Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Koniec świata w obrazkach - Robert Goolrick

Przyznam się do czegoś, do czego w zasadzie nie wypada się przyznawać. Otóż śmiertelnie mnie nudzą książki autobiograficzne na temat molestowania seksualnego w dzieciństwie, podobnie jak gazetowe i telewizyjne wyznania na ten sam temat. Poza tym zalatują szantażem emocjonalnym, wymuszaniem zainteresowania (bo jak tu skrytykować czyjąś osobistą tragedię?), podobnie zresztą jak wszelkiego typu "historie życiem pisane", osobiste dzienniki walki z rakiem, nałogiem, bulimią, depresją, anoreksją, przemocą domową i tak dalej. Zawsze mam wrażenie, że tego typu wyznania są interesujące jedynie dla psychiatrów, dla grupy wsparcia, której członkowie przeszli to samo, albo dla tabloidowych podglądaczy, pocieszających się tym, że "innym gorzej".

Pod tym względem - treści - książka Goolricka nie wnosi nic nowego. Koleje losu narratora są przewidywalne: chłopiec, molestowany w dzieciństwie przez ojca, przechodzi depresję łącznie z malowniczymi próbami samobójczymi, terapię w ośrodku zamkniętym, mimo to nie potrafi poradzić sobie z nawiązywaniem relacji z ludźmi, ma kłopot z własną seksualnością i czuje się wyobcowany ze świata. Na zakończenie dowiadujemy się, że książka została napisana z nadzieją, że może dzięki niej uda się powstrzymać choć jednego rodzinnego kata przed skrzywdzeniem dziecka. Hm, może jestem nieuleczalnie cyniczna i do gruntu zła, ale nie wierzę w taką moc sprawczą literatury. Nawet jeśli potencjalny gwałciciel byłby, jak w powieści, wykształconym molem książkowym...

Dlaczego więc udało mi się w ogóle przez tę książkę przebrnąć, a nawet czytać ją z zainteresowaniem? Przede wszystkim (banał) jest dobrze napisana. Narracja jest niechronologiczna, dzięki czemu przyczyny niepowodzeń życiowych bohatera i jego nienawiści do rodziców dowiadujemy się dopiero pod koniec, stopniowo zaglądając za fasadę pozornie szczęśliwej, barwnej, choć może nadmiernie rozpitej, rodziny Południowców.

Po drugie, co zaskakujące, narrator zachowuje pewien dystans i autoironię, z wyjątkiem fragmentów dotyczących najboleśniejszych przeżyć. Choć opisana tu rodzina jest wyjątkowo toksyczna, książka nie jest pasmem typowych żalów i pretensji, a niektóre opisy cechuje dyskretny, sarkastyczny humor.

I po trzecie, może najważniejsze - Południe USA w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku! Podczas czytania nie mogłam uciec od skojarzeń z książkami Rebeki Wells. To te same rodziny, te same zwyczaje, te same umalowane kobiety z nieodłącznym papierosem i drinkiem w dłoni, które mogłyby równie dobrze należeć do Siostrzanego Stowarzyszenia Ya-Ya. Pikniki nad rzeką, przyjęcia koktajlowe, wymyślne drinki, długie suknie i rozbawione towarzystwo, a gdzieś za tym wszystkim krzywda, kłamstwo i cierpienie dzieci. Rodzina, początkowo niezauważalnie, a potem w coraz szybszym tempie, stacza się w pijacką degrengoladę, para eleganckich, inteligentnych, lekko snobistycznych ludzi zmienia się w dwoje degeneratów, umierających na choroby spowodowane pijaństwem podczas gdy w eleganckim niegdyś domu szczury baraszkują na perskich dywanach. Zarówno czasy świetności, jak i upadek rodziny, opisane są w sposób godny najlepszych amerykańskich mistrzów powieści psychologicznej. Postacie drugoplanowe - babcie, kuzynki, dalsi krewni - nakreślone są barwnie, z werwą, niemal wychodzą z kart powieści.

To wszystko ratuje książkę przed osunięciem się w ckliwy banał w stylu Oprah Winfrey Show albo w patos i egzaltację Conroya i sprawia, że nawet taka pozbawiona empatii, cyniczna i znudzona tematem czytelniczka jak ja jest w stanie przeczytać ją z zainteresowaniem, a nawet, chwilami, z autentycznym wzruszeniem. Z pewnością sięgnę więc po "Żonę godną zaufania" tego samego autora.

Ostatnie miłe zaskoczenie przeżyłam, kiedy zobaczyłam na końcu, obok notatki o autorze, krótki biogram i zdjęcie tłumaczki. Zawsze przyjemnie, kiedy wydawcy naprawdę doceniają naszą pracę.

piątek, 18 lutego 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/02/18 13:49:53
Dlaczego nie wypada? :) Ja też nie lubię tego rodzaju literatury, co odkryłam czytając niedawno "Dłoń" Michała Dąbrowskiego. A odkryłam nie dlatego, że to zła książka - przeciwnie, jest świetna, tylko dlatego, że porównałam ją z innymi poruszającymi problematykę związaną z ludźmi niepełnosprawnymi (choć to akurat zawężenie - zepchnąć "Dłoń" li i jedynie do tego tematu), które zdarzyło mi się czytać w przeszłości.
-
izabella_g
2011/02/22 15:15:10
"...książka została napisana z nadzieją, że może dzięki niej uda się powstrzymać choć jednego rodzinnego kata"- zdumiewająca jest czasem naiwność autorów- ja bym się tu raczej obawiala zalewu copycatów:(.
-
2011/02/22 18:22:54
J.szern - a ja właśnie całkiem niedawno odłożyłam "Dłoń" w księgarni po przeczytaniu na okładce, że życie z niepełnosprawnością itd. ...

Izabella_g - copycatów naśladujących powieść czy zachowanie tatusia? aż mnie ciarki przeszły na tę drugą możliwość :(
-
2011/03/20 22:58:39
A ja myślę, że takie książki mogą dodać odwagi paru molestowanym ludziom, żeby się przeciwstawić, powiedzieć coś głośno, nie robić już dobrej miny do złej gry.
-
2011/03/21 00:02:01
Elenita - to brzmi bardziej sensownie niż wiara w możliwość naprawienia katów...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli