Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Gesty - Ignacy Karpowicz
Książka pożyczona mi z ostrzeżeniem: może cię wkurzyć.

Niespodzianka. Nie wkurzyła :) No, może chwilami.

Lubię pożyczać książki na ślepo, metodą: pożycz mi coś, co ci się spodobało. Lubię sama tak pożyczać książki znajomym: masz, przeczytaj koniecznie. Lubię impulsowo kupować w Empiku książki, o których nigdy nie słyszałam, autorów, których nazwiska nic mi nie mówią. To jak randka w ciemno z nieznajomym, jak powrót do domu zupełnie inną drogą, okruch przypadkowości w poukładanym życiu, spotkanie z nieznanym w skali mikro. Można się naciąć - pewnie, zawsze można, ale można też odkryć coś nowego, innego. Lubię odkrywać. Książki i ludzi.

"Gesty" to powieść bardzo prosta, kameralna, intymna. Bohater i narrator zarazem, Grzegorz, czterdziestoletni reżyser teatralny, odwiedza  w Białymstoku, w swoim dawnym domu rodzinnym, mieszkającą samotnie matkę. Powoli odkrywa prawdę o jej chorobie. Zostaje. Jednocześnie rozlicza, podsumowuje swoje dotychczasowe życie: relacje z rodziną, pracę, lata szkolne, nigdy niezapomnianą pierwszą miłość z liceum.

Zdarzenia toczą się w rytmie najprostszych codziennych czynności. Sprzątanie, zakupy, wizyty u lekarza, przeplatane wspomnieniami i refleksjami. Wyliczanki: po piąte, po dziesiąte, po dwudzieste szóste. Trzeba się do tych wyliczanek przyzwyczaić, bo rozsypują się, powtarzają, powracają do wcześniejszych numerków. Skondensowane opisy codzienności, jak ten:
"Matka siedzi przy stole. Po prawej ręce ma ciśnieniomierz, mierzenie ciśnienia i zapisywanie wyniku w specjalnym zeszycie stało się jej hobby, jak się zorientowałem. Nieco dalej leży książeczka z sudoku. I długopis. Zwykły bic, żółty z niebieską zatyczką, najtańszy. Po lewej ręce pudełko z aparatem do mierzenia poziomu cukru, kupiliśmy to urządzenie nie dalej jak zeszłego miesiąca, obok zeszyt, na twardej okładce plaża i palmy, jak z fototapety, być może matka zapisuje w nim poziom cukru. (...) Przed matką leży program telewizyjny, na programie stoi filiżanka herbaty. Gdyby moja matka byla świętą, takie właśnie byłyby jej atrybuty: ustrojstwo mierzące ciśnienie i cukier, tuba programu telewizyjnego, mandorla sudoku, miecz bica." (str. 186)

Ta "mandorla" też jest charakterystyczna, co jakiś czas, jak rodzynki, pojawiają się wyrazy, po które trzeba sięgnąć do słownika. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam polską książkę, przy której musiałabym sprawdzać słowa w słowniku.

Książka o życiowym bilansie, o odnajdywaniu się matki i syna na nowo, o odchodzeniu i pożegnaniu. Czasem o przewrotności życia i śmierci (wątek Kasi i zakończenie). Na początku męczy, trzeba złapać rytm, później zaczyna wciągać, prawie niezauważalnie, co jakiś czas wybijając z rytmu rozmaitymi drobnymi zaskoczeniami. Autor ciut młodszy ode mnie, więc znalazłam tu mnóstwo wspomnień, wspólnych dla roczników '70. Ujął mnie zwłaszcza "arytmetyką cmentarną" i przewijającym się nawiązaniem do Douglasa Adamsa i jego "42" jako odpowiedzi na ostateczne pytanie. Taki szczególik dla wtajemniczonych w cykl "Autostopem przez Galaktykę", ale niepozbawiony znaczenia. W ogóle mam wrażenie, że nic tu nie jest pozbawione znaczenia, pewne motywy stale powracają w rozmaitych konfiguracjach. Z drugiej strony mam wrażenie, że autor niepotrzebnie dał bohaterowi aż 40 lat, bo wspomnienia i realia dzieciństwa trochę się "rozjeżdżają". Ale może 40 brzmi poważniej niż 30 czy 35, jako okazja do życiowego bilansu? Zresztą, za kilka lat czas narratora zsynchronizuje się z czasem rzeczywistym, i ta różnica przestanie być widoczna.

Czasami narrator męczy swoim skupieniem na sobie, na swoich odczuciach, przemyśleniach i dolegliwościach, graniczącym z obsesją. Jeśli tzw. "literatura kobieca" to romanse i odchudzanie, to z "literaturą męską" kojarzy mi się właśnie takie delektowanie się grzebaniem w zakamarkach własnej psychiki i fizyczności, w nadmiarze męczące. Na szczęście oprócz tego są tu i okruchy "nieprzekładalnego" humoru, prosta forma, nienachalne zabiegi formalne jak tytułowanie każdego rozdziału rzeczownikiem na literę G, dystans.

Ogólnie nie jest to może mój ulubiony typ literatury, jest to książka, po którą pewnie nigdy sama z siebie bym nie sięgnęła, ale przeczytałam ją nie bez przyjemności. Coś innego.

Ocena - hmmmm 7? 8? coś pomiędzy? Chyba nie jestem przekonana do tych cyferek...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
hiliko
2010/04/21 21:33:38
Młoda Pisarko,
Zainspirował mnie Twój blog. Czytam go, zachwycona, bo dowiedziałam się właśnie [tak, tak, wiem, że pewnie myślisz, że się z choinki urwałam ;)], że to Twoją książką tak się kiedyś zachwycałam - a mianowicie ''Czerwonym Rowerem''. Bowiem mam przyjemność czytać Antoninę Kozłowską, czyż nie? ;) Czuję się zaszczycona. :D
Co do Gestów - zachęciłaś mnie swoją recenzją. Od teraz będę systematycznie zaglądać na Twojego bloga - wrzucam go do zakładek, z pretensją do samej siebie, że wcześniej go nie odkryłam. Odkryłam za to Ciebie i Twój talent pisarski, czytając jakiś rok temu ''Czerwony rower'' ;).
Pozdrawiam serdecznie!
Weronika (Hiliko)
-
2010/04/21 21:55:03
Witaj Weroniko i rozgość się :) Dziękuję za miłe słowa :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli