Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna

Po "francuskim Danie Brownie" przyszedł czas na "indyjskie Przeminęło z wiatrem". Mania porównań szaleje, a klucz wydaje się dość prostacki: miliony sprzedanych egzemplarzy = Dan Brown, plantacja + miłość = Przeminęło z wiatrem. Czyżbyśmy chcieli czytać tylko te książki, które już znamy, tylko w lekko zmienionej wersji?

Na szczęście nie jest tak źle, a "Tygrysie Wzgórza" nie są kompletnym gniotem opatrzonym na przynętę ładną etykietką. Ale nie bardzo mam pomysł, co możnaby o tej książce napisać ciekawego, poza oczywistym stwierdzeniem, że jest to historia wielkiej miłości osadzona w egzotycznej indyjskiej scenerii, i że czyta się dobrze.

Nie fascynuję się Indiami, choć ostatnio jest to zdaje się modne. Posłusznie obejrzałam Slumdoga - milionera z ulicy, przymierzyłam się do Salmana Rushdiego z marnym skutkiem, kiedyś, dawno temu, przeczytałam "Boga rzeczy małych". Indie kojarzą mi się sztampowo, z kropką na czole, obwieszonymi złotem paniami w sari, świętymi krowami, biedą slumsów i tanimi pracownikami call centers, a i z kwiecistymi sukienkami za grosze noszonymi w czasach studiów, kiedy India Shop był jedynym dostępnym sklepem z ubraniami.

Może, gdybym się Indiami bardziej interesowała, to książka by mnie zachwyciła, a na pewno miałabym więcej do powiedzenia. 

Akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku. Główną bohaterką jest Dewi, zjawiskowo piękna dziewczyna z krainy Kodagu, należąca do ludu słynnego ze swej niezależności i siły. Dziewczyna od najwcześniejszego dzieciństwa wychowuje się razem z Dewanną, chłopcem przygarniętym po śmierci matki przez dalszą rodzinę. Jako dziecko uczestniczy w uroczystości z okazji zabicia tygrysa przez myśliwego z pobliskiej wioski. Od tamtej pory wie, że pośluubi tylko pogromcę tygrysa, nikogo innego. Tymczasem przyjaciel z dzieciństwa ujawnia ponadprzeciętne zdolności i zostaje wysłany do college'u medycznego. Splot nieszczęśliwych wydarzeń sprawi, że plany pięknej Dewi obrócą się wniwecz, a jej życie już na zawsze będzie połączone z życiem dawnego towarzysza zabaw. Kobieta poświęci całą energię niespełnionej miłości na budowanie dostatniej przyszłości dla swojej rodziny, a najtrudniejszym zadaniem będzie dla niej wybaczenie doznanej w młodości krzywdy.

Historia miłości, saga rodu, opowieść o silnej kobiecie, która stara się trwać mimo wszelkich przeciwności losu. Historia krzywdy i bardzo trudnej drogi do wybaczenia. A wszystko to w scenerii Indii sprzed 100 lat.

Największą zaletą powieści jest właśnie sceneria, szczegółowe, plastyczne opisy i bardzo bogate, barwne tło obyczajowe, a wręcz etnograficzne. Szczegółowo opisane życie codzienne, ceremonie, uroczystości, z takimi detalami, jak stroje, biżuteria, potrawy, sprawiają, że czułam się, jakbym uczestniczyła w opisanych wydarzeniach. Podobno autorka opierała się na historiach rodzinnych zasłyszanych od dziadków, i to się czuje, zwyczaje i tradycje wydają się żywe. Dlatego też najciekawszy jest początek, gdy akcja rozgrywa się jeszcze w wioskach, kiedy przenosi się do miasta, klubów i na plantację, robi się bardzo europejsko i zachodnio, i historia traci dużą część uroku. Bo sama historyjka mogłaby zdarzyć się niemal wszędzie, w każdym miejscu na świecie, gdzie dziewczęta nie mogły same decydować o swej przyszłości.

I tyle, i nic mniej, nic więcej. Coraz częściej mam ochotę kwitować przeczytane książki stwierdzeniem "czyta się bez bólu, nawet z przyjemnością, ale niewiele z tego wynika." W związku z tym pytanie do zastanowienia: czy my, czytelnicy, karmieni zalewem takich książek poprawnych, średnich, sprawnie wyprodukowanych ale pozbawionych iskry, za to doskonale promowanych, jeszcze w ogóle rozwijamy intelekt, czy już tylko konsumujemy kulturę masową, dla niepoznaki opakowaną w zadrukowany papier i od zjadaczy seriali różnimy się tylko metodą przyswajania treści rozrywkowej? Czy naprawdę jedyną drogą ucieczki jest literatura faktu? Czy warto w ogóle cokolwiek pisać, dokładać swoją cegiełkę do sterty książek przeciętnych, ale, jak to kiedyś ujęła jedna z blogerek, "niekoniecznych"?

wtorek, 23 sierpnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
felicja79
2011/08/23 13:55:46

Ksiażka mnie nie zainteresowala, ale Twoje uwagi na końcu wpisu bardzo.

Zaczęłam się zastanawiać.

Jakie książki ja czytam i co mi po nich zostaje w głowie?

I dochodzę do wniosku, że nie lubię książek pustych, które nic mi z siebie nie dają.

Czytanie książek powinno być jak spotkanie z dobrymi przyjaciółmi.
Nie wiem, jak to wyrazić. Nie spotykam autorow, ale czytając ksiażki czuję sie jakbym ich trochę znała, rozmawiała z nimi. Lubię te uczucie, gdy znajduję kogoś podobnego do mnie albo zupelnie innego, ale mającego wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Tak, chyba trzeba uważać z wyborem książek, tak jak z wyborem przyjaciół :-)

-
agawa79
2011/08/23 22:01:58
To ja też się odniosę do ostatniej części wpisu.
Niestety, w moim przypadku tak to właśnie wyglądało - im więcej fikcji czytałam, tym bardziej miałam poczucie, że moje oczy żują gumę, którą wypluwa się bez refleksji i po której niewiele zostaje. Owszem, są wyjątki i warto się starać, będąc młodą pisarką ;), żeby taki wyjątek stworzyć. Ale w 9 przypadkach na 10, książka która we mnie zostaje i którą chce mi się potem całymi dniami międlić intelektualnie, to non-fiction właśnie. I chyba mam szczęście do literatury "niepięknej", bo rzadko trafiam na pozycję, która by na mnie nie zrobiła żadnego wrażenia. Ostatnio była to książka o Wyspach Owczych - też ją miałaś czytać, o ile dobrze pamiętam - fantastyczne połączenie rzetelnego reportażu przebogatego w fakty i informacje z refleksjami o życiu, altruizmie i samotności. Ciekawa jestem Twoich wrażeń.
Swoja drogą, zastanawiam się, co łączy te powieści, które zapadają mi w pamięć i w duszę - bo raz to jest Marian Keyes, innym razem Jo Nesbo, a jeszcze innym Sandor Marai... (tak, Mdl, wiem, nudziarz :D).
-
2011/08/23 22:55:35
Mój egzemplarz "Tiger Hills" czeka, za to zabrałam się za "A golden age" Tahmimy Anam. A jeśli chodzi o powieści, to mnie tylko czasem przeszkadza przesyt i shut I'd podobieństwo. Chyba lubię rutynę.
-
2011/08/24 10:57:04
Felicjo, podoba mi się to porównanie.

Agawo, cóż, Wyspy Owcze zaczęłam po czym odłożyłam mniej więcej w połowie i... zapomniałam. Mam problem z literaturą "niepiękną", bo, nasycona informacjami, bardzo szybko mnie nudzi. Jestem takim prostaczkiem, który chce usłyszeć ciekawą historyjkę, a potem się złości, że wszystkie te historyjki do siebie podobne.

Dabarai, a ja właśnie rutyny najbardziej nie lubię, ani w książkach, ani, niestety, w życiu :)
-
2011/08/24 13:51:10
Zgadzam się, niestety (z tym większym bólem, że niepomna zamieszczonego tu ostrzeżenia zawiodłam się właśnie na Lustrach miasta). Skanując naprędce pamięć dochodzę do wniosku, że faktycznie ostatnio robiła na mnie wrażenie głównie literatura faktu, a jeśli powieści, to raczej te sprzed lat. Ale nie tracę nadziei i staram się pozostawać czujna przy wyborze lektur :-) (omijam szerokim łukiem 'międzynarodowe bestsellery', 'drugiego Marqueza', 'światowe objawienia'). Teraz z fiction przymierzam się do Supersmutnej historii miłosnej.

Mloda pisarko, a czytałaś może Krakowską żałobę?
-
naturegirl
2011/08/24 14:52:04
Co za zbieg okoliczności, właśnie też dzisiaj wrzuciłam u siebie recenzję "Tygrysich wzgórz", podobnie się tą książką nie zachwyciłam, a główna bohaterka szczerze mówiąc działała mi na nerwy. W roli wakacyjnego czytadła może być, ale nie ma w niej tego czegoś, co by sprawiło, że historia ta pozostałaby ze mną na dłużej. W ogóle zauważyłam, że coraz częściej krytykuję książki i faktycznie nie wiem, co jest tego powodem, czy to ja mam jakiegoś pecha i na takie trafiam, czy za dużo już czytałam, żeby coś mnie rzuciło na kolana, czy też po prostu coraz więcej jest literatury niewiele wnoszącej. Faktycznie najtrudniej jest krytykować non fiction.
-
2011/08/24 16:20:31
Naturegirl, zajrzałam do Ciebie i widzę że spostrzeżenia mamy podobne - tylko tło indyjskie ratuje tę historię. Mnie Dewi nie działała na nerwy - pewnie dlatego, że jest trochę podobna do moich bohaterek, które zawsze za czymś tęsknią zamiast skupiać się na tym, co mają :)
Myślę, że "za dużo już czytałam, żeby coś mnie rzuciło na kolana" to też jeden z powodów przesytu, po latach czytania trudniej trafić na coś wyjątkowego.

Natahtari, "Supersmutną..." szczerze polecam, to jedna z nielicznych książek, które mnie ostatnio autentycznie zachwyciły i rozbawiły.
-
moniazo
2011/09/16 08:19:27
Mnie się ta książka trafiła do przeczytania podczas pobytu w szpitalu (dość niespodziewanego więc nie przygotowałam się na to). Pożyczyła mi ją współpacjentka i przeczytałam całą w niespełna dobę. Bynajmniej nie dlatego, że taka wciągająca była. Po prostu z braku laku... Czasem przerzucałam kartkę, czy dwie, żeby skrócić dłużyzny. Faktycznie najciekawszy był opis życia i kultury, ta kulinarna zainteresowała mnie zwłaszcza. Zwróciłam uwagę, że opisy przygotowania potraw czy przetworów są bardzo szczegółowe i realistyczne, a ponieważ lubię jedzenie i nowe smaki (prowadzę też bloga kulinarnego) te opisy zrobiły na mnie największe wrażenie. Brakowało mi też jakiejś głębi psychologicznej w tej książce. Rozumiem oczywiście, że jak się chce opisać siedemdziesiąt lat życia bohaterów w jednej książce, to na głębię zwyczajnie nie ma miejsca. Szkoda jednak, bo mogłaby to być całkiem fajna powieść, szczególnie, że osadzona w innej od naszej kulturze. To tak jak z rośliną - posadzić możesz wszędzie, ale nie wszędzie urośnie tak samo i nie takie same wyda owoce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli