Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
The Slap - Christos Tsiolkas

Święta na szczęście mają się ku końcowi, czas się zabrać za zaległe recenzje.

"The Slap" (polski tytuł "Klaps", planowane wydanie polskie na początku 2012 r.) zgarnęłam w Londynie ze stolika opatrzonego napisem "Best paperbacks 2011". To wielogłosowa opowieść o współczesnych Australijczykach.

Hector i Aisha (on - potomek greckich imigrantów, ona - Hinduska, on - urzędnik, ona - weterynarz) robią grilla dla rodziny i znajomych. Na imprezie w podmiejskim domku pojawia się kilkanaście osób - rodzice, kuzyni z dziećmi, znajomi z pracy, nastolatki i dziadkowie. Starsi jedzą i piją, dzieci biegają, dokazują, grają w gry. Tylko jedno z dzieci, rozpuszczony czteroletni jedynak Hugo nieustannie psuje zabawę, przeszkadza starszym, usiłuje płaczem i pogróżkami postawić na swoim. Kiedy Hugo rzuca się do ataku na starszego kolegę, jednemu z dorosłych wreszcie puszczają nerwy i wymierza malcowi siarczystego klapsa. To drobne wydarzenie uruchamia lawinę reakcji i konsekwencji, prowadzących aż na salę sądową (w XXI wieku w Australii wymierzenie kary cielesnej cudzemu dziecku może zostać potraktowane jak przestępstwo) i odsłania skomplikowane relacje łączące ze sobą wszystkich bohaterów.

Każda część książki to historia innej osoby z grona uczestników imprezy. Hector i jego żona Aisha - pozornie udane małżeństwo czterdziestolatków. Harry, kuzyn Hectora (to on ukarał małego Hugona), zamożny przedsiębiorca, właściciel sieci warsztatów samochodowych. Rosie i Gary, rodzice ukaranego chłopca, on - niespełniony artysta, alkoholik, ona - dawna królowa plaż, teraz całkowicie poświęcająca się roli matki, bo nic innego jej nie pozostało. Anouk, singielka, scenarzystka, w związku z połowę młodszym od siebie aktorem serialowym. Connie, licealistka, pracownica przychodni weterynaryjnej i Richie, jej kolega ze szkoły, oboje tuż przed egzaminami na studia. I reprezentanci najstarszego pokolenia, Manolis i Koula, rodzice Hectora, imigranci z Grecji przywiązani do dawnych, patriarchalnych wartości. W tle przewija się jeszcze Aborygen nawrócony na islam wraz z żoną i dostajemy przekrój australijskiej klasy średniej. Niektórzy bohaterowie będą musieli opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu i wybrać między lojalnością wobec rodziny a więzią łączącą ich z przyjaciółmi, wszyscy przyglądają się swojemu życiu i analizują je, podczas gdy sprawa klapsa toczy się i jak kula śniegowa nabiera rozpędu.

Uderza zestawienie i pomieszanie różnych postaw, kultur, tradycji. Z jednej strony grecki patriarchat, nakaz bezwzględnej lojalności w stosunku do rodziny, z drugiej - rozpasanie najmłodszych, którzy nie potrafią spędzić tygodnia bez imprezy z alkoholem i narkotykami. Szokuje też luz - gdyby to była amerykańska powieść, połowa bohaterów spotykałaby się na mityngach AA, a druga siedziała za posiadanie narkotyków, tutaj alkohol i marihuana (a w przypadku młodzieży także ecstasy i inne, twardsze narkotyki) pokazane są po prostu jako wszechobecna część kultury imprezowania.

A z drugiej strony obyczajowy, prorodzinny konserwatyzm, najlepiej oczywiście widoczny w rodzinie greckiej. Część poświęcona Aishy zdenerwowała mnie najbardziej, po niej odłożyłam książkę na kilka dni, bo Aisha ze swoją swiadomą, wypracowaną postawą dobrej żony i matki, Aisha, która wbrew sobie zmusza się do tolerowania wyskoków męża i "dla dobra rodziny" godzi się z kuzynostwem, wiedząc, jak brutalnie kuzyn traktuje żonę, Aisha, która świadomie wyrzeka się romansu, żeby niańczyć rozhisteryzowanego męża w kryzysie wieku średniego, mimo, że mąż ma wiele na sumieniu, wydała mi się (jako jedyna) sztucznie pozytywna, papierowo idealna, jak przeniesione na papier marzenie każdego faceta o żonie - podnóżku.

Ciekawe są tu zresztą żony i matki w średnim wieku - jedna stłamszona, bita, druga z kolei pozornie wyzwolona, pracująca, spełniona, a jednak pozostająca w niewoli konserwatyzmu, i trzecia, Rosie, matka Hugona, dla której macierzyństwo stało się ostatnią deską ratunku w nieudanym życiu. Rosie w całości poświęca się tej roli, bo nie widzi dla siebie nic innego - niepracująca żona pijaka, z resztkami dawnej urody i dawnego zadowolenia, po przebytej depresji, wegetująca na granicy biedy, kurczowo trzyma się tej jedynej roli, w której się może sprawdzić. Nadopiekuńcza, buduje ze swoim synem niesłychanie mocną, fizyczną więź, tak, że w końcu już nie do końca wiadomo, kto tu kogo osłania i ratuje... w efekcie rodzi się czteroletni potwór.

To sztuka tak napisać książkę, żeby czytelnik znienawidził czterolatka i jego śliczną, dobrą i nieszczęśliwą mamusię i życzył im wszystkiego najgorszego. To sztuka tak stworzyć bohatera, żeby czytelnikowi w ogóle chciało się go nie lubić. Ale tak właśnie ta książka jest napisana, nie sposób nie opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu, a potem, w miarę czytania i dowiadywania się coraz więcej, trzeba ewoluować i zmieniać zdanie. Bohaterowie są na tyle wyraziści, że łatwo ich polubić albo poczuć do nich niechęć, a przy okazji można poznać kawałek współczesnej Australii.

Ciekawe jest też czytanie australijskiej książki po angielsku - bo to troszkę inny angielski, dużo tu typowo australijskich zwrotów i określeń.

 

 

poniedziałek, 26 grudnia 2011, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
felicja79
2011/12/26 12:13:14
Dość niezwykła fabuła. Bardzo różnorodni bohaterowie.

"Uderza zestawienie i pomieszanie różnych postaw, kultur, tradycji."

To mnie najbardziej w Twojej recenzji uderzyło. W Polsce nie ma aż takiego pomieszania kultur i tradycji. Ciekawe, czy przez to współcześni Polacy są inni od współczesnych Australijczyków.
-
mdl2
2011/12/26 12:26:11
Felicjo, siłą rzeczy musimy być inni, z zestawu występującego w tej książce mamy tylko Greków w zauważalnych ilościach :) a tam - Grecy, Hindusi, Aborygeni, biali Australijczycy, Arabowie, w różnych konfiguracjach towarzysko-małżeńskich.
-
izabella_g
2011/12/26 13:43:06
W zauważalnych ilościach to my juz mamy wszelkie mozliwe mniejszości, tylko nie w takich proporcjach jak w krajach imigranckich(w przedszkolu moich dzieci są zarówno Chińczycy, Wietnamczycy jak i muzułmanie z mieszanych małżeństw - z tatusiami z różnych krajów).
A klapsy w PL też już są karalne, tylko nei wiem, czy cudzych dzieci, swoich na pewnoPPP
-
mdl2
2011/12/26 19:48:01
Izabella_g - owszem, u nas też są inne mniejszości ale na pewno nie tak zasymilowane, Wietnamczycy raczej trzymają ze sobą, a mieszanych rodzin bardzo mało... jeszcze nam bardzo daleko do prawdziwej wielokulturowości. W książce pada zresztą fajne porównanie Australii do Kanady jako drugiego takiego dziwnego miejsca, gdzie każdy pochodzi skądinąd.
-
judytta
2012/01/04 11:39:42
Przeczytałam recenzję z prawdziwym zainteresowaniem a także z zastanowieniem się nad tym że życie niestety, ale często bywa pokręcone.
Racja, co do wielokulturowości odnośnie naszego kraju że zbyt szybko to się nie stanie.
-
mdl2
2012/01/04 22:20:34
Judytto, nie wiem czy to w ogóle się stanie - nie jesteśmy krajem typowo imigranckim, raczej przystankiem w drodze na zachód albo miejscem, gdzie można zarobić i wrócić do domu. Chyba nigdy nie doświadczymy takich zderzeń kultur jak w Australii czy Kanadzie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli