Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Wieczór polkowy w Tall Pine - Lorna Landvik

Ta recenzja powinna nosić tytuł "Zabita przez tłumacza", ponieważ, jeśli ta książka w oryginale mogła posiadać jakiś urok, to tłumacz długo pracował nad tym, żeby go zdeptać.

To nie jest kwestia jakichś rażących błędów (poza kilkoma ewidentnymi wpadkami, gdzie trzeba sobie mozolnie przełożyć zdanie z powrotem w głowie, żeby w ogóle zrozumieć, o co mogło chodzić) a raczej ogólnej nieporadności w posługiwaniu się językiem ojczystym. Dawno nie czytałam powieści napisanej tak drewnianym, skalkowanym z angielskiego językiem. Konkurs "Czego szukam w idealnej kuchni?" (hmmm, może na przykład okularów?), "dziura w sercu po straconej przyjaźni" i tak niemal na każdej stronie. I to jest kolejny powód, dla którego nigdy nie powinnam tłumaczyć literatury pięknej (choć pochwalę się nieśmiało, że dostałam pewną propozycję i czekam na decyzję Klienta, więc może za jakiś czas i Wy będziecie mogli poznęcać się nad moimi dokonaniami, bo na razie wątpię, żeby ktoś z Was pasjami czytywał fachowe publikacje o szkoleniu sprzedawców lub poradniki gry na giełdzie).

A poza tym jest to książka denerwująca, na wskroś amerykańska w takim bardzo hallmarkowskim stylu, średnio urocza i średnio zabawna, czyli idealny materiał na bestseller. (W wersji dla działu marketingu: "pełna ciepla i humoru, bardzo życiowa opowieść...")

Cóż, moja wina. Sama chciałam coś lekkiego i żeby się łatwo czytało...

W tytułowym miasteczku Tall Pine w Minnesocie mieszka Fenny Ness - dwudziestolatka, której rodzice zginęli w zagranicznej podróży. Fenny jest domatorką, samotnicą, prowadzi odziedziczony po rodzicach sklepik z pamiątkami i sprzętem wędkarskim i nie spodziewa się wiele od życia. Fenny i jej podobni samotnicy spotykają się w kawiarni Cup O'Delight, prowadzonej przez rudowłosą Lee, która uciekła tu od swojego męża-agresywnego brutala. W barze pomaga jej Slim, weteran wojny wietnamskiej z syndromem pourazowym. Pozostali bohaterowie to m.in. para starzejących się lesbijek, miejscowa nawiedzona poetka, patologicznie nieśmiały szewc i im podobni.

W spokojne życie miasteczka, gdzie rutynę przerywają tylko wydarzenia w rodzaju skandynawskiej nocy świętojańskiej i spotkań parafialnych, wkracza dwóch mężczyzn. Jednym z nich jest Christian, scenarzysta filmowy z aspiracjami, prosto z Hollywood, drugim - Wielki Bill, półkrwi Indianin, poszukujący swojego miejsca na świecie. Christian nakręci w Tall Pine film, w którym Fenny zagra główną rolę, a Bill stanie się obiektem uczuć zarówno młodziutkiej aktorki, jak i właścicielki baru. Jak to się skończy? Czy Fenny zyska sławę? Czy rywalizacja o uczucia Billa zniszczy przyjaźń między kobietami?

I jestem bezradna, bo nie wiem, co (poza drewnianym językiem) nie zagrało. Jest tu mnóstwo bohaterów posiadających tak lubiane, urocze drobne dziwactwa, jest małomiasteczkowy bar - wymarzona, niemal archetypowa scenografia do pokazywania życiowych dramatów zwyczajnych ludzi - wyrzutków, ale na tyle sympatycznych, żeby tworzyć podnoszącą na duchu wspólnotę. Są sceny komiczne i sceny wzruszające, a nawet przemoc, są głębokie uczucia: żałoba, rozpacz, miłość. Jest Hollywood, sława, strzelanina, rak i romantyczny ślub, jest ciepło, mądrze, i życiowo. Czego chcieć więcej i dlaczego wszystko razem jest jak hallmarkowski film puszczany pięćdziesiąt razy we wtorek przed południem?

Mam wrażenie, że zadzialała mieszanka piorunująca - płytki sentymentalizm (na przyszłość: unikać książek, w których ktokolwiek choć raz ze wzruszenia chwyta się za pierś z obawy, że serce mu z niej wyskoczy!), banalne klisze (ach ci wspaniali mieszkańcy prowincji kontra brzydkie, brzydkie Hollywood), plus nadmiar ciepełka mimo wszystkich niby to dramatycznych wydarzeń. Brakowało mi pazura, akcji, czarnych charakterów, prawdziwych dramatów.

Dla fanów "klimatu". Mnie pociesza tylko to, że książkę kupiłam na allegro za 10 złotych.

---

PS wielkie zielone i migające coś, które niedawno zawisło przed moim prawym okiem zasłaniając mi pół świata, wzięło i pomalutku jakby zniknęło. Niebo przestało być brązowe i znowu jest niebieskie, no dobra, może lekko zielonkawe, blok naprzeciwko znowu ma balkony i kominy. Mam nadzieję, że to nie jest syndrom zęba, który przestaje boleć tuż przed wizytą u dentysty, ale poproszę potrzymajcie za mnie kciuki jutro w południe, żeby nie było tak źle, jak mi się wydawało po ostatniej wizycie u lekarki.

niedziela, 04 września 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
felicja79
2011/09/04 21:12:08
Kciuki będę trzymała :-), a przed książką czuję się ostrzeżona i będę omijać.
Tak się tylko zastanawiam, czy na moim blogu będzie mi się chciało pisać o książkach, które mi się nie podobały.
Ostatnio np. trafiłam na Amelie Nothomb, która wczesniej bardzo mi się podobała w kilku ksiażkach, a teraz przestała. Jej książkę "Tak wyszło" porzuciłam po kilkunastu stronach, to i recenzji nie ma, o czym pisać. Skoro Ty doczytalaś ksiażkę Landvik do końca, to może nie była aż taka zła ;-)
-
bookfa
2011/09/04 21:57:06
Nie bedzie tak zle, czuje to po kosciach. A czasem sie to sprawdza, wiec trzymam mocno kciuki zeby tak bylo i tym razem.
Co do powiesci to niby ma wszystko co lubie w czytadlach ale wierze na slowo, ze moze byc strata czasu ;/
Mam dziwny nawyk czepiania sie tlumaczy choc jak do tej pory tlumaczylam tylko materialy kursowe dla Konstsmide. Na szczescie reklamacji nie bylo ;)
-
mdl2
2011/09/04 22:06:21
Felicjo, a ja sobie założyłam, że będę pisać o wszystkich książkach, jakie czytam, dobrze czy źle.
Z wyjątkiem książek znajomych, które mi się nie spodobały... no i tych porzuconych w trakcie.
Doczytalam tę Landvik przerzucając kartki, bo nie chciało mi się zaczynać nic cięższego.
A ja nigdy nie czytałam nic Amelie Nothomb. Kiedy była modna, zadziałał "efekt bestsellera" - omijałam szerokim łukiem - a teraz już chyba nie mam ochoty... Może u Ciebie to efekt przesytu jedną autorką?
-
mdl2
2011/09/04 22:08:18
Bookfo, dziękuję, mam nadzieję, że Twoje przeczucia się sprawdzą.
Niechby nawet zostało, jak jest, byle nie gorzej.
Mam wrażenie, że Landvik powinnam była przeczytać w oryginale, może byłaby bardziej strawna.
-
felicja79
2011/09/04 22:20:33
Możliwe, że u mnie to "efekt przesytu", chociaż dawno nic tej autorki nie czytałam. Skusiłam się po recenzji innej jej książki na jednym z blogów. Możliwe też, że trochę zmienił mi się gust albo że dostrzegłam rzeczy, których wcześniej u tej pisarki nie zuważałam. Kiedyś jej książki wydawały mi się zabawne i oryginalne, a ta raczej jest wydumana i bohaterom jakby się w życiu nudziło. Nie wiem, czemu ale tak sobie przy czytaniu pomyślałam. Mimo to pewnie jeszcze się kiedyś skuszę na jakąś jej ksiażkę.
-
izabella_g
2011/09/05 11:52:44
WIELKIE, ZIELONE I MIGAJĄCE???? Mam nadzieję, że sobie poszło na zawsze. A co do wieczoru polkowego - chyba nie mam teraz ochoty na takie "klimaty", nawet niezależnie od twojej opinii:).
-
butters77
2011/09/05 14:03:29
Jak dla mnie, już sam tytuł jest drewniany: "Wieczór polkowy"? O co chodzi? O wieczór, podczas którego tańczy się polkę? ;-) Nie słyszałam dotąd przymiotnika "polkowy".

P.S. Za oko młodej pisarki niezmiennie trzymam kciuki!
-
bookfa
2011/09/05 23:00:32
Juz dawno po poludniu. Serdecznosci:)
-
mdl2
2011/09/05 23:17:03
Bookfo, Butters, Izabello, dziękuję. Wygląda niestety na to, że maraton dopiero się zaczyna...

Butters - wieczór polkowy brzmi okropnie, zgadzam się... tak bywalcy nazywali swoje spotkania w barze, niekoniecznie taneczne, choć czasem też. Ot, próbka cudownego stylu już w tytule.

Felicjo, czasem tak bywa nawet z ulubionymi autorami. Też tak miewam. A może trafiła jej się słabsza pozycja?

Izabella_g - tak, wielka, zielona, falująca zasłona zżerająca niebo, dachy domów i końcówki wyrazów. Plus efekty świetlne. Efektowne, ale okropne. Też mam nadzieję, że sobie poszło, ale teraz mam "wykluczyć" kilka naprawdę ciekawych chorób.
-
kitek77
2011/09/06 09:52:33
Trzymam. A co do książki, to ja tak mam ostatnio ze skandynawskim kryminałem. Przeczytałem kolejny, ale co o nim napisać nie wiem, bo mi się ciśnie stado truizmów na klawisze. A i za rewelacyjny też nie był. Pisałem już, że trzymam?
Bazyl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli