Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Amerykańskie smutki - Siri Hustvedt

Gdyby Jonathan Carroll był kobietą i żoną Paula Austera, pisałby właśnie tak. Uwaga: to nie jest komplement.

Jest to jedna z tych książek pisanych przez intelektualistów o intelektualistach dla intelektualistów (albo wannabe intelektualistów), które nieodmiennie budzą zachwyty tzw. wyrobionych czytelników z pretensjami. Delikatna, subtelna, przepojona wrażliwością, melancholią i inteligencją, a mimo to nieuchwytnie denerwująca, lekko wydumana i pretensjonalna, choć czyta się nieźle i na pozór nie ma się do czego przyczepić.

Erik, nowojorski psychoterapeuta (najpierw odruchowo napisałam: psychoanalityk, automatyczne, wyćwiczone przez kulturę masową skojarzenie miasta i zawodu...), wraz z siostrą, Ingą, nowojorską doktor filozofii, wdową po nowojorskim pisarzu Maksie, po śmierci ojca, profesora historii (chyba?) porządkują papiery i natrafiają na tajemniczy list, pisany w latach trzydziestych. Próbując rozwiązać zagadkę listu  jego autorki, muszą zmagać się z własnymi demonami. Erik - z zauroczeniem sąsiadką (nowojorską graficzką) i prześladowaniami ze strony jej byłego partnera (nowojorskiego fotografa), Inga - z dziennikarską hieną i profesorem literatury, biografem jej męża, oraz z podstarzałą aktorką, która utrzymuje, że Max był ojcem jej dziecka. Oprócz tego odkrywają własne korzenie, historię rodziny farmerów pochodzących z Norwegii i poznają własnego ojca na nowo.

Najciekawsza jest właśnie ta przeszłość, odczytywana z listów i zapisków nieżyjącego ojca: zmagania farmerów z Wielkim Kryzysem, słynnymi burzami pyłowymi, gruźlicą, przeżycia wojenne, ubóstwo. Autorka zresztą zaczerpnęła te fragmenty z autentycznych notatek własnego ojca, może dlatego, jako jedyne, są naprawdę żywe. A może dlatego, że tylko tam nie występują stadnie nowojorscy intelektualiści?

Na planie nowojorskim jest inaczej - tu króluje psychologia, problem przeżywania żałoby i traumy po stracie bliskich, ale i po 11. września. I, niestety, właśnie ta część książki przywodziła mi na myśl Jonathana Carrolla. Artystyczne (a może artystowskie?) pretensje większości bohaterów, sny, rysunki, tytuły książek i sceny z filmów rojące się od symboli i znaczeń, niezwykła wrażliwość niemal każdej postaci, przejawiająca się w nieoczywisty sposób, sąsiadują z relacjami z seansów psychoterapii i opisami najciekawszych "przypadków" Erika. Wszystkie traumy i problemy znajdują ujście w ekspresji twórczej - nie ma chyba ani jednego bohatera, który by czegoś nie pisał, nie rysował, nie fotografował albo nie szył w możliwie dziwny i przekombinowany sposób. Oczywiście, można by powiedzieć, że to książka o tworzeniu właśnie, jako sposobie na oswajanie świata, o przetwarzaniu traum i obsesji w twórczość - dla mnie stawało się to nie do zniesienia, miałam wrażenie, że czytam o grupce ludzi, którzy zupełnie stracili kontakt z rzeczywistością, zamknięci w wieży z kości słoniowej, w której oddają się rozrywkom w rodzaju pisania poematów i fotografowania innych z ukrycia, a przy tym elegancko i bardzo świadomie przeżywają cierpienie.

Najgorsze jest jednak to, że tak naprawdę z tych symboli, metafor i znaczących elementów niewiele dla mnie wynikało. Wątki się splatają, ale nie prowadzą do rozwiązań, to, co znaczące, gdzieś się rozmywa, powstaje dość efektowna łamigłówka, ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że jej rozwiązanie jest niespecjalnie interesujące.

Czyta się nawet dość dobrze, choć z pewnego dystansu, zza szyby, co z kolei nieuchronnie przywodzi na myśl równie dalekiego Austera. Za tydzień o niej zapomnę.

środa, 20 kwietnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/04/21 08:04:20
Po lekturze Twojej recenzji przyszedł mi na myśl film "33 sceny z życia" - właśnie w kontekście artystowskiego/wydumanego/sztucznego przeżywanie żałoby. Łamanie stereotypu - tak, ale bez sensu.
-
2011/04/21 08:11:39
Asiaya, nie zniosłam tego filmu ale z zupełnie innego powodu - niemiecką aktorkę dubbingowała Polka, której głosu nie znoszę, jest dla mnie jak zgrzyt paznokci na szkle, nie mogłam jej słuchać przez 1,5 godziny.
Książka filmowo kojarzyła mi się z "Między słowami" - filmem, który zachwycał wszystkich poza mną :) Nie umiem tego skojarzenia ująć w słowa, ale to jakiś rodzaj wrażliwości, który akurat mnie, zamiast zachwycić - denerwuje.
-
butters77
2011/04/21 09:00:00
Odniosę się do dygresji - mnie "33 sceny z życia" zachwyciły:-) Wcześniejsze filmy Szumowskiej, owszem, odbierałam jako pretensjonalne i wydumane, podobnie jak Ty, asiayo, "33 sceny z życia". Ale ten ostatni urzekł mnie autentyzmem właśnie, prostolinijnością mówienia o, potwornym przecież, doświadczeniu śmierci rodziców, dystansem i wrażliwością reżyserki. Słowem - polecam przemóc się w sprawie głosu aktorki;-)
Pamiętam jednak (to z jeszcze innej beczki - wybacz, mdl2, że Ci tu rozkręcam offtopy:-), że gdy zobaczyłam zwiastun filmowy "33 scen" byłam wstrząśnięta głupotą i krótkowzrocznością marketingowców. Cały film - dla mnie: melancholijny, chwilami przejmujący, z akcentami tragikomicznymi - przedstawiono tu jak komedię erotyczną, jakieś śmichy-chichy z Maciejem Stuhrem w tle. Nieporozumienie totalne.
-
2011/04/21 13:00:30
Skojarzenia z Carrollem mnie skutecznie zniechęcają do czytania czegokolwiek, pamiętam, że dość się męczyłam nad Krainą Chichów, głównie ze względu na język i sposób pisania, nie samą historię. Natomiast "Między słowami" uważam, za naprawdę niezły film, nie żeby się rozpływać jak niektórzy, ale do mnie trafia.
-
2011/04/21 13:20:24
Butters, ja wytrzymałam ponad godzinę, na pewno do śmierci matki, i może_nawet spodobałoby mi się, gdyby nie ta Ostałowska (chyba? dobrze pamiętam?) zgrzytająca mi w uszach.

Mmadalena79 - akurat mnie się "Kraina Chichów" podobała bardzo, najbardziej ze wszystkich (kiedyś byłam wielką fanką Carrolla i do "Całując ul" czytałam wszystko, co było wydawane po polsku). Tu skojarzenia były nieodparte - dziwne lalki, dziwne filmy, śmierć, dziwne fotografie, nawet rozmowy i ogólny "klimat".
-
chihiro2
2011/04/21 16:59:59
Mnie się z kolei ta powieść bardzo podobała, tu o niej pisałam: chihiro.blox.pl/2009/02/The-Sorrows-of-an-American-Siri-Hustvedt.html
Moim zdaniem Hustvedt pisze lepiej niż jej mąż, a skojarzeń z Carrollem nie miałam żadnych.
-
2011/04/21 17:10:06
Możliwe, że pisze lepiej niż jej mąż, na pewno nie jest tak strasznie narcystyczna i męcząca jak on.
Zajrzę do Twojej recenzji, zwykle nie szukam wcześniej, żeby nie sugerować się tym, co myślą inni i nie ulegać pokusie, żeby się dostosować do upodobań ludzi, których lubię i cenię :)
-
2011/04/21 17:55:12
"Wątki się splatają, ale nie prowadzą do rozwiązań, to, co znaczące, gdzieś się rozmywa(..)" - otóż to! bardzo trafnie to ujęłaś. podobnie było zresztą w innej książce tej autorki: "Na oślep".
Do tego (mówię teraz o "Na oślep") koszmarna główna bohaterka, postać całkowicie pozbawiona charakteru, wyprana z emocji, jakby przezroczysta. w dodatku wiecznie jej coś dolegało, leżała po tych szpitalach, już myślałam, że będzie umierać, ale nie - wyszła z tego:/ wkurzająca taka. także tak:)
-
2011/04/21 20:53:25
I mój komentarz też nie do recenzji a do Carrolla- na studiach czytałam z zaangażowaniem po kolei jak wychodziły, ale doszłam jedno oczko dalej do Drewnianego morza :-) a z Austerem, no właśnie, wiem że czytałam przynajmniej ze dwie książki ale za nic nie pamiętam o czym były.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli