Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Co widziały wrony - Ann-Marie Macdonald

Dawno (od ostatniej Kate Morton) nie zdarzyła mi się taka książka, od której trudno się oderwać.

Dawno (od ostatniego Kinga) nie zdarzyło mi się pochłonąć ponad 800-stronicowej "cegły" w kilka dni, a właściwie wieczorów.

Przyznam jednak, że na początku było trudno. Pierwsze 100-150 stron czytałam ze średnim zainteresowaniem, znużona przydługimi opisami i historią rodziny, już prawie przekonana, że będzie to kolejne rozwlekłe czytadło. (taka specjalność wydawnictwa Świat Książki - już kilkakrotnie natrafiłam na książkę długą i śmiertelnie nudną z tego wydawnictwa). Ale warto przebrnąć przez ten początek.

Bohaterowie książki to rodzina kanadyjskiego lotnika, a najważniejsze wydarzenia rozgrywają się w 1962 roku. Jack i Mimi wraz z dwojgiem dzieci wracają z placówki w Niemczech do kanadyjskiej bazy lotnictwa w Centralii. Jack to lotnik, który nie walczył podczas wojny, ponieważ podczas szkolenia odniósł ranę w wypadku. Mimi, jego żona, pochodzi z rodziny francuskojęzycznej, akadyjskiej. Dwunastoletni Mike marzy o tym, żeby pójść w ślady ojca, a ośmioletnia Madeleine, nazywana przez tatę "wulkanem", uwielbia rozśmieszać innych.

Rodzina idealna, jak z reklamy telewizyjnej (zresztą reklamy są tu gęsto cytowane i brawo dla tłumacza, który dopasował znane w Polsce slogany - bardzo lubię ten styl tłumaczenia). Ówczesna wizja życia rodzinnego, bardzo dokładnie opisana, jest zresztą trochę przerażająca: matka, która spędza dzień na pracach domowych, ale za nic w świecie nie pozwoliłaby, żeby mąż zobaczył ją w stroju do sprzątania, nieuczesaną. Dziewczynka, której mówi się, że może w przyszłości robić cokolwiek zechce, ale od małego przyuczana do obsługi ojca i starszego brata. Wieczory wypełniane obowiązkowym, zrytualizowanym życiem towarzyskim.

Coś się jednak psuje - nie w samej rodzinie, bo ta jest kochająca i pełna ciepła, Jack jest wzorowym ojcem, matka - typową wymagającą ale troskliwą matką. Madeleine jest molestowana, a później ginie dziewczynka z tej samej klasy. O jej zabójstwo zostanie oskarżony nastolatek z sąsiedztwa. (Wszyscy już chyba napisali o tym, że pierwowzorem Ricky'ego była autentyczna postać, Stephen Truscott.) Równolegle rozwija się wątek związany z przerzucaniem do Kanady i USA nazistowskich naukowców, którzy pomagają tworzyć amerykański program lotów kosmicznych. Rola Jacka w tej sprawie, milczenie Madeleine i zachowanie małej społeczności, która woli pewnych spraw nie dostrzegać, doprowadzą do zniszczenia życia kilku osób.

Autorka genialnie pokazuje molestowanie seksualne od strony dziecka - wstyd, wyparcie, poczucie, że to może nic wielkiego, kłamstwa w domu, i wreszcie, po latach, uświadomienie sobie, co naprawdę się zdarzyło.

Jeśli chodzi o morderstwo dziewczynki to rozwiązanie zagadki wbija w fotel, bo przez kilkaset stron jesteśmy przekonani, że wiemy dokładnie, jak było i co się wydarzyło. Wzystkie fragmenty układanki pasują - a na sam koniec obrazek się rozpada i pojawia się inny, równie (albo i bardziej) przerażający.

Bardzo ciekawie czytało się o kryzysie kubańskim i zimnej wojnie z perspektywy kanadyjskiej. Niby wszystko to znane, ale dopiero w trakcie lektury uświadomiłam sobie, że ten okres znamy przede wszystkim z literatury i filmów amerykańskich. Niby to samo, a jednak inaczej, wystarczy niewielkie przesunięcie punktu widzenia, żeby dowiedzieć się czegoś nowego, innego. Dużo tu zresztą wzmianek o relacjach i różnicach między USA a Kanadą.

Co mi się nie podobało: zarówno początek, jak i końcówka są, moim zdaniem, trochę na siłę rozwleczone. Część, w której Madeleine jest już dorosła, jakoś wytraca tempo, żeby z powrotem nabrać rozpędu dopiero na sam koniec. I druga sprawa - w książce jest sporo wtrętów francuskich, co gorsza w zniekształconej, akadyjskiej francuszczyźnie. Moja szkolna znajomość francuskiego wystarczyła do rozszyfrowania dialogów i zniekształceń, ale nie wyobrażam sobie czytania z przyjemnością przy zerowej znajomości tego języka. Moim zdaniem jest to lekceważenie czytelnika przez wydawcę - wystarczyłoby kilka przypisów albo słowniczek/objaśnienia na końcu książki. Nie rozumiem, dlaczego zabrakło na to miejsca (czasu? chęci?) - w książkach Elif Safak i Orhana Pamuka regularnie pojawiają się zasady wymowy tureckiej, cóż szkodziłoby umieścić coś podobnego i tutaj?

Poza tym czytało się bardzo dobrze (najlepiej - środkowa część). Zachęcona, z rozpędu kupiłam też "Zapach cedru", ale zrobię sobie przerwę dla oddechu.

sobota, 30 kwietnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/04/30 18:28:15
Pamiętam, jak kilka lat temu w wakacje wpadłam w tę książkę. Najbardziej podobały mi się te obyczajowe wtręty, kwestie wychowania córki na grzeczną dziewczynkę, nawet banalnie zastanawiałam się, czy to miało wpływ na ich historię.
-
2011/04/30 18:39:43
"Co widziały wrony" polecała moja mama... Mam tę drugą książkę... cierpliwie czeka na półce. Z tego co słyszałam, ma być jeszcze lepsza.
-
maniaczytania
2011/04/30 19:33:17
Bardzo się cieszę, że Ci się podobała! Dla mnie ta książka to mistrzostwo świata.
Zapach cedru" w ogóle się do niej nie umywa moim zdaniem.

Jeżeli znajdziesz chwilkę i ochotę, to tu moja recenzja: mojeprzemiany.blox.pl/2010/02/Co-widzialy-wrony-Ann-Marie-MacDonald.html

Pozdrawiam!
-
bookfa
2011/04/30 20:01:55
Lubie cegly i nabralam ochoty na te wrony czytajac poczatek Twojej recenzji. Wystraszylam sie tymi francuskimi fragmentami, o ktorych wspominasz troche dalej. Dla mnie francuski to jezyk naprawde obcy. ;/
-
maniaczytania
2011/04/30 20:24:53
A jeszcze co do "wtrętów" z innego języka - jedną z piękniejszych książek, jakie czytałam, jest "Mapa miłości" Ahdaf Soueif (wydana w serii z miotłą). Ta, na końcu jest cały słowniczek wyrazów i całych zwrotów z języka arabskiego - cudna rzecz!
-
2011/05/01 10:30:48
Cieszę się że Ci się podobała, oznacza to w takim razie że dalej w ciemno mogę kupować to co polecasz w recenzjach :-)
Ja czytałam odwrotnie- najpierw "Zapach cedru", uważam że "Wrony" lepsze, "Zapach cedru" jest bardziej mroczny, odległy... ale też polecam.
-
2011/05/01 10:31:37
Ja właśnie utknęłam gdzieś koło 100 -150 strony.. jednak po tej recenzji zdecyduję się na podejście nr 2 ;)
Pozdrawiam
Wierna czytelniczka
-
2011/05/02 10:21:26
Piękna książka. Miałam podobne odczucia, jeśli chodzi o dorosłe życie głównej bohaterki. Z wypiekami na twarzy śledziłam prawdziwy proces domniemanego mordercy...
-
2011/05/03 19:41:07
Sesolello - jestem pewna, że to miało wpływ na ich losy.

Maniaczytania - zajrzałam do Ciebie, wygląda na to, że się zgadzamy :) A "Mapa miłości" jakoś mi nie pasuje, zaczęłam niedawno, odłożyłam, czeka na lepszy moment, może za jakiś czas :)

Agiq - :-) pewnie w końcu będziemy miały odmienne zdanie co do jakiejś książki :)

Bookfo - da się to czytać nie znając francuskiego, bo wstawki są w dialogach, ale ja tak mam, że lubię wiedzieć, co postaci naprawdę mówią. Przebijanie się przez proste zdania w zniekształconej transkrypcji wymagało ode mnie sporo wysiłku, a to mi psuło przyjemność. Jak nie lubię nadmiaru przypisów, tak tu bardzo by się przydały.

Dabarai, zobaczymy, na mnie też druga czeka.

Fronesis87 - spróbuj podejścia nr 2, warto przebrnąć przez te pola kukurydzy na początku :)

Anaman - ja przewidywałam, że proces musi się tak skończyć, to, co mnie przerażało, to jak szybko mieszkańcy jednostki zrobili ze "złotego chłopaka" kozła ofiarnego, chociaż nie było mocnych podstaw :(
-
2011/05/04 04:12:17
Kupilam te ksiazke rok temu na book swap w mojej bibliotece za 0,25 cad ;) i czekala ale skoro az tak polecasz to zaczne. Przeraza mnie jej "ceglowatosc" i drobniutka czcionka...Rozbiegowka 150 stron hmmm
Poprzednia wlascicielka napodkreslala mnostwo zdan i nawet sa tu jej komentarze typu "profound" "nice" a nawet "yes!"
Ale z ksiazek, ktore polecasz tylko dwie spotkaly sie ze sciana( nie powiem ktore ;P) wiec nabralam ochoty!
-
2011/05/04 07:25:09
Azeitona, powiedz, które, koniecznie! :) Kiedyś wspominałaś coś o Kate Morton?
A ja za moje "Wrony" musiałam zapłacić 44,90...
-
judytta
2011/05/04 09:33:08
"Zapach cedru" czytałam z 10 lat temu albo coś koło tego. Pamiętam że książka wywarła na mnie mocne wrażenie.
"Co widziały.." odstrasza objętością stron.
Jednak twoje streszczenie przeczytałam z uwagą i ma się ochotę po nią sięgnąć.
-
bookfa
2011/05/04 11:43:41
Tez lubie to wiedziec. Do tego stopnia mnie opetalo, ze czytajac Perssona czytalam jednym okiem po polsku a drugim w oryginale ,D
-
2011/05/04 14:31:37
mdl2, jak do tej pory z Twoich "polecań" Inga Iwasiów mnie nie porwała, może jeszcze coś tam innego by się znalazło ale nie pamiętam teraz...

Ale czytając powyższe komentarze jedno mnie zdziwiło: moli książkowych przeraża objętość książek? Mnie się zdarza w księgarni (jeżeli mogę sobie pozwolić tylko np. na zakup jednej książki) wybierać tą która grubsza właśnie!
-
2011/05/04 17:19:42
Kate Morton bardzo lubie chociaz ta ostatnia byla napisana na "zamowienie" i jak dla mnie byla kompletnie przegadana, za duzo wydumanych slow, a ja nie mam przyzwoitego slownika angielsko polskiego a w wersjii na portugalski tez ich nie rozumiem;)
Przyznam Ci sie do jednej, moze akurat tej nie polecalas ale o autorce napisalas kiedys ze ona pisze " arcydziela"- Sarah Waters, przez jedna przebrnelam, druga poleciala z hukiem.
Druga pozostanie tajemnica( nie, to nie byla Twoja ksiazka).
za to dzieki jeszcze raz za Kathryn Stockett i Sarah Allen!
-
2011/05/05 16:48:01
Azeitona, z Waters to tak jest, może zmęczyć. "Arcydzieło" stosuję tylko do ostatniej (Ktoś we mnie), wcześniej przeczytałam 3 inne po kolei i trzecia już była nudnawa i taka sama jak 2 poprzednie.

Agiq, bo Iwasiów też ma długą "rozbiegówkę", albo przebrniesz przez początek i się wciągniesz, albo się nie wciągniesz i klniesz do samego końca :)

Ja rozumiem obawę przed "cegłą" - sama lubię, ale jeśli np. ktoś czyta tylko poza domem/w komunikacji miejskiej jak ja kiedyś, to perspektywa dźwigania wielkiego tomiska jest nieciekawa. Są też okresy, kiedy czyta się wolniej, i wtedy takie 840 stron może nas uziemić na pół roku... jeszcze pamiętam "Świat bez końca" Folletta w oryginale... trzy miesiące wyjęte z życia.
-
butters77
2011/05/09 11:11:34
Po ponad tygodniu spędzonym z dala od internetu przeczytałam jednym tchem trzy Twoje wpisy... i natychmiast nabrałam ochoty na wszystkie trzy książki:-) Najbardziej właśnie "Co widziały wrony", choć nieco obawiam się francuskojęzycznych wtrętów. Niemniej, spróbuję:-)
-
2011/06/01 05:21:03
Skonczylam...nie podobalo mi sie...naprawde:( dlatego wlasnie nie lubie grubych ksiazek, wypchanych sianem. Pomysl swietny, historia wciagajaca ale forma jak dla mnie dobijajaca. Dociagnelam do konca tylko z powodu idiomow, ktore uwielbiam a autorka chyba zalozyla sobie zaraz na poczatku ze uzyje ich jak najwiecej. Wszystko tu jest! Sam tytul to tez idiom.Chetnie przekartkowalabym sobie polskie tlumaczenie;)
-
2011/06/06 12:37:00
Azeitona, mozesz napisac cos wiecej o tych idiomach? Przedwczoraj skonczylam czytac te ksiazke (swoja droga bardzo sie zdziwilam, ze taka ksiazka tak bardzo mi sie podobala, nigdy nie lubilam, kiedy w ksiazkach duzo sie dzieje). Jezyk wydawal mi sie w zasadzie przezroczysty, poza bardzo irytujacymi wstawkami, kiedy mowi krolik Bugs. Jestem ciekawa, czego nie zauwazylam, zwlaszcza jesli chodzi o tytul. "The way the crow flies" znaczy cos wiecej?
-
2011/06/06 13:49:50
Mszn - znam to w wersji "as the crow flies" to "w linii prostej", np. odległość między punktem A i B może być 30 km "as the crow flies" (por. na ling.pl)

Azeitona - trudno, szkoda, więc to będzie nr 3 jeśli chodzi o "ścianę" ;-) A teraz żałuję że nie czytałam w oryginale, ze wzgl. na idiomy
-
2011/06/11 01:33:00
lezeli mi pozwolisz to wkleje Ci tutaj trzy strony idiomow;)
Ok?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli