Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Niewidoczna góra - Carolina de Robertis

To ostatnia recenzja z wakacyjnej paczki, następny taki maraton recenzyjny będzie dopiero po powrocie z drugiego wyjazdu, pod koniec sierpnia. Może jeszcze tylko przed wyjazdem skończę takie jedno głupiutkie czytadełko po angielsku i uda mi się kilka słów o nim napisać, ale na razie to tyle.

"Niewidoczna góra" miała być czytadłem, a wcale nim nie jest, jest bardzo porządną sagą rodzinną z panoramą historii Ameryki Południowej w tle, z dodatkiem szczypty realizmu magicznego. Zaczynam mieć wrażenie, że kiczowate, słodkie okładki* wydawnictwa Albatros są częścią wyrafinowanej strategii marketingowej polegającej na podstępnym wciskaniu czytelnikom całkiem dobrych książek przebranych dla niepoznaki za romansidła :)

Akcja rozgrywa się w Montevideo, stąd tytuł. Miasto wzięło swą nazwę od okrzyku portugalskiego marynarza "Widzę górę" ("monte vide eu", nie znam portugalskiego, wersja portugalska jest tylko cytatem z książki), gdy tymczasem, jak wynika z treści, żadnej góry tam nie ma. Jest za to ujście rzeki La Plata, a po jego drugiej stronie - Buenos Aires.

Choć to opowieść o trzech pokoleniach urugwajskich kobiet, zaczyna się w Wenecji, gdzie poznajemy Ignazia, potomka rodu budowniczych gondoli. Wenecjanin wyemigruje do Ameryki Południowej, gdzie pozna Pajaritę - niezwykłą kobietę, której najwcześniejsze dzieciństwo naznaczył cud. Później poznamy losy ich córki Evy, a następnie jej córki, Salome.

Pajarita - zielarka, Eva - poetka i Salome - rewolucjonistka. Życie trzech wyjątkowych, wrażliwych kobiet splata się z historią Urugwaju i Argentyny. Widać, że autorka włożyła wiele pracy w badania historyczne. Poznajemy historię od początku XX wieku, poprzez epokę Perona aż po działania partyzantki Tupamaros i aresztowania rewolucjonistów, a równolegle toczy się życie trzech kobiet, z których każda zmaga się z własnymi problemami uczuciowymi i rodzinnymi. Miasto z niewidoczną górą w nazwie kipi życiem i energią ale potrafi też niszczyć. Tango, rewolucja, poezja i miłość tworzą wyjątkową mieszankę.

Przypominała mi ta książka trochę wczesne powieści Isabel Allende. Chociaż autorka jest emigrantką mieszkającą w Stanach, udało jej się nasycić powieść specyficznym, południowoamerykańskim klimatem. Czyta się doskonale.


* Jeszcze w temacie okładek. Wczoraj dowiedziałam się przypadkiem w rozmowie, że ostatnim krzykiem mody i niepisanym wymogiem sieci handlowych jest okładka z twarzą. Podejrzewam, że teraz czeka nas wysyp twarzy na okładkach - ale to dla mnie ostateczny dowód, że nie ma sensu sugerować się okładką, skoro podlega takim samym regułom, jak opakowanie herbaty czy proszku do prania. Ciekawe, kiedy sieci handlowe zaczną narzucać autorom objętość i tematykę książek.

piątek, 05 sierpnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli