Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Upadek gigantów - Ken Follett
Ken Follett najwyraźniej postanowił sobie, że każda następna jego powieść będzie grubsza od poprzedniej, a na pewno nie cieńsza niż 1000 stron. Niestety ilość nie przeszła w jakość.

Zasadniczo lubię grube i bardzo grube książki, ale przydałoby się, żeby po zainwestowaniu 50 złotych, dwóch tygodni i 10 cm miejsca na półce, coś mi jeszcze po takiej książce zostało oprócz wrażenia "zabitego" czasu.

"Upadek gigantów" to pierwsza część planowanej trylogii "Stulecie", która ma w zamierzeniu opisywać losy ludzi i świata na przestrzeni XX wieku. Zamiar bardzo ambitny. Część pierwsza obejmuje okres tuż przed wybuchem I wojny światowej i samą wojnę, opisaną z punktu widzenia pięciu rodzin: walijskich górników, brytyjskiej arystokracji, niemieckich i amerykańskich dyplomatów, dwóch braci z Rosji.
Szeroki plan i skala opisywanych wydarzeń na pierwszy rzut oka imponują rozmachem, a przekrój społeczny i geograficzny bohaterów sugeruje wielość punktów widzenia. Ale nie spodziewajcie się zapowiadanej na skrzydełku obwoluty "pełnej napięcia, nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg i przygód opowieści". Napięcia i zwrotów akcji ze świecą szukać.

Plusem książki są szczegółowo przedstawione polityczno-dyplomatyczne kulisy wybuchu I wojny, rewolucji październikowej, a wreszcie zawarcia pokoju i podpisania traktatu wersalskiego. W tle walka kobiet w Wielkiej Brytanii o prawa wyborcze i początki Partii Pracy. Follett miesza postacie fikcyjne z autentycznymi politykami - przez książkę przewija się prezydent Wilson, Lloyd George, Churchill, a nawet Lenin i Trocki.

Niestety, czytałam z pewnego rodzaju obciążeniem. Otóż latem przeczytałam, pozornie dość podobną, słynną powieść Wasilija Grossmana "Życie i los". Pozornie podobną - bo i objętość, i skala wydarzeń, i obecność na kartach powieści najważniejszych przywódców epoki, i sceneria wojenna sprawiają, że porównania narzucają się same. Niestety na tym tle "Upadek gigantów" wypada bardzo blado. O ile u Grossmana czuło się rozmach, epicki oddech, a losy jednostek zarazem odzwierciedlały uniwersalne prawdy i ściskały za gardło, to u Folletta warstwa ludzka, społeczno-obyczajowa jest mizerna, a epikę widać tylko w nieustannych przeskokach z francuskich okopów do Petersburga i Londynu. Papierowi, jednowymiarowi i przewidywalni bohaterowie spędzają większość czasu na dysputach o polityce i dyplomacji. Dodatkowo sprawiają wrażenie, jakby dysponowali obecną wiedzą na temat polityki światowej - ale to nie nowość, już w "Filarach ziemi" autor przyzwyczaił nas do bohaterów historycznych o XXI-wiecznej mentalności. Z dramatycznych sytuacji wychodzą zawsze obronną ręką, a trudne życiowe dylematy rozwiązują niemal mimochodem, zanim czytelnik zdąży się w nie zaangażować. Nie sposób znaleźć tu postaci, z którą możnaby się utożsamić, współczuć jej, wzruszyć czy przejąć jej losem - każda wydaje się tylko ilustrować pewien "typ" społeczny - dzielny walijski górnik, dobry Niemiec, arystokratka-sufrażystka, robotnik-rewolucjonista - i odpowiedni zestaw poglądów. Nawet sceny bitew opisane są jakoś bez przekonania, choć chyba najciekawsze.

Follett ma wciąż jeszcze sprawne pióro, "Upadek..." czyta się więc gładko, bez wysiłku, z przyjemnym przekonaniem, że nikt z ważnych bohaterów nie zginie, z lekkim znudzeniem przy kolejnej relacji z parlamentu czy wiecu, bez większego zaangażowania. Można sobie zająć kilka(naście) nudnych zimowych wieczorów, odstawić na półkę i później latami odkurzać, zastanawiając się, po co w zasadzie wydaliśmy te pięćdziesiąt złotych. Ja nie będę czekać w napięciu na kolejny tom, a Wy przeczytajcie i zdecydujcie sami.
niedziela, 19 grudnia 2010, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
grendella
2010/12/19 22:47:02
A no właśnie się zastanawiałam nad tą książką. Ale jakoś tak przeczytałam w Empiku z 20 stron i coś mi nie grało. W sumie dobrze, że nie kupiłam, może sobie wypożyczę, jak zapragnę się przekonać :)
-
ysabellmoebius
2010/12/20 13:49:17
Powiadasz, że nie bardzo? Ja niby lubię książki, w których nie muszę się martwić o głównych bohaterów, ale z tej raczej zrezygnuję. Jakoś mnie Follet nie przekonuje jako pisarz historyczny. Poszukam raczej Grossmana.
-
dr_ewa999
2010/12/20 13:53:06
Właśnie kupiłam tę książkę i dopiero zabieram się za czytanie...No cóż Twoja recenzja powieści nie jest zachęcająca. ;((
-
szukamzyjepragne
2010/12/20 17:32:02
A mnie zaciekawiłaś tą, o której wspomniałaś w treści, zapamiętam i poszukam kiedyś.
-
2010/12/20 20:23:00
Szukamżyjępragnę, Ysabellmoebius - szukajcie Grossmana, koniecznie, warto, trzeba, to naprawdę ważna i dobra książka - tak dobra, że nawet nie odważyłam się jej tu recenzować z obawy że nie podołam zadaniu.

Dr_Ewo - przykro mi, nie lubię zniechęcać, zwłaszcza, że już zainwestowałaś... ale zawsze może się okazać, że mamy zupełnie różne gusta i Tobie się spodoba.

Grendello - no właśnie, coś nie gra, dobrze powiedziane, niby wszystkie składniki są, a jednak się nie wymieszały jak trzeba.
-
2010/12/22 00:04:48
Ale zbieg okoliczności, właśnie kupiłam Grossmana dla męża pod choinkę, a Folleta dla siebie. Mina mi zrzedła, ze ci się nie podoba. No cóż, jedno jest pewne, powinnam zacząć od Folleta, bo po Grossmanie mi się pewnie też by nie podobał.
-
2010/12/22 08:13:41
Kasiu czytałam u kogoś w komentarzach, że kupujesz Grossmana na prezent i aż się ucieszyłam :) To będziesz miała porównanie na świeżo, ciekawa jestem Twoich opinii bo miewamy różne upodobania. Oczywiście możnaby powiedzieć że nie ma sensu porównywać wielkiej rosyjskiej powieści do literatury popularnej i to moje porównanie jest dość bezczelne, ale pozwoliłam sobie na tę bezczelność :) bo nie mogłam uciec od skojarzeń.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli