Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Bornholm, Bornholm - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Nie będę oryginalna, dołączę do chóru pochwalnego blogerów :)

Zwykle, kiedy czytam polskich pisarzy (z naciskiem na płeć: pisarzy-facetów) głównonurtowych, mam wrażenie, że nieustannie piszą o sobie, a jak nie o sobie, to o swojej babci, swojej mamie, swojej pierwszej miłości, swoich wewnętrznych rozdrapach, pijackich i depresyjnych melancholiach, swoim pokoleniu, i ogólnie są wsobni i ksobni w stopniu trudnym do zniesienia.

Tu, od pierwszych stron - olśnienie: autor ma dystans, oderwał się od siebie i swojego podwórka, wyprowadził akcję z naszych przemielonych setki razy realiów pokolenia tego czy tamtego, schował się za opowieścią. Ulga: to nie jest kolejny jęczący pan koło 40-ki epatujący nas swoim bólem istnienia. Najwyraźniej emigracja dobrze robi na pisanie.

Gdybym miała z czymś porównać nastrój tej książki, porównywałabym na najwyższej nucie, do Yatesa. Oszczędne w słowach, podszyte smutkiem, kroniki zwykłego, szarego, nieudanego życia dwóch mężczyzn. Powtórzenie w tytule sugeruje, w pewnym stopniu, powtórzone losy bohaterów.

Jeden - w chwili wybuchu II wojny nauczyciel przyrody w niemieckiej szkole, tkwiący w nieudanym, zimnym małżeństwie, mąż, ojciec, pantoflarz, nieśmiało marzący o jakiejkolwiek zmianie. Drugi - urodzony na Bornholmie syn samotnej, zaborczej, nadopiekuńczej matki, ofiara nieudanego dzieciństwa i potem równie zimnego małżeństwa na emigracji w Anglii, ojciec dwojga przedwcześnie zmarłych dzieci. Ten drugi odwiedza w szpitalu matkę, pogrążoną w śpiączce, i opowiada jej swoje życie, oskarża, wylewa żale, mówi wszystko to, czego nigdy wcześniej jej nie powiedział. Ten pierwszy nigdy nie zdobędzie się na żaden krok poza przygodnym romansem, żałosnym skokiem w bok w próbie udowodnienia sobie, że istnieje. Losy obu mężczyzn, choć odległe w przestrzeni i czasie, choć nigdy się nie poznali, zostały splecione. Dla kontrastu jedyna kochająca się para starszych Duńczyków w Anglii jak memento: co można mieć.

To jedna z tych książek, które pozornie są "o niczym": życie, jakich wiele, nieudane, zmarnowane, nie przez katastrofy, nie przez wojnę nawet, która toczy się gdzieś w tle, ale przez drobiazgi, czyjeś skąpstwo, puste małżeńskie łóżko, obiad podany po powrocie z pracy, za małe buty kupione dziecku. Wszelkie próby buntu, wyrwania się, kończą się tak samo, powrotem do punktu wyjścia i marazmu powszechnie uznawanego za szczęście, w co każe nam się wierzyć, żebyśmy nie oszaleli z rozpaczy. Obaj mężczyźni do końca pozostają we władzy zimnych, znienawidzonych przez nie kobiet, w relacjach rodzinnych, jeden z żoną, drugi z matką, opartych od lat wyłącznie na przyzwyczajeniu, winie i niechęci, a mimo to zbyt mocnych, by je zerwać.

Skandynawskie zimno aż bije ze stron, do tego mistrzowska Yatesowska umiejętność pokazania tego, co ważne przez najprostsze opisy czy dialogi. Nie czyta się łatwo, ale zostaje na długo w pamięci.

piątek, 08 kwietnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/04/08 14:02:21
Zaciekawiłaś, znałam tylko "Dom róży. Krusyvik", który też jest wart uwagi.
-
2011/04/12 00:20:32
Miałam w planach "Dom Róży", nawet miałam od niej zacząć znajomość z tym autorem, ale jakoś "Bornholm" wpadł mi w ręce pierwszy. Skoro twierdzisz, że warto, to tym bardziej przeczytam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli