Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Stasiland - Anna Funder

Wychowałam się w Berlinie Wschodnim. Moje wczesne dzieciństwo to lody na Alexanderplatz, przedszkole na blokowisku, dmuchawce w parku Friedrichshein, letnie wycieczki nad jezioro i jesienne na grzyby w rzadkich, podberlińskich lasach. Spacery w Treptower Park, z gigantycznym pomnikiem-mauzoleum żołnierzy radzieckich, kościelny zapach kwiatów i świec. Pierwsza klasa szkoły podstawowej, niebieska chusta pioniera, pionierskie pozdrowienie (ręka ułożona w "koguci grzebień" na czubku głowy, co miało w dziwny sposób symbolizować walkę o pokój), wymachiwanie polską chorągiewką na chodniku, gdy Jaruzelski z Honeckerem przejeżdżali Karl-Marx Allee, pakowanie w szkole paczek ze słodyczami i zabawkami dla biednych polskich dzieci w stanie wojennym.

Moi koledzy z klasy nosili rosyjskie imiona, moja nauczycielka na widok Jaruzelskiego miała łzy w oczach, na moim świadectwie ukończenia z wyróżnieniem I klasy podstawówki widnieje podpis pani Honecker. Kiedy szkolna bibliotekarka oznajmiła mi, że książeczka o dzieciństwie Róży Luksemburg nie nadaje się dla pierwszaka, zalałam się łzami. Zabroniono nam używać zmazywacza do pióra, bo był kapitalistycznym wynalazkiem, a jeśli ktoś go miał, nie wolno było używać zachodniej nazwy "Tinten-killer" (morderca atramentu).

Gdzieś tam, za Murem, krył się tajemniczy Berlin Zachodni, kraina lodów w dwudziestu smakach i domu towarowego KDW. Przez dłuższy czas bylam święcie przekonana, że w Warszawie też musi być gdzieś ukryte takie dostępne dla wybranych, bogate miasto. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że Warszawa Zachodnia to tylko obskurny dworzec kolejowy! Mimo to Niemcy Wschodnie w porównaniu z ciemną, brudną, zapuszczoną Polską, gdzie szarzy ludzie snuli się po ulicach obwieszeni papierem toaletowym, wydawały mi się krainą obfitości.

W domu mówiło się półgłosem o różnych sprawach. O domach z zamurowanymi oknami. O tym, że kiedy Mama podlewała kwiatki u sąsiada z góry, gdy ten wyjechał na wakacje, zza zasłonki na końcu korytarza słychać było czyjś oddech. O lekko poprzestawianych drobiazgach po naszym powrocie z urlopu. O tym, że nasza Babka nie płaciła za telefony z Polski do Niemiec, ale na linii często było słychać dziwne odgłosy.

Ale dopiero po przeczytaniu "Stasiland" dotarło do mnie tak naprawdę, jak strasznym, totalitarnym, zniewolonym krajem były Niemcy Wschodnie. Wychowałam się w Stasilandzie.

Anna Funder, australijska dziennikarka pracująca w niemieckiej telewizji w latach 90-tych postanowiła zebrać historie ludzi prześladowanych przez Stasi i byłych funkcjonariuszy systemu. Mamy tu relacje z nieudanych prób ucieczki na Zachód, z aresztowań i więzienia, ale też opowieści dawnych funkcjonariuszy bezpieki, starzejącego się telewizyjnego propagandzisty. Z relacji wyłania się obraz państwa zdominowanego przez aparat bezpieczeństwa, w którym obywateli poddawano permanentnej inwigilacji, a najdrobniejsze odchylenie od socjalistycznej normy (wystarczyło pisać listy miłosne do cudzoziemca!) surowo karano. I tak działo się aż do końca, jeszcze w latach 80-tych, kiedy reżim chylił się ku upadkowi we wszystkich krajach socjalistycznych.

Nie sposób czytać tych historii bez dreszczu przerażenia. Autorka nawiązuje głęboką, osobistą więź ze swoimi rozmówcami, wydobywając z nich głęboko skrywane tajemnice. Kobieta, której złamano życie z powodu romansu z cudzoziemcem. Szesnastolatka więziona za próbę sforsowania Muru. Matka, której nowo narodzone, chore dziecko wylądowało na leczeniu po drugiej stronie Muru i wróciło do domu po kilku latach, wychowane w zachodnim szpitalu. I zadowoleni z siebie dawni oprawcy, którzy jak gdyby nigdy nic, piją codzienne piwko w ulubionej knajpce.

Nawet gdy historie ocierają się o groteskę, jak w opowieści o pamiątkowej plakietce wyniesionej z biura przez oficera Stasi, to śmiech więźnie w gardle, kiedy się pomyśli o tle tej anegdoty.

Moja dziecinna kraina obfitości okazała się szczelnie zamkniętym obozem koncentracyjnym dla siedemnastu milionów smutnych, pozbawionych wszelkiej nadziei ludzi.

Książkę czyta się doskonale, oprócz przerażających i wzruszających historii zawiera masę informacji o życiu w NRD. Warto.

 

czwartek, 05 maja 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
bookfa
2011/05/05 13:37:11
Musze to koniecznie przeczytac. Moje dziecinstwo to tylko 100 km od Berlina. tez jadlam pyszne lody na Alexanderplatz i tam kupowalam buty , ktorych juz w Polsce nie bylo. Nie zapomne nigdy dziwnego zapachu niemieckich sklepow i marszowej muzyki plynacej bez przerwy przez sklepowe szczekaczki. Nie zapomne tez portretow Ericha Honeckera straszacych z kazdej sciany. To tak naprawde tez kawalek mojego dziecinstwa. Dobrze, ze nie wiedzialam wtedy tyle o DDR co wiem teraz. Jak sie czegos nie wie to zwraca sieu wage na zupelnie co innego.
Ich oboz koncentracyjny, pod pewnymi wzgledami byl urzadzony troche wygodniej od naszego:/
-
2011/05/05 14:08:16
Bookfo, tak, pamiętam buty, późniejsze wyjazdy na kolonie i obozy letnie do NRD służyły głownie do zaopatrywania się w to wszystko, czego u nas brakowało - buty, dresy, przybory szkolne, kosmetyki.
Ja po lekturze doszłam do wniosku, że mimo wszystko nie zamieniłabym się na tamtejszy terror, chociaż z wierzchu był ładniejszy i wygodniej urządzony...
-
bookfa
2011/05/06 12:37:20
Nie wiem czy u nas bylo lepiej. Bylo po prostu inaczej.
Z reszta bylam w tych czasach za mala zeby jakikolwiek terror dotykal mnie osobiscie. Znam jednak opowiesci bardzo podobne do tych "enerdowskich". Przeczytaj chocby komentarz sad.a pod moim ostatnim wpisem.
A sama przezylam niejedno upokorzenie z powodu "zagranicznego narzeczonego" na poczatku lat 80-tych.
-
2011/05/09 13:56:07
Wywołałaś wspominki na temat NRD. Ja mam zupełnie inne. W NRD byłem tylko raz i to przejazdem, ale wrażenia miałem odmienne: po Dworcu Cetralnym w Warszawie ichniejszy dworzec główny, na który wjeżdżały pociągi z Polski wydał mi się szaro-marny. Na dodatek po wyjściu z pociągu natknęliśmy się na milicjantów psami, co budziło jak najgorsze skojarzenia. Nie mielismy czasu na zwiedzanie Berlina, ale tak sobie specerując bez celu dotarliśmy po kilkunastu minutach w wymarłą okolicę w pobliżu muru, który na szczęście widzieliśmy tylko z daleka. Wrażenie było takie, jak z MadMaxa. Nagle pusto dookoła nas, głucho, strach, tyko czekaliśmy, czy rozlegną się strzały. Nie chcielismy szukać żadnych sklepów, butów ani nic takiego, tylko maksymalnie szybko siup do Berlina Zachodniego, do normalnego świata.
Podobny szok przeżyliśmy w drodze powrotnej, bo zplanowalismy przekroczenie granicy na stacji metra, na która wjeżdżało się linią z Zachodniego Berlina, przechodziło kontrole paszportową i wychodziło na powierzchnię we Wschodnim. Tu szok kontrastu był jeszcze większy, zwłaszcza jak sprawdzali nasze paszporty przez pół godziny. Zatem zjedliśmy suche, ale zachodnie bułki nie wchodząc nawet do enrdowskiego sklepu. I marzyliśmy, aby jak najszybciej pociąg ruszył do Polski.
A buty jakoś mnie w tym kontekście nie fascynowały wcale.
-
2011/05/09 19:10:45
Bookfo, ja również byłam za mała, a poza tym byłam córką przedstawiciela systemu (czego się zresztą nie wstydzę i nie zamierzam).

Dijkstra, pamiętam tę stację metra.

Moje wspomnienia są inne - bo są z perspektywy życia tam przez 4,5 roku jako dziecko - wyjechałam po I klasie. Na co innego zwracałam uwagę, co innego wiem teraz.
-
2011/05/10 11:06:16
Zaciekawił mnie "koscielny zapach kwiatów i świec" zupełnie nie kojarzący sie z NRD. Może napisz o tym parę słów więcej. Pozdrawiam
-
2011/05/10 12:31:43
Chodzi o to miejsce:
www.war-memorial.net/mem_det.asp?ID=98

Na górze, w budyneczku pod pomnikiem jest coś, do czego najbardziej pasowałoby określenie: kapliczka. Wewnątrz znajdują się mozaiki i malowidła (przedstawione na tym zdjęciu: www.war-memorial.net/mem_img.asp?aid=98&curpage=8). W tamtych czasach wewnątrz zawsze było pełno wieńców i kwiatów od różnych zaprzyjaźnionych przywódców "bratnich narodów" i paliły się świeczki, czy może znicze. Do środka można było zajrzeć tylko przez kratę w drzwiach, otwieranych (chyba) tylko do składania wieńców. Zapach i wygląd tego miejsca zawsze kojarzył mi się kościelnie, zupełnie wbrew intencjom budowniczych :) Spędziłam wiele godzin biegając wokół pomnika i wsadzając nos w drzwi, żeby oglądać kwiaty i obrazy :)
-
2011/05/12 15:27:49
Dzieki za wyjaśnienie, na pierwszy rzut oka pomyślałem, że chodziło o kościół sensu stricto i coś mi nie pasowało do kontekstu.
Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam
-
2011/05/12 22:07:29
Nie ma za co, poleciałam skrótem myślowym, jak zwykle :)
Przy okazji uprzytomniłam sobie, że chyba w DDR ani razu nie byłam w prawdziwym kościele. Bo potem w RFN to owszem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli