wyłania się z kart tej książki, nie budzi mojej sympatii ani nawet współczucia, mimo ewidentnej choroby psychicznej. Jest kimś, kogo bez wahania nazwałabym wampirem - narcystyczną, skupioną obsesyjnie na sobie i swoich lękach egoistką, kimś, kto wyłącznie bierze, a nigdy nic nie daje, wykorzystującym bez oporów otaczających ją ludzi, gotowych oddać jej wszystko na jedno skinienie. Toksyczna. Zdecydowanie bardziej toksyczna (może dlatego, że bardziej wyrazista) niż Ralph Greenson, który chyba w zamierzeniu miał być "czarnym charakterem", wciągającym gwiazdę w niezdrową więź, ale wypada dość blado. Marilyn z "Blondynki" była bardziej ludzka, bardziej dawała się polubić. Ta Marilyn, choć podobnie zmaga się ze swym wizerunkiem i lękami, skrzywdzona porzuceniem przez matkę, budzi irytację.

Autor, Michel Schneider, jest psychoanalitykiem i to się czuje przy czytaniu. Właściwie najciekawszym bohaterem "Ostatnich seansów" jest amerykańsko-europejskie środowisko psychoanalityków lat 50 i 60 XX w. Przedstawione tutaj jako ciasna do granic klaustrofobii, niemal kazirodcza sekta kapłanów dziwacznej pseudonauki, którzy nieustannie analizują siebie nawzajem systemem "każdy z każdym" i zajmują się jakimiś wydumanymi pseudoproblemami z gatunku: "Fakt, iż dźwięk 'mm' powstaje przy zetknięciu warg, wydaje się wskazywać, iż jest to jedyny dźwięk, który można wydobywać z siebie i powtarzać, trzymając coś cennego w ustach. To dźwięk, który wydajemy, ssąc pierś lub na nią czekając." (str. 170), a dodatkowo kojarzą wszystko albo fallicznie ("Postanowił nie używać igły, widząc w tym akt zbyt wyraźnie falliczny" (str. 351)) albo analnie ("Brud nie ma płci, jak miłość. jedno i drugie zlewało się dla Marilyn w całkowitej bierności lewatywy." (str. 351). Nic dziwnego, że psychoanaliza w tym wydaniu doszczętnie się skompromitowała i odeszła do lamusa. Fascynująca jest za to władza nad umysłami ludzkimi, jaką ta dość odpychająca sekta zyskała w połowie XX wieku.

Odbiciem tej władzy jest przedstawiona tu relacja pomiędzy Marilyn a terapeutą. Dla niego "Stała się moim dzieckiem, moim bólem, siostrą, moim szaleństwem" (str. 18), ona nazywała go "moim Jezusem. Moim zbawicielem. Robi dla mnie tyle wspaniałych rzeczy. Słucha mnie, dodaje odwagi. Sprawia, że czuję się inteligentna*. Pobudza do myślenia." (str. 66). Autor podsumowuje tę relację: "Ta miłość była prawdziwą pasją, były upadki, zaczynanie wszystkiego od nowa, sytuacje bez wyjścia, lanie gorzkich łez, mroczne delektowanie się. Pasja przeniesienia. Jeśli miłość jest zawsze wzajemna - każdy kocha, żeby być kochanym - pasja jest asymetryczna." (str. 189)

Tylko że opowieść o tej relacji jakoś ani nie porywa, ani nie wydaje się szczególnie przekonująca opisana tak jak w tej książce. Czegoś mi tu zabrakło, czegoś, czego potrzebuję, żeby autentycznie się przejąć losami bohaterów. Nie wystarczał mi elegancki, klarowny język i głębokie psychologiczne spostrzeżenia.

Ktoś, kto liczyłby na rozwiązanie zagadki śmierci Marilyn poprzez tajemnicze taśmy z "ostatnich seansów", też będzie zawiedziony. Nie ma tu odpowiedzi, rozwiązań, nie ma więcej faktów niż w pierwszym lepszym programie na Discovery z cyklu "zagadkowe historie" (nawiasem mówiąc dokument o śmierci Marilyn był emitowany na jednym z tych kanałów wczoraj przed południem). Jest tylko opowieść o pewnej destrukcyjnej więzi, która może doprowadziła do tragedii, a może i nie. Nawet słynne taśmy poznajemy tylko z notatek wykonanych przez jednego z prowadzących śledztwo. "Ostatecznie nikt nie dowie się niczego o tym, co się naprawdę stało" (str. 388) - stwierdza autor pod koniec.

Czy warto przeczytać? Na pewno, bo to niezła książka, jeszcze jedno, inne spojrzenie na dawno zmarłą gwiazdę, która większości z nas kojarzy się z niemądrą lalkowatą blondynką, czyli z wizerunkiem, od którego Norma Jeane tak bardzo pragnęła się oddzielić. Pewien obraz tamtych czasów i świata Hollywood, wart poznania.

Ocena 8/10
* Swoją drogą, czyż to nie jest ideał mężczyzny każdej z nas, taki, który sprawia, że czujemy się inteligentne? :)
wtorek, 16 marca 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/17 08:46:02
Zarówno tę książkę, jak i "Blondynkę" Oates bezskutecznie próbuje upolować w bibliotece już od dłuższego czasu. Teraz będę próbować jeszcze bardziej. Pozdrawiam
-
agawa79
2010/03/17 21:40:28
Wreszcie ktoś, kto poprawnie pisze imię Monroe. ;)
-
2010/03/17 22:15:50
oryginalne imię Monroe jest ważne w tej książce, gdyby nie to, też napisałabym z tym samym błędem co wszyscy :)
-
bookfa
2010/03/20 00:37:08
Hm... o jakim bledzie mowicie, bo chyba nie rozumiem...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli