Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Córka polarnika - Kari Herbert



Kiedy zima daje się we znaki, nie ma nic lepszego, niż przenieść się wyobraźnią w jeszcze bardziej mroźne i zaśnieżone rejony, żeby pocieszyć się, że nie mamy jeszcze tak najgorzej.

Tytułowy polarnik to sir Wally Herbert, brytyjski podróżnik, który wsławił się m.in. tym, że w 1968-69 r., podczas Brytyjskiej Wyprawy Transarktycznej pokonał pieszo trasę od Alaski po norweski archipelag Svalbard, a po drodze jako pierwszy człowiek na Ziemi bezspornie postawił stopę na Biegunie Północnym.

Podróżnik w latach 70 XXw. spędził dwa lata na Wyspie Herberta u północno-zachodnich wybrzeży Grenlandii, w jednej z najdalej wysuniętych na północ ludzkich osad, wraz ze swoją żoną i 10-miesięczną wówczas Kari.

"Córka polarnika" to relacja z powrotu dorosłej już Kari w miejsce, gdzie spędziła najwcześniejsze dzieciństwo. Autorka opisuje dwa powroty na Grenlandię, latem i zimą. W relacje ze spotkań z dawnymi towarzyszami zabaw i "przybranym rodzeństwem" wplata mnóstwo interesujących spostrzeżeń na temat dawnej i obecnej kultury ludu Inughuitów, zwanych dawniej Eskimosami polarnymi.

Zmiany wymuszone kontaktami z cywilizacją europejsko-amerykańską (amerykańska baza w Thule, duńskie rządy, narzucony system prawny i oświatowy, dostawy towarów itp.) wywarły olbrzymi wpływ na życie tej niewielkiej, łowieckiej społeczności w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat.

"W Qaanaak panowało poczucie niepewności, a fundamentalne zmiany w społeczeństwie następowały tak szybko, że cały region zdawał się pogrążony w chaosie. Ewolucja od prostego, "prymitywnego" życia do nowoczesności zajęła tu zaledwie sto lat, podczas gdy Europa na dojście do obecnego stanu potrzebowała kilkunastu stuleci. Inughuici czują się mocno skonfundowani tym kulturowym szokiem." (s. 274)

Rzeczywiście, opisany świat stanowi przedziwną mieszankę cywilizacji europejskiej i dawnych zwyczajów. Nowoczesne, prefabrykowane domy zamieszkują myśliwi, polujący w tradycyjny sposób na narwale, morsy i niedźwiedzie, chronieni prawem zapewniającym im możliwość kultywowania dawnego sposobu życia. Latem mieszkańcy duńskich domków spędzają czas na letnich obozach, gdzie w prymitywnych warunkach uczą się sztuki polowania, posilając się na zmianę tłuszczem wielorybim albo obiadami z puszki. Telewizory sąsiadują z ubraniami z foczych skór, a obok wypraw łowieckich odbywają się hałaśliwe, mocno zakrapiane alkoholem dyskoteki. Zresztą, jak większość społeczności, które przeżyły gwałtowny kontakt z białym człowiekiem, także i Inughuici mają ogromny problem z alkoholem.

Otrzymujemy fascynujący opis świata w stanie zmiany i chaosu, w którym sama autorka z trudem odnajduje pozostałości miejsca, gdzie się wychowała. Dowiadujemy się także o problemach, które mają wpływ na życie nawet w najdalszych rejonach planety - jak katastrofa nuklearna podczas zimnej wojny, przesiedlenia dokonane siłą przez duński rząd czy globalne ocieplenie, które topi lód, uniemożliwiając myśliwym prowadzenie polowań na dawną skalę.

Przy lekturze trudno uciec od podstawowych pytań o postęp i cywilizację. Z jednej strony dawne życie Inughuitów wydaje się przerażająco wręcz prymitywne i trudne na granicy ludzkiej wytrzymałości. Opisy ćwiartowania zwłok wieloryba czy jedzenia surowego mięsa i tłuszczu są dla nas (dla mnie) obrzydliwe nie do zniesienia. Polarni myśliwi pokazani są jednak jako łowcy zarówno ekologiczni (wykorzystują każdy możliwy kawałek upolowanego zwierzęcia) jak i ekonomiczni (zabijają tylko na swoje potrzeby).  Z kolei "dobrodziejstwa" zachodniej cywilizacji wcale nie są tak jednoznacznie dobre, choć z pewnością zapewniają Inughuitom nieznane wcześniej wygody. Pokazane są starania rządu duńskiego i grenlandzkiego, żeby dopasować system prawny czy edukacyjny do specyfiki tamtejszego życia i tradycji.

Przy okazji autorka nie ucieka od własnych emocji - w sposób niezwykle otwarty i uczuciowy opisuje spotkania z przyjaciółmi z dzieciństwa, swoje wzruszenia i rozczarowania wywołane powrotem do "domu".

To książka bardziej reportażowa, socjologiczna czy etnologiczna, niż czysto podróżnicza, ale niezwykle ciekawa. Choć przyznam, że pomysł zamieszkania w myśliwskiej chacie na Grenlandii z niemowlakiem umieszczam nie w kategorii "przygody" a "niebezpiecznego szaleństwa".

niedziela, 26 grudnia 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/12/26 12:54:00
Chyba adekwatna do naszej pogody ;)
-
2010/12/26 14:04:51
O, bardzo adekwatna. W sam raz na zimę :)
-
kultur-alnie
2010/12/27 20:45:19
Bardzo chciałabym tę książkę przeczytać
-
agnes_plus
2011/01/06 23:55:35
Intryguje mnie ten fragment o Biegunie - co znaczy, że pierwszy był tam on właśnie? A co z poprzednikami?
Sama zaś książka wydaje mi się ciekawa. Trochę mi się kojarzy z "Pieśnią żeglarzy" Keseya - ale to tylko ze względu na miejsce akcji, zimne, wręcz lodowate.
-
2011/01/07 00:23:25
Agnes_plus - Kari Herbert pisze: "Brytyjska Ekspedycja Transarktyczna (BETA) jest dziś powszechnie uznawana przez historyków polarnictwa za pierwszą, która zdobyła biegun północny, ponieważ przypisanie sobie tego wyczynu zarówno przez Roberta Peary'ego w roku 1909, jak i przez doktora Fredericka Cooka w 1908, zostało zdyskredytowane." (str.17)
-
agnes_plus
2011/01/10 21:19:04
Rozumiem. bardzo dziękuję za wyjaśnienia.
-
2011/01/10 22:22:18
Proszę bardzo, nawet sobie to zdanie specjalnie podkreśliłam, bo też byłam zdziwiona :)
-
agawa79
2011/01/14 12:47:33
Właśnie czytam - świetne! :)
I tak jeszcze nawiązując do mojego oburzenia co do pomysłu Grieve'a ("Zew natury") o zawleczeniu rodziny na Alaskę - no jednak zupełnie czym innym jest, jak na taki pomysł wpada pan, który nie ma pojęcia, co to jest zima, a czym innym, kiedy robi takie rzeczy doświadczony (i to jak!) polarnik. :)
Wracam do książki.
-
2011/01/16 01:22:49
Wracaj, bo warto :)
Doświadczony polarnik też miał taką sytuację że mogli tę dziewczynkę osierocić... na pewno był o niebo lepiej przygotowany ale jednak jakoś myśliwska chata wśród lodu z dala od cywilizacji nie wydaje mi się dobrym miejscem dla niemowlaka, ale może jestem współczesnym mega-przewrażliwionym rodzicem :)
-
agawa79
2011/01/16 11:14:49
Ano, osierocić mógł zawsze, ale jednak bardziej był świadom, w co się pakuje i co im może grozić, niż ta sierota Grieve. :D No i jednak jechał "do ludzi", a nie na pustkowie, jak to się marzyło temu drugiemu. BTW, co się stało z siostrą autorki, Pascale? Przeoczyłam czy tego nie ma w książce?

Z innej beczki - wkurzają mnie literówki i bardzo liberalne podejście do ortografii. Etolodzy, którzy badali zwyczaje seksualne Eskimosów! Eskimosi to zwierzęta jakieś, czy co? Wiem, czepiam się. ;) Ale nurzyków zwanych nużykami bądź murzykami w zależności od nastroju tłumacza bądź korektora, jak mniemam, tak łatwo nie wybaczę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli