Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks - Rebecca Skloot

Po pierwsze chciałabym podziękować Wam wszystkim za ciepłe słowa, trzymane kciuki i słowa otuchy. W poniedziałek dostanę jakiś "wyrok" (prawdopodobnie potwierdzenie wstępnej diagnozy) i wtedy będę wiedziała - czy szykuję się na długie leczenie i dość koszmarną z opisu operację bez gwarancji sukcesu, czy będę po prostu żyć z tym, co mam i cieszyć się, że nie trafiło w zdrowe oko. Kto ciekaw szczegółów - odsyłam do pamiętnych obrazów z filmu "Dwa dni w Paryżu", obraz mówi więcej niż 1000 słów :)

A na razie, skoro mogę zrobić zakupy i nawlec igłę (ku mojemu zdziwieniu - myślałam, że to umiejętność bezpowrotnie stracona, bo potrzeba do niej widzenia przestrzennego, a do widzenia przestrzennego potrzeba dwojga względnie sprawnych oczu), to nie mam wymówki, żeby nie pisać bloga. Co prawda znacznie mniej czytam w tej chwili, ale coś tam jeszcze zostało z wyjazdu.

Na początek temat, który zawsze mnie interesował, czyli medycznie.

W 1951 r. pewna czarnoskóra trzydziestolatka, matka pięciorga dzieci, umarła na raka szyjki macicy. Komórki rakowe, pobrane od niej podczas jednego z badań, okazały się wyjątkowo żywotne i zapoczątkowały linię hodowli komórek pod nazwą HeLa. Komórki z tej hodowli znajdują się obecnie w niemal każdym laboratorium, a ich łączna masa wielokrotnie przewyższyłaby wagę zmarłej kobiety.

Tożsamość dawczyni przez wiele lat pozostawała w tajemnicy, do tego stopnia, że autorzy publikacji naukowych napisanych na podstawie badań jej komórek podawali różne, domniemane nazwiska i snuli przypuszczenia na jej temat. Jej rodzina - nadal żyjący mąż i kilkoro pozostałych przy życiu dzieci - bezskutecznie usiłowała uzyskać od lekarzy jakiekolwiek informacje na temat losów jej tkanek. Rebecca Skloot była pierwszą autorką (poza pewnym dziennikarzem w latach 70), której udało się nawiązać głęboki, bliski kontakt z rodziną i opisać losy Henrietty.

Kobieta, pochodząca z rodziny dawnych niewolników, wychowała się na farmie tytoniu, w biedzie, pod opieką dziadka, wśród licznych kuzynów. Bardzo wcześnie wyszła za mąż za jednego z nich i urodziła dzieci, dopiero później wraz z mężem przeprowadziła się do miasta w nadziei na poprawę warunków życia. Jej najstarsza córka, chora na epilepsję, zmarła w wieku 15 lat w zakładzie dla obłąkanych, w którym panowały koszmarne warunki.

Autorka nie poprzestaje jednak na samej biografii. Przybliża czytelnikom także problematykę i historię hodowli komórek i tkanek, związane z tym zagadnienia etyczne i prawne (jak choćby kwestia prawa własności i świadomej zgody pacjenta), przypomina badania, które zostały zapamiętane jako wstydliwy rozdział historii medycyny, w tym słynne badanie Tuskegee .

W przypadku Henrietty lekarze popełnili wszystkie możliwe błędy emocjonalne: ani chorej ani jej rodziny nigdy nie poinformowano wyraźnie o hodowli komórek ani o jej celu. Zdezorientowani, niewykształceni ludzie nie dysponowali wiedzą, która pozwoliłaby im samodzielnie zgłębić ten temat i zrozumieć, co to znaczy, że komórki ich żony i matki "wciąż żyją". Autorka dotarła do lekarzy i naukowców, którzy dopiero teraz, po latach, udostępnili rodzinie kartę choroby i wydusili z siebie przeprosiny.

Z jednej strony jest to więc wstrząsające świadectwo dyskryminacji i traktowania czarnych pacjentów jak ludzi gorszego gatunku (co widać zwłaszcza w rozdziale o losach najstarszej córki Henrietty, gdzie opisuje się rzeczywistość szpitali/przytułków dla chorych psychicznie czarnych), z drugiej - pasjonująca historia kilku komórek, które rozwinęły się w linię umożliwiającą lekarzom i biologom dokonywanie przełomowych odkryć. Do tego opowieść o przełamywaniu nieufności i wrogości rodziny, która po doznanych cierpieniach nie potrafi już nikomu zaufać, o budowaniu więzi.

Niestety, wątek o nawiązywaniu kontaktu z rodziną jest też najbardziej denerwujący w czytaniu dla takiej emocjonalnej analfabetki jak ja. Przy całej świadomości kwestii rasowych i historii dyskryminacji trudno oprzeć się wrażeniu, że rodzina Lacksów to ludzie roszczeniowi, skrajnie przewrażliwieni na swoim punkcie, a autorka obchodzi się z nimi, jak to mawiała moja Babcia, "jak ze śmierdzącym jajem". O ile jestem w stanie zrozumieć ich rozżalenie z powodu braku wyczerpujących informacji o chorobie Henrietty, i podziwialam determinację Deborah (córki), która mimo braku wykształcenia usiłowała dotrzeć do prawdy, to ich nastawienie wydawało mi się przesadzone. Komórki pobrano w trakcie koniecznego badania, Henrietta była leczona zgodnie z ówczesnymi standardami, nie uczestniczyła nieświadomie w nieetycznym eksperymencie, o losie komórek z biopsji zdecydował przypadek. (Co innego jej córka, poddana sprzecznym z etyką badaniom w przytułku.) Co pewien czas w książce pojawiają się wzmianki o tym, że fiolkę komórek linii HeLa można obecnie kupić do celów naukowych za około 25 dolarów. Czyżby tak naprawdę chodziło w dużej mierze o te pieniądze? Na szczęście postępowanie Lacksów na koniec opowieści przeczy temu podejrzeniu... przynajmniej trochę. Ale i tak nie udało mi się ich polubić.

Podsumowując - książka jest naprawdę bardzo ciekawa w warstwie biograficzno-naukowej, natomiast chwilami zbyt sentymentalna. Czyta się jak powieść.

środa, 31 sierpnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
izabella_g
2011/08/31 11:15:55
Czytałam gdzieś o tych komórkach. Czy one nie zaczęły w końcu stwarzać jakichś problemów? (może np. zmutowały i wyszły z laboratorium)
-
mdl2
2011/08/31 11:18:30
nie wyszły :) ale okazało się po latach, że zakażają wszystkie inne kolonie komórkowe, jakie miały z nimi styczność. I o tym też w książce jest mowa.
-
agawa79
2011/08/31 11:59:33
Dzięki :)
Zorientowałam się, że nie tylko wrzuciłam ją do koszyka, ale i zamówiłam.
-
mdl2
2011/08/31 13:07:02
Agawo, a więc miłego czytania!
-
claudete
2011/08/31 13:32:04
Nie słyszałam wcześniej o tych komórkach. Historia naprawdę jest fascynująca, chociaż właściwie pozwala zastanowić się nie tylko nad rozwojem nauki, lecz także nad kwestiami etycznymi i moralnymi związanymi z poborem tkanek. Wszak materiał który wykorzystano pobrano podczas rutynowego badania. W podobny sposób uzyskano krew od Jana Pawła II, która obecnie jest rozdawana w polskich kościołach i traktowana jako relikwia. Jednak te wszystkie "konieczne pobrania" mają swój cel w diagnostyce osoby chorej, a nie w kupczeniu jej tkankami po śmierci i wykorzystywaniu ich do innych celów.

Książka bardzo mnie zaciekawiła i z chęcią po nią sięgnę - lubię takie medyczne ciekawostki.

A na koniec pragnę życzyć Ci dużo zdrowia!
-
2011/08/31 14:39:18
Życzę Ci, żeby wszystko było dobrze z Twoimi oczami, trzymam kciuki. A książka bardzo ciekawa.
-
monotema
2011/08/31 18:10:25
A ja owej książki wystrzegać się będę jak zarazy, a tych tam" laksów" już nie lubię. A w ogóle co ty czytasz? Nie lepiej "Szwejka" na wyrywki? Przynajmniej śmieszno :D:D
-
mdl2
2011/09/01 00:00:46
Claudete - tak, ta książka bez wątpienia prowokuje do rozmyślań o kwestiach etycznych i moralnych i to jest jej dużą zaletą. Natomiast mnie te rozmyślania zaprowadziły ostatecznie na tak niepoprawne politycznie manowce, że nawet nie odważyłam się ich tu opublikować :)
I dziękuję za życzenia zdrowia!

Artsajke - dziękuję!

Monotema - należę do tych upośledzonych nieszczęśników, którzy Szwejka nie lubią :)
-
izabella_g
2011/09/01 08:58:10
Mdl2- no właśnie, wiedzialam, że coś pochrzanię:).
Jestem szalenie ciekawa Twoich niepoprawnych politycznie wniosków, ale nie będę naciągać na zwierzeniaPPP.
Przykład JPII podany przez Claudette mnie w sumie trochę rozbawił, trudno, żeby wydawac dyspozycje co do korzystania ze swoich szczątków na wypadek ewentualnej beatyfikacji:).
-
mdl2
2011/09/01 11:26:09
Myślę, że JPII mógł spokojnie rozważać taką ewentualność :) - a już jego otoczenie z całą pewnością było przynajmniej trochę świadome, jaki potencjał (poza diagnostycznym) ma taka próbka krwi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli