Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Jul - Paweł Goźliński

 

No i doczekaliśmy się naszej własnej, polskiej "hieny cmentarnej". Po tajemnicach, szyfrach i kodach wielkich ludzi z zagranicy, mamy własną wersję tego typu literatury. Tytułowy Jul to nikt inny jak Słowacki, pozostali wieszczowie też odgrywają niepoślednią rolę, a rzecz cała jest krwawym i lekko komiksowym kryminałem - horrorem? thrillerem? rozgrywającym się w środowisku polskiej emigracji w Paryżu po Powstaniu Listopadowym. Trup ściele się gęsto, krwawo i obrzydliwie, akcja toczy się wartko, jest stosownie dużo odniesień do literatury i historii, malownicza sceneria, mroczne postaci i wszystko, czego trzeba, żeby ożywić szacownego umarlaka. A właściwie w tym przypadku cały tabun umarlaków.

Trzeba uczciwie przyznać, że autor wszedł na znacznie wyższy poziom intelektualny i erudycyjny niż autorzy zagranicznej masówki spod znaku tajemnic Gaudiego, kodów Leonarda i tak dalej, a przy tym nie splamił się tanimi chwytami w rodzaju obsadzania w roli detektywa współczesnego noblisty i przepięknej pani profesor. Cała akcja toczy się w roku 1845 w Paryżu. W środowisku polskich emigrantów skupionych wokół niejakiego Podhoreckiego - postaci tragicznej, naznaczonej straszliwymi przeżyciami sprzed kilkunastu lat - ktoś dokonuje brutalnych morderstw. Ofiary, z pozoru przypadkowe, łączy jedno - wszystkie są w ten czy inny sposób powiązane z Podhoreckim. Ten, wraz z komisarzem francuskiej policji, lekarzem - specjalistą w leczeniu niezwykle rozpowszechnionego wówczas syfilisu, polskim księdzem i dwoma innymi Polakami, prowadzi coś w rodzaju śledztwa, które prowadzi do zaskakującego rozwiązania.

Tłem i ważnym elementem historii są spory i rozłamy w środowisku emigracyjnym: spór Mickiewicza ze Słowackim, niezwykła popularność towiańczyków, w tle przewija się też (nie wiadomo do końca po co, chyba tylko do kompletu) pogrążony w depresji Krasiński. Sami emigranci pokazani są jako grupa skorych do bójek, hazardu i alkoholu raptusów podzielonych przez liczne kłotnie i spory i znienawidzonych, po okresie początkowego uwielbienia, przez statecznych Francuzów.

Powieść utrzymana jest w konwencji przygodowej, lekko komiksowej (nieprzypadkowo ilustracje mają formę stylizowanego komiksu), przywodzącej na myśl choćby "Tajemnice Paryża" Eugeniusza Sue, do którego twórczości autor zresztą otwarcie się odwołuje, i inne odcinkowe, sensacyjno-przygodowe powieści tamtej epoki.

Pomysł z poezją w roli klucza do zagadki jest znakomity, podobnie jak brawurowe sceny w rodzaju udaremnionego zamachu na jednego z wieszczów. Tylko, że akcja chwilami jest tak niejasna i zagmatwana, że taki czytelnik jak ja, nie-polonista, z zakurzonym, licealnym zasobem wiedzy na temat powstania, romantyzmu i emigracji paryskiej, zwyczajnie się w tym wszystkim gubi. Autor chyba zbyt optymistycznie założył, że czytelnicy będą dysponować erudycyjną wiedzą na ten temat, cytować z pamięci poezje wieszczów i wydarzenia powstania listopadowego, orientować się błyskawicznie w subtelnościach towianizmu, mesjanizmu, jansenizmu i innych -izmów. W efekcie miałam problemy ze śledzeniem akcji i na pewno umknęło mi wiele smaczków. Zupełnie pogubiłam się po rozwiązaniu zagadki, na dwóch-trzech ostatnich stronach. Może jednak przydałoby się kilka łopatologicznych wykładów w przerwach między kolejnymi trupami, jak u Browna...

Drugim minusem jest epatowanie obrzydliwością, a zwłaszcza smrodem i brzydotą fizyczną bohaterów. Nienaturalnie grubi, chudzi, poznaczeni bliznami, szramami, pozbawieni warg, uszu, owrzodzeni. Wszystkim obowiązkowo śmierdzi z ust, przy czym autor z lubością opisuje czym - a to przetrawionym koniakiem, a to kiełbasą, a to ogórkiem, nie stroni też od równie "apetycznych" opisów łupieżu, ślinotoku, owrzodzeń miejsc intymnych i tym podobnych atrakcji. Jak dla mnie - za dużo tego, co innego oddać pewne wrażenie, a co innego nurzać się z upodobaniem w obrzydlistwie... ale i to przypomina te rozmaite odrażające, groteskowe postacie jak z gabinetu dziwadeł, przewijające się w popularnej literaturze tamtego okresu, więc można ostatecznie (zatykając nos) uznać zabieg za uzasadniony. Nie podobały mi się też dość nachalne wtręty ideologiczne, potępiające konsumpcjonizm, "arystokrację pieniądza" - sprawiały wrażenie niepotrzebnych, zbyt "odautorskich".


A na marginesie - zupełnie nie wiem, czemu wciąż daję się nabrać na reklamowane kryminały i thrillery, historyczne czy nie, skoro przecież doskonale wiem, że nie przepadam za tym gatunkiem, że rozwiązywanie zagadek "kto zabił" mnie nie pasjonuje, że sto razy bardziej wolę subtelny psychologiczny opis sprzeczki małżonków od opisu poćwiartowanych na wymyślne sposoby trupów?

Ocena 6/10 w przybliżeniu, mniej więcej

poniedziałek, 26 lipca 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
butters77
2010/07/27 11:19:17
Świetna recenzja! Rozbawiło mnie zwłaszcza, że Krasiński pojawia się tylko do kompletu :-))

Kurczę, szkoda tej książki chętnie bym przeczytała dla tych wszystkich "smaczków", o których wspominasz (szczególnie wątek fascynacji Towiańskim mnie interesuje), ale jeśli całość jest mało udana, to czuję, że tylko bym się zirytowała... No nic, może dorwę przy okazji ;-)

A co do samych kryminałów - u mnie jest nieco inaczej. Nie przepadam za nimi jako "bazą czytelniczą" (jeszcze żaden mnie tak nie poruszył, nie olśnił, nie zaintrygował, jak najbliższe mojemu sercu powieści "niekryminalne') - ale za to w kategorii czytadeł lubię je najbardziej. W chwilach rozrywki przed snem znacznie gorzej znoszę niezobowiązujące historie obyczajowe czy niewyszukane romanse - niż niewyszukane kryminały :-)
-
2010/07/27 11:38:03
Butters, jeśli interesuje Cię ta epoka, to przeczytaj - a nuż Cię zachwyci i znajdziesz tam coś dla siebie.

A ja stale sięgam po kryminały skuszona recenzjami, w nadziei, że może akurat ten będzie naprawdę dobrą książką - i jak dotąd nie zawiódł mnie tylko Theorin, mogę spokojnie żyć bez całej reszty z Larssonem na czele :)
-
lilybeth
2010/07/27 12:39:25
Bardzo fajna recenzja :) Byłam ciekawa tej książki, w zawiłościach epoki chyba bym się połapała, ale dobił mnie ten ślinotok i przetrawiony koniak :D Nie przepadam za turpizmem, więc chyba sobie podaruję. Tzn. jeśli mi sama nie wpadnie w ręce, to szukać jej nie będę. A Krasiński pewnie się pojawił pewnie po to, żeby nie było potem głosów ze strony erudytów wszelakich, że "autor się nie zna na tym, co pisze, bo tam jeszcze Krasiński był, a w książce go nie ma", czy coś w tym stylu ;)
-
2010/07/29 17:06:22
Recenzja przednia, szkoda tylko, że czytałam przy obiedzie ;) Akapit o obrzydliwościach trochę popsuł mi smak ukochanej lasagne ;) Pozdrawiam
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli