Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Happy Isles of Oceania - Paul Theroux

To nie jest książka na raz, to nie jest książka na wykład ani na weekend, to książka którą trzeba sobie dawkować i smakować, podróżując wraz z autorem, w rytmie wioseł kajaka, wokół kolejnych "wysp szczęśliwych".

Będę co jakiś czas wracać do Oceanii, to będzie taki mój prywatny "projekt Pacyfik", zamiast wyzwań, którym nigdy nie jestem w stanie sprostać i dla oddechu od wiecznego pościgu za  Książką Idealną, która wreszcie wbije mnie w fotel, zachwyci, powali, a która, jak zaczynam podejrzewać, nie istnieje, i jedynym, na co możemy liczyć, są blade cienie, zniekształcone odbicia Ideału, który istnieje sobie tylko gdzieś tam, w niebie wszystkich książek.

Po wstępnej porcji natchnionego bełkotu - powrót do Oceanii.

Mieszkając w zatłoczonej do granic możliwości Europie, trudno sobie wyobrazić, że po drugiej stronie planety niemal połowa świata pokryta jest wodą, z której gdzieniegdzie wynurzają się wyspy i wysepki. Jeszcze trudniej uświadomić sobie, że większość tych wysepek została zasiedlona nieco ponad tysiąc lat temu, przez ludzi pokonujących tysiące kilometrów w łodziach, czółnach, na tratwach, i że gdzieniegdzie tam ludzie jeszcze żyją (a przynajmniej 20 lat temu żyli) w podobnych warunkach i podobnej kulturze jak ich przodkowie. Theroux pisze, że Oceania jest jak galaktyka, a podróże między wyspami - jak wyprawy statkiem kosmicznym na rozrzucone w przestrzeni niewielkie planety.

Ta podróż jest niezwykła z wielu powodów. Na początku sprawia wrażenie spontanicznej i niemal nieplanowanej - w dramatycznej chwili życia pisarz pakuje kajak i niezbędne rzeczy, wsiada w samolot i leci do Australii, gdzie zamierza rozpocząć wyprawę. Dopiero później można się zorientować, jak niesamowicie wszechstronnie był do niej przygotowany - i fizycznie i intelektualnie. Jak naturalnie przytacza lektury ze wszystkich możliwych dziedzin i porozumiewa się w kilku językach, jak odnajduje się w plemiennej wiosce i hawajskim wielkim mieście, jak, niby mimochodem, radzi sobie z trudnościami i przeciwnościami losu.

Po drugie, dla nas, przyzwyczajonych do medialnych wypraw na kanale Discovery, ta podróż sprawia wrażenie cudownie archaicznej i nie wiem, czy dziś, 20 lat później, byłaby jeszcze możliwa w takiej formie. Bez laptopa, gps-a i telefonu, z notatnikiem i walkmanem i radioodbiornikiem jako jedynym źródłem wiadomości ze świata (gdzie akurat rozpoczyna się wojna w Zatoce Perskiej). Tak naprawdę największą sympatię do autora poczułam w momencie, gdy opisał widok stadka ptaków po czym dodał, że ucieszył się, że nie zabrał ze sobą aparatu fotograficznego. Niewyobrażalne już chyba dla nas, barbarzyńców zabierających cyfrówki i ajfony na byle wypad samochodem za miasto...

Po trzecie, to podróż w wymiarze duchowym. Autor dużo miejsca poświęca swoim uczuciom, refleksjom, przyznaje się do obaw, zmęczenia, tęsknoty, pisze o poczuciu wyobcowania, jakie mu towarzyszy, o samotności. Podróż - oczyszczenie i ucieczka od złych emocji, które potrafią jednak ścigać przez pół świata. Podróż, która na koniec staje się całym życiem.

Podróż z wyspy na wyspę prowadzi od Nowej Zelandii przez Australię, Wyspy Trobriandzkie, Tonga i Samoa, Tahiti, Markizy, aż na Wyspę Wielkanocną, a później na Hawaje. Przez zapuszczone miasta, które miały być przyczółkami nowoczesności i wioski na plażach, przez ruiny zagubione w dżungli i zbocza wulkanów, od sielankowych obrazków połowów z oszczepem na rafie koralowej, przez ataki agresywnych wyrostków i nocne kluby Honolulu. Opisywany świat przygnębia, wygląda na to, że nasza cywilizacja postanowiła dać Polinezyjczykom wszystko to, co w niej najgorsze - tłuste jedzenie w puszkach, terenowe auta, filmy sensacyjne na kasetach wideo, betonowe domy-bunkry w miastach, alkohol. Równie przygnębiające jest to, że wyspiarze tak chętnie te zatrute dary przyjęli i że tak niewiele wystarczy, żeby zniszczyć tysiące lat kultury. Obraz mieszkańców Samoa, którzy wypożyczają od indyjskich sklepikarzy kasety wideo z nagraniami walk w Kuwejcie na zmianę z Rambo, jest równie smutny, jak opis zawalonych śmieciami plaż i zatoczek. Łatwo dojść do wniosku, że "wyspy szczęśliwe" ocalały jedynie w tych enklawach, gdzie te "zdobycze" cywilizacji jeszcze nie dotarły. Chociaż dzisiaj pewnie i one zniknęły.

Najbardziej fascynujące są tu jednak przede wszystkim spotkania z ludźmi, obrazujące różnorodność tej galaktyki wysp. Czytamy o członkach plemion, gdzie wciąż jedynym ubraniem jest woreczek na genitalia i o włoskim lekarzu praktykującym na Samoa od wielu lat, poznajemy króla Tonga, hawajskie prostytutki, amerykańskich żeglarzy jachtowych, japońskiego archeologa i setki innych ludzi, których pisarz spotkał na swej drodze. Theroux bywa złośliwy i ostry w osądach (co zresztą też bardzo mi się podobało), ale głównie w stosunku do przybyszów z zachodniego świata. Jednego nie mogę mu darować - brutalnego odbrązowienia Thora Heyerdahla... ale z drugiej strony, to takie ładnie złośliwe:

"In a lifetime of nutty theorizing, Heyerdahl's single success was his proof, in Kon-Tiki, that six middle class Scandinavians could succesfully crash-land their raft on a coral atoll in the middle of nowhere." (s. 629)

To książka, do której będę wracać, czasami, po kawałku. Książka, przy której przez ponad miesiąc odpoczywałam, zamyślałam się, z której dowiedziałam się czegoś nowego o świecie i ludziach.

wtorek, 15 marca 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
chihiro2
2011/03/15 22:23:27
Och, ja właśnie w zeszłym miesiącu pochłonęłam trzy książki Therou, a teraz zaczynam czwartą, piąta już czeka w kolejce. Wciąga mnie ten autor do swojego świata coraz silniej, a ja nie umiem mu się oprzeć :) Te jego opisy!!!
Pozdrawiam serdecznie!
-
chihiro2
2011/03/15 22:24:12
PS. Miało być z "x" na końcu nazwiska, za słabo wcisnęłam klawisz, przepraszam za błąd.
-
2011/03/15 23:54:00
Te opisy, te rozmowy, ta erudycja... Ja jakoś do tej pory omijałam jego książki, do "Oceanii" doprowadził mnie Tony Horwitz i jego wyprawa śladami Cooka (zresztą niektóre spostrzeżenia u Horwitza są bardzo podobne), a teraz jestem pod ogromnym wrażeniem.
Pozdrawiam! :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli