Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Nim zapadnie noc - Michael Cunningham

Naprawdę nie mam pomysłu, co o tej książce napisać ciekawego i dobrego.

Zastanawiam się, w czym tkwi problem (zakładając, że nie tkwi on w moim prymitywnym umyśle, domagającym się prymitywnych rozrywek). Czy w śmiertelnej powadze, czy w skali mikro doprowadzonej do ostateczności, czy w tej nowojorskiej pretensjonalnej manierze rodem z wieży z kosci słoniowej, dokładnie odizolowanej od otaczającego "prawdziwego" świata, o której pisałam przy okazji "Amerykańskich smutków" Siri Hustvedt?

Książka o pięknie, sama w sobie piękna, subtelna i gładka jak szlachetny kryształ, i równie nieprzenikalna, nieprzepuszczająca czytelnika poza granicę wyznaczoną przez lśniącą powierzchnię.* Jak kryształ zarastający kurzem na kominku?

Peter i Rebecca - nowojorskie małżeństwo po czterdziestce, z długim stażem. On - właściciel galerii, ona - pracuje w czasopiśmie. Rodzice studentki, z poczuciem winy z powodu jej typowych pretensji za wyimaginowane traumy z dzieciństwa (kiedy-grałam-w-szkolnym-przedstawieniu-tata-rozmawiał-przez-komórkę). Czas upływa im między galerią, rozmowami z kolejnymi artystami i oglądaniem wystaw innych artystów, przyjęciami u neurotycznych postaci. W małżeńską rutynę wkracza gwałtownie dużo młodszy brat Rebeki, zwany pieszczotliwie Myłkiem. Chłopak znajdujący się na etapie "poszukiwania", narkoman co jakiś czas wracający do nałogu, być może gej. Myłek przypomni Peterowi nieżyjącego brata i wzbudzi w nim zupełnie nieoczekiwane uczucia. Czy jego wizyta może zniszczyć życie Petera i jego żony? Autor nawiązuje do "Śmierci w Wenecji", obsadzając Petera w roli starszego, zauroczonego mężczyzny.

Cała ta wysublimowana, kameralna mikropsychologia dramatu rozgrywającego się w wysmakowanych dekoracjach, w bardzo wąskim gronie i na bardzo subtelnej nucie (bo tu się realnie prawie NIC NIE DZIEJE, niemal wszystko jest ulotne i pozostaje w sferze pragnień, myśli, wątpliwości, wspomnień) może się podobać. Jeśli ktoś lubi. Sądząc po recenzjach klientów Merlina, wielu lubi. Ja, na przykład, myślałam, że lubię, ale jednak nie, nie do tego stopnia.

Bez wątpienia wielkim błedem było czytanie Cunninghama równolegle z Houellebecqiem. Obaj piszą o sztuce współczesnej, ale kiedy się te dwie książki czyta prawie jednocześnie, widać wyraźnie, że nie da się o niej pisać tak serio, bez dystansu i krytyki. Miałam wrażenie, że Cunningham próbuje czasem przemycać delikatną ironię (rzeźby z końskiego włosia? eleganckie urny pokryte obscenicznymi napisami?), ale bez większego powodzenia, ironia zniknęła bowiem w powodzi rozważań. Peter przeżywa mały prywatny dramat, kiedy jedno z "opakowanych" płócien wziętego artysty po rozdarciu "opakowania" okazuje się nieudolnym bazgrołem na poziomie studenta - ten pomysł aż prosi się o jakiś ironiczny, miażdżący komentarz "z pazurem", a co dostajemy - lekki atak mdłości przerażonego estety.

No dobrze, może więc jest to jedna z tych książek pisanych przez nowojorskich intelektualistów dla nowojorskich intelektualistów, nafaszerowana aluzjami literackimi, wysmakowana. Portret środowiska, którego nie obchodzi prawie nic poza nim samym, i może dlatego i ono nie jest specjalnie interesujące.

Co mi się podobało? Niewiele. Na pewno doskonała małżeńska scena erotyczna na samym początku i niezwykle trafne (choć okropnie przegadane) spostrzeżenie o tym, jak postrzegamy ludzi o skłonnościach autodestrukcyjnych:

"A co z aluzją, że "osoba, która nigdy nie brała", to żałosna, praktycznie ubrana, drobna postać na przystanku, gdy podjeżdża autobus? Nawet teraz, po tych wszystkich kampaniach reklamowych, po tym wszystkim, czego się dowiedzieliśmy, jak fatalnie można skończyć, w samozniszczeniu wciąż tkwi pewien urok, nie do zdarcia, twardy jak szlachetny kamień, jak jakiś przeklęty starożytny talizman, którego w żaden sposób nie da się zniszczyć. A jednak, a jednak ci, którzy idą na dno, wydają się czasem w sposób bardziej skomplikowany, bardziej niebezpieczny, związani ze smutkiem i, tak, z nieosiągalną dla nas dostojnością. Są romantykami, psiakrew; nie możemy po prostu poczuć tego samego wobec trzeźwych i rozsądnych, wytrwale dążących do celu, pomimo całego dobra, które czynią. Ich nie podziwiamy z ową wyrafinowaną pogardą zarezerwowaną dla uzależnionych i łotrów." (str. 143).

Tu zresztą widać wyraźnie próbkę stylu autora i żelaznej dyscypliny tłumacza, któremu udało się jakimś cudem nie pogubić w skomplikowanej sieci gadulstwa, wtrąceń i związków w tych przydługich zdaniach.

Zaczęłam od "nie mam pomysłu, co napisać", skończyłam na przydługich wywodach, jak zwykle. Jedna ze znajomych pisarek zapytała: po co męczyć się nad książką, skoro jej czytanie nie sprawia nam przyjemności? Może właśnie po to, żeby później z czystym sumieniem rozwlekle i nudno opisać, jak bardzo nam się nie podobała?

---

* najlepszy przykład tego, jak łatwo można zarazić się pretensjonalną i męczącą manierą czytanego autora

czwartek, 17 listopada 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
stephen_dedalus
2011/11/18 00:44:30
Bardzo mi przypomina to, co piszesz o tej książce, Jamesa Saltera i jego "Lata świetlne"... a idąc tropem kolejnych skojarzeń Bellowa. Salter jest mało znany, ale "Lata świetlne" to chyba najlepsza znana mi książka, w której "nic się nie dzieje". Po Cunninghama nawet nie chce mi się sięgać. Mam wrażenie po Twoim opisie, że to już wiele razy było, że nie wzbogaci mnie taka lektura. Mimo że wielu się podoba.
-
mdl2
2011/11/18 08:25:46
Rzeczywiście, nie trafiłam dotąd na książki Saltera, zerknęłam teraz na recenzję w Wyborczej i raczej mnie nie zachęciła, ale może kiedyś sięgnę. Wydawało mi się, że lubię książki, w których "nic się nie dzieje", ale dochodzę do wniosku, że muszą być pisane przez mistrzów, bo inaczej są nie do zniesienia...
-
snoopy_z_bric-a-brac
2011/11/18 17:08:50
Ja też czytałem tę książkę niemal równocześnie z "Mapą i terytorium", co jej się nie przysłużyło. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie Twoje streszczenie, nie bardzo bym sobie przypomniał fabułę. Ta książka jest tak gładka, że przeszła przeze mnie bez żadnej rysy i nie zostawiła śladu. Choć czytanie jej nie było męczarnią - też bardzo gładko poszło.
-
2011/11/25 09:58:25
a dla mnie, Michael, po Godzinach i Domu na Krańcu Świata, ma bardzo duży kredyt zaufania. Nie udało Ci się mnie zniechęcić.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli