Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Żony polarników - Kari Herbert

Kiedy zima atakuje z całą mocą (chociaż, cóż to za atak, raptem dwa tygodnie mrozu po dwóch miesiącach w strugach deszczu, przechodzonych w półbutach i cieniutkim płaszczu...) są dwa wyjścia: można albo uciec czytelniczo w tropiki, Toskanie i inne ciepłe rejony, albo zawinąć się w koc i poczytać o tych, którzy zmagali się z polarnym mrozem.

Ja wybieram wyjście drugie i w mroźne wieczory najchętniej sięgam po książki o polarnikach. Arktyczne mrozy od razu przywracają właściwą perspektywę i uświadamiają, że drobne niedogodności klimatu umiarkowanego to błahostka przy tym, z czym zmagali się odkrywcy.

Kari Herbert tym razem ujęła temat od strony niespotykanej - postanowiła mianowicie przybliżyć nam kobiety, które na tych odkrywców czekały (często już za którymś razem bez skutku...), stały u ich boku i wspierały ich szalone, śmiałe pomysły.

Historie siedmiu kobiet, od lady Jane Franklin, żony sir Johna Franklina, który zaginął w 1848 r. podczas poszukiwań mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, po Marie Herbert, matkę autorki, przeplatają się z sobą. Wszystkie kobiety łączy jedno - podobnie jak ich mężowie, były postaciami nietuzinkowymi, wychodzącymi poza swoją epokę i zaprzeczającymi stereotypowym wyobrażeniom o roli kobiet. Przy tym żony te musiały wyjątkowo dbać o wizerunek, zarówno swój własny, jak i mężów, nieustannie zabiegających o publiczne poparcie i fundusze na kolejne wyprawy.

Dlatego też Jane Franklin "bała się, że może "zostać uznana za osobę silną fizycznie, silną umysłowo, odważną, męską i niezależną - w skrócie, posiadającą wszelkie cechy, których najbardziej nie znoszę."" (str.81). Ona, Kathleen Scott, Josephine Peary - wszystkie musiały doskonale wiedzieć, kiedy należy usunąć się na drugi plan i odegrać rolę przypisaną kobiecie, mimo tego, że same pragnęły poznawać świat i żyć pełnią życia. Dopiero postać Marie Herbert pokazuje, jakie przemiany zaszły w ciągu nieco ponad stulecia - ta żona mogła już samodzielnie podróżować, eksplorować i publikować relacje z podróży na równi z mężem, nie wywołując przy tym oburzenia.

Lektura tej książki burzy pewne dziecinne wyobrażenia o polarnikach. Im dalej czytałam, tym bardziej nie lubiłam tych mężczyzn wiedzionych egoistyczną żądzą sławy, szlochających jak dzieci przy rozstaniu z ukochaną, żeby parę tygodni później bez skrupułów zdradzać ją z przygodnie poznaną Inuitką (Peary, ojciec kilkorga eskimoskich dzieci...) albo flirtować z londyńską sąsiadką podczas ciężkiej choroby żony (Nansen). Ten ostatni wyruszył na podbój Arktyki tuż po tragedii, jaką była dla obojga strata ich pierwszego dziecka. Peary z kolei o śmierci nigdy niewidzianej młodszej córeczki dowiedział się wiele miesięcy po fakcie, z listu, którego nie przeczytał zajęty przeżywaniem depresji w grenlandzkiej chacie. A żony dzielnie czekały, wspierały, zbierały fundusze na ekspedycje ratunkowe, borykały się z problemami domowymi, finansowymi, latami poszukiwały zaginionych mężów (lady Franklin). Czasem, jak Emily Shackleton, nie wytrzymywały i stwierdzały z goryczą, po latach czekania, że nie wierzą w sens czytania dzieciom bajek, kończących się zwrotem "żyli długo i szczęśliwie", bo "W ten sposób można wmówić dziewczynce, że małżeństwo jest jej jedynym wyborem, a to, jak dodała smutno, jest wielkim nieporozumieniem." (str. 251)

Książka jest lekturą raczej dla zaawansowanych - warto przed jej przeczytaniem z grubsza znać sylwetki odkrywców i orientować się trochę w ich wyprawach (wystarczy chyba  poziom "kiedyś przeczytałam wszystkich Centkiewiczów" :) ). Poza tym tylko rozbudza apetyt nie zaspokajając go do końca - po lekturze mam ochotę sięgnąć po bardziej wyczerpujące opracowania i porównać relacje, na przykład na temat klęski wyprawy Franklina, która jest jedną z najbardziej pasjonujących zagadek polarnictwa.

Druga wada to ta, że Kari Herbert pisze o swoich rodzicach wyłącznie na kolanach, nie potrafiąc zdobyć się na obiektywizm. O ile Nansen, Shackleton, Scott i ich żony jawią się jako dość pełnokrwiste postaci, niepozbawione wad i irytujących cech, to Wally i Marie Herbert na tym tle wypadają jak święci - idealnie partnerskie małżeństwo, nieustannie wspierające się wzajemnie mimo drobnych scysji. Na domiar złego fragmenty poświęcone "duchowemu rozwojowi" Marie to kilkadziesiąt stron męczącego, New Age'owego bełkotu o medytacjach, pustych pokojach umysłu, proroczych snach itp. paranormalnych bzdurach modnych w latach 70-tych. O ile w "Córce polarnika" nadmiernie emocjonalny przekaz dawał się jakoś uzasadnić powrotem do krainy dzieciństwa, to tutaj już przeszkadza. Przynajmniej mnie, bo może znajdą się czytelnicy, którym taka forma odpowiada.

Na pewno warto przeczytać, żeby poznać kilka dzielnych, mądrych kobiet, które wykraczały poza ramy narzucone im przez epokę i trochę odbrązowić sobie polarników. Ja tymczasem przywiozłam od Mamy książkę Centkiewiczów "Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?", żeby porównać dwa wizerunki Nansena i jeszcze raz wrócić do lektury, od której się zaczęła moja arktyczna fascynacja... w podobne zimowe wieczory, przy 30-stopniowym mrozie i zamkniętej szkole.

piątek, 10 lutego 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/10 21:59:09
Ach, ależ się wstrzeliłam, mam ostatnio fazę polarną:) Czytam "Terror" Simmonsa właśnie o wyprawie Franklina, próba rekonstrukcji, ale bardziej powieść grozy. Czekam na tę polską wersję "Worst journey in the world", coś jeszcze polecisz? .
-
muszczek77
2012/02/10 22:05:15
To może ja zamiast "Żon polarników" sięgnę na początek po Centkiewiczów. Chociaż dla mnie dwa tygodnie mrozów to i tak o dwa tygodnie za długo.
-
agawa79
2012/02/10 22:31:54
1. Lubię dźwięk brązu brzękającego o ziemię. Ale szkoda, że nie usłyszałam go przy opowieści o Herbertach. Myślę, że to dlatego, że...
2. ... że Kari Herbert przede wszystkim chciała wystawić laurkę swoim rodzicom, ale głupio jej było to robić tak po prostu, więc przybrała ją wokół historiami innych rodzin dla niepoznaki
3. Trochę mi przeszkadzało skakanie po historiach poszczególnych polarników w tę i we w tę.
4. Ale poza powyższymi zarzutami to jest całkiem niezła książka i chyba dość niezwykła - nie jestem ekspertem, ale wszystkie inne polarniczo-zimowo-podróżnicze książki, jakie do tej pory czytałam, koncentrowały się przede wszystkim na samcach. :) Ta jest inna, choć siłą rzeczy kobiety są ukazane przede wszystkim w kontekście i przez pryzmat swoich dzielnych mężów (z wyjątkami potwierdzającymi regułę).
-
agawa79
2012/02/10 22:34:04
5. W całości podpisuję się pod zdaniem pod newageowskim bełkotem. No ale jakoś trzeba reklamować działalność mamusi, prawda? :p
-
mdl2
2012/02/10 22:42:03
Sesolello, widziałam u Dabarai że czytasz "Terror", bardzo lubię tę książkę :) Na pewno polecam pierwszą Kari Herbert czyli "Córkę Polarnika", o powrocie na Grenlandię, gdzieś z boku jest link do recenzji, mam teraz napoczęte "Ninety degrees north", przekrojowo o próbach zdobycia bieguna od Franklina po Peary'ego, w kolejce czeka "The worst journey..." i "Magnetic North", marzę o zakupie "Deadly Winter" (znowu Franklin), po polsku jakoś nic ciekawego nie spotykam.

Muszczek, a ja jestem bardzo ciekawa, czy książki Centkiewiczów się zestarzały, czy są skażone epoką, w której zostały napisane czy nadal będą dobrze się czytać. Z tym "dla zaawansowanych" to tak pół serio :) Herbert chyba lepiej się czyta, kiedy już się o tych wszystkich wyprawach coś tam słyszało, bo historie są opowiadane po kawałku i przemieszane.
-
mdl2
2012/02/11 01:05:54
Agawo, ale pomnik Nansena solidnie brzęknął o ziemię, prawda? ;-)
I oczywiście zgadzam się, że opis z punktu widzenia kobiet jest czymś nowym, zwykle występowały w roli machającego chusteczką tłumu na nabrzeżu :) Wielka szkoda, że czasy, w których żyły, nie pozwoliły im w pełni rozwijać swoich pasji niezależnie od "samców"...





-
pabloluzak
2012/02/11 11:44:35
takie czasy, a dzisiejsze feministki, czy wiedzą czego chcą? Czy nie lepszą rolą dla kobiet zarówniw w literaturze, jak i w "realu" jest bycie kochającą matką i żoną? Ostoją dobra, stateczności i porządku świata?
-
mdl2
2012/02/11 13:26:10
Pabloluzak, uważam, że lepszym światem jest ten, w którym kobieta ma prawo samodzielnie wybrać taką rolę, jaka najbardziej jej odpowiada.
-
2012/02/12 11:25:36
za mną ta książka "chodzi" i "chodzi", może się doczeka. Naczytałam się nieco o niej zawczasu, więc wiem chyba mniej więcej, czego się po niej spodziewać. Pozdrawiam.
-
agnes_plus
2012/02/14 18:48:23
"Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?" - no, to jest dopiero laurka... :)
-
mdl2
2012/02/14 19:15:08
Agnes_plus, tak się domyślam :) ale bardzo chcę sobie przypomnieć co też mnie tam tak zauroczyło dwadzieścia parę lat temu :)

Chiaro, jak się doczeka to koniecznie opisz wrażenia!
-
agnes_plus
2012/02/15 15:43:03
Wcale się nie dziwię, bo mnie bardzo ta książka pasowała. Jak większość książek Centkiewicza/czów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli