Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Służące - Kathryn Stockett

Właściwie nie wiem, co jeszcze mogłabym o "Służących" napisać po doskonałej recenzji Padmy , więc tylko garść refleksji.

Po pierwsze, nie dotknęłabym tej książki długim kijem, gdyby nie wspomniana wyżej recenzja. "Służące" powinni pokazywać na jakichś wykładach pod tytułem "jak popsuć książkę okładką". Nie wiem, jak Wy, ja na widok tej okładki miałam w głowie wielki świecący, majtkowoniebieski neon z napisem "uwaga, babskie czytadło!" i mimo licznych pozytywnych opinii znajomych obchodziłam ją szerokim łukiem.

Na szczęście, kiedy już przezwyciężyłam uprzedzenia, okazało się, że pod ohydną okładką kryje się kawał dobrej powieści.

Zawsze, kiedy czytam o segregacji rasowej w USA, mam poczucie takiego bezradnego niezrozumienia: jak to możliwe, że w zamożnym, bezpiecznym kraju traktowano ogromną grupę obywateli jako ludzi drugiej kategorii? Że tylu ludzi uważało za słuszne i właściwe, że czarnym nie wolno wejść do baru, toalety, sklepu dla białych, że czarni pełnią z definicji role podrzędne, usługowe, wykonują najcięższą, najbrudniejszą pracę - a kiedy tylko próbowali wyłamać się z tej roli, byli przemocą sprowadzani "na miejsce"? Powieść obfituje w takie historie - chłopiec ciężko pobity za wejście do nieoznaczonej toalety dla białych, działacz na rzecz praw czarnych zastrzelony pod własnym domem na oczach rodziny, białe dzieciaki szydzące z czarnych pikietujących bar w domu towarowym. I ta wrodzona, wpajana od maleńkości pogarda dla czarnych służących, które były obecne w każdym domu.

To książka o wykluczonych, które odważyły się przekroczyć ustalone granice. Nie tylko o czarnych. Skeeter, która planuje napisać książkę o czarnych służących, jest wykluczona z grona przyjaciółek ze względu na brak urody, męża, i dlatego, że myśli samodzielnie, nie poddając się panującemu dyktatowi. Celia, jedna z "białych pań", wykluczona z powodu swojego pochodzenia z tzw. "białej hołoty", z powodu nieprzestrzegania konwenansów towarzysko-ubraniowych i dlatego, że wyszła za byłego chłopaka najbardziej wpływowej kobiety w miasteczku. Charakterystyczne, że tylko te napiętnowane przez wpływową białą społeczność odważyły się wychylić poza jej obręb i dostrzec w czarnych pomocach domowych coś więcej niż "gadający mop"* - inną istotę ludzką o podobnych pragnieniach i potrzebach.

Powiedziałabym też, że to książka o sile kobiet - ale wcale nie tylko o oklepanej "sile sióstr", solidarności. Wręcz przeciwnie, także o złym obliczu tej siły, o kobietach, które potrafią niszczyć i karać dotkliwiej niż uzbrojeni mężczyźni, przy pomocy plotki, oskarżenia, ostracyzmu. To też mnie zadziwiało, ale to chyba cecha charakterystyczna amerykańskiej, wspólnotowej kultury - jak dalece jakaś liga kobiet czy kółko brydżowe kilku paniuś może trząść całym miastem i ferować wyroki.

Padma napisała już, że ważnym wątkiem jest tu siła sprawcza literatury, to, że książka może zmienić świat. Dla mnie ciekawe było jeszcze funkcjonowanie rynku wydawniczego, to, że Skeeter musi dotrzymać pewnych terminów, żeby książka wstrzeliła się w odpowiedni moment. Zwykle denerwują mnie okropnie w amerykańskich książkach postacie, które pragną zostać pisarzami. Zawsze mam wrażenie, że chcą tego tylko po to, żeby stukać w maszynę i nosić sztruksowe marynarki z łatami na łokciach, że "bycie pisarzem" to cel jak modny gadżet, mający dać postaci pozory głębi intelektualnej. Skeeter jest inna, u niej to pragnienie jest dobrze umotywowane, ma misję, nie jest jakąś tam pseudointelektualistką z pretensjami do "wyrażania siebie".

No i wreszcie język. Podobno w USA wzbudzał kontrowersje. Mnie się polskie tłumaczenie podoba. Czarne służące mówią tak, jak nasza dawna warszawska niania, stylizacja nie jest nachalna, akurat w sam raz, żeby zaznaczyć. Tylko jedna pretensja do tłumacza/wydawcy. Skoro powieść Skeeter nosi tytuł "HELP" (pomoc domowa) i w treści jest on przetłumaczony jako "POMOC", to dlaczego tytuł THE HELP" to w polskim wydaniu "SŁUŻĄCE"? Zabrakło mi konsekwencji...

Na pewno warto przeczytać, bo "Służące" to ciekawa i bardzo ważna opowieść.

---

* a to określenie z artykułu o ukraińskich sprzątaczkach z ostatniego nr jednego z tygodników. Każdy, kto zatrudnia panią z Ukrainy, powinien przeczytać "Służące" i ten artykuł.

sobota, 18 grudnia 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
ysabellmoebius
2010/12/18 14:32:01
Miałam po przeczytaniu tę samą uwagę do tłumaczenia tytułu. W zasadzie jedyne z czym się nie zgadzam to kwestia okładki, bo mnie bardzo się ona podoba (a jeszcze bardziej przy dotykaniu, nie mogę przestać jej macać, taką ma specyficzną fakturę), chociaż też ucieszyłabym się, gdyby była taka jak okładka książkowej powieści.

Ale tak czy inaczej "Służące" dobre są.
-
agnieszka_azj
2010/12/19 14:48:34
Widzę, ze nie tylko ja zauważyłam kwestię tytułu...

Wydaje mi sie, ze rozwiązanie jest proste - wersja tytułu w tekście powieści pochodzi od tlumacza, natomiast tytuł ksiązki - od wydawnictwa.
Podobna sytuację zauważylam w pierwszym tomie cyklu o Flawii de Luce czyli wg. okladki - "Zatrutym ciasteczku". Tymczasem z tekstu ksiązki wyraźnie wynika tytuł "Ciasteczko słodkie u dna".

Ale poza tym "Służące" to świetna ksiązka.
-
2010/12/19 20:43:59
Z moich doświadczeń wynika, że tłumacz ma jednak pewien wpływ na ostateczny tytuł, a przynajmniej dobrym obyczajem jest skonsultowanie tytułu z tłumaczem, jeśli wydawca go zmienia - ale może to dotyczy tylko książek "fachowych"? Nigdy nie tłumaczyłam literatury pięknej, może zwyczaje są inne.

Ysabellmoebius - dla mnie ta okładka jest i kolorystycznie, i graficznie, zbyt subtelna, delikatna, "babska", niepasująca do treści. Pierwsze skojarzenie jakie miałam na jej widok - romanse służących w jakimś idyllicznym dworku. Taka jak opisana w powieści mogłaby być OK.
-
agnes_plus
2010/12/19 23:42:11
Słyszałam, słyszałam, same entuzjastyczne recenzje, w schowku, do przeczytania koniecznie.
-
be.el
2010/12/21 11:33:37
Bardzo fajna książka. A okładka - to chyba nawiązanie do powieściowej książki panienki Skeeter, która właśnie była w takim kolorze. Choć ta oryginalna z USA jest na pewno ciekawsza. Ja już od dawna nie kieruję się okładkami, bo daleko bym nie zaszła. Pod kiczowatym badziewiem kryje się piękna książka, a pod okładką ach - och - wielkie nic. pamiętam okładkę Wilczych jagód Leonie Ossowski. Harlekin. A jaka delicja w środku - mniaaaaam:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli