Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Droga do domu - Rose Tremain

W okolicy Dnia Kobiet wypadało zrecenzować jakąś książkę tzw kobiecą, albo przynajmniej napisaną przez kobietę.

Jako że feministyczna Joyce Carol Oates już za mną, do święta pasuje jedynie "Droga do domu", wyróżniona w 2008 r. nagrodą literacką dla pisarek, ale dalibóg nie wiem, za co i im bardziej się zastanawiam tym bardziej nie mam pojęcia.

Lew, rosyjski emigrant w Londynie, szuka pracy, żeby zapewnić córce i matce (żona nie żyje) w Rosji środki do życia. Po drodze poznaje mnóstwo życzliwych i pomocnych ludzi, znajduje pracę w ekskluzywnej knajpce, gotuje w domu starców, uczy się przyrządzać wymyślne potrawy ze świeżych składników i zbiera fundusze na realizację swojego planu - założenie przytulnej restauracji z dobrym jedzeniem w rodzinnych stronach. Dodatkowo Lew wciąż nie może się otrząsnąć po śmierci młodej żony i zmaga się z typowymi problemami imigranta - brakiem pracy, słabą znajomością języka, itp. Wplątuje się w nieudany romans z Angielką, cierpi z powodu rozłąki z ukochaną córką i przyjaciółmi, dodatkowo dowiaduje się o zagrożeniu dla rodzinnej wioski, któremu w żaden sposób nie może zaradzić.

Dużo nostalgii, tęsknoty, godzenia się ze stratą i walki o spełnienie marzenia. Dużo dobrych ludzi, podłych i nieżyczliwych znacznie mniej. Lew, dzięki wewnętrznej dobroci i pomocy innych, podniesie się po różnych próbach i zdobędzie środki na realizację planu, niektórym katastrofom nie zapobiegnie, ale mimo to wyjdzie z tego mocniejszy i w sumie wygrany.

Problem w tym, że cały czas miałam wrażenie prześlizgiwania się. Ani Lew, ani jego Rosja nie wydawali mi się wystarczająco prawdziwi. Ani świat ciężkiej fizycznej pracy i walki o przeżycie w obcym kraju nie był, jak na moje upodobania, odmalowany wystarczająco naturalistycznie. Ktoś tam niby walczył, ktoś pił, ktoś leżał w depresji, a mnie to zupełnie nie chciało obchodzić, bo było gdzieś podskórnie wiadomo, że przecież jakoś tam się ułoży.

Prześlizgnęłam się więc po tej książce bez większych emocji. Dodatkowo zawsze strasznie denerwuje mnie motyw kuchenny. Skąd pomysł, że książki pisane przez kobiety koniecznie muszą się obracać wokół kuchni, żarcia, marzeń o założeniu restauracji? Jakby nasze ambicje nie mogły sięgać dalej, jakby karmienie innych było naszym jedynym przeznaczeniem, jakbyśmy nie mogły odejść od garów nawet wtedy, kiedy piszemy/czytamy, jakby niewidzialny łańcuch stale przytrzymywał nas w bezpiecznie bliskiej odległości od kuchni. Szczerze mówiąc, mam szczerze dosyć garów w realnym życiu i nie mam najmniejszej ochoty czytać dla relaksu o siekaniu szpinaku i parzeniu pomidorów, o przyprawianiu sosu i wyczarowywaniu pyszności z prostych składników ku radości tłumu staruszków. Czy ten cholerny imigrant nie mógł zacząć od roznoszenia ulotek a później założyć na przykład drukarni?

Do tego Rosja jakaś taka odległa i bajkowa, mimo wszystkich wad owiana nostalgiczną mgiełką, pozbawiona surowości znanej choćby z "Przebiśniegów". Jedynie Londyn się tu broni, żywy, barwny portret zakątków tego miasta o tysiącu twarzy. Poza tym - bajka, miły film z kilkoma mocniejszymi scenami i tyle. Jeśli o mnie chodzi, nic bym nie straciła, nie czytając, więc cieszę się, że upolowałam w promocji za 5 złotych.

sobota, 10 marca 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
padma
2012/03/10 21:37:32
Mnie ta książka straszliwie zirytowała. Te nazwiska, kompletnie do niczego nie pasujące, wszystko wymieszane, imiona rosyjskie, polskie i wymyślone, do tego nieudolnie. Nazwy miejscowości tak samo, przedziwne. Europa Środkowa przedstawiona tak, jakby u nas wciąż był wiek dziewiętnasty, wszyscy mieszkamy na wsi i hodujemy kozy. Autorce nie chciało się zrobić jakiegokolwiek researchu najwyraźniej. Zakończenie dodatkowo irytujące, ale nie będę go komentować, żeby nie zdradzać zbyt wiele. To jedyna książka Tremain, którą czytałam, i chociaż wszyscy zapewniają, że inne są lepsze, to jakoś się zniechęciłam...
-
mdl2
2012/03/10 22:04:18
Padmo, też miałam wrażenie, że ta Rosja to jakieś w Rosji czyli nigdzie, tu biurokracja tam zapora na rzece, tu amerykański chevrolet sprzed 40 lat... pomieszanie z poplątaniem. Ostatecznie nie mamy pojęcia jak naprawdę wygląda taka rosyjska zapadła wiocha, może i kozy wchodzą do domu... ale zdecydowanie na mój gust była za mało rosyjska, delikatne popijanie "wódeczki" nie wystarczy :) a sceny w rodzaju tej gdzie kierowca autobusu wiezie rodzącą do szpitala - niewiarygodne i jak z kiczowatego filmu :)
-
lirael
2012/03/11 09:52:44
Polecam "Muzykę i ciszę" Rose Tremain. Niestety, w tej powieści też jest to, co trafnie nazwałaś "prześlizgiwaniem się", ale czyta się świetnie.
-
dachauka
2012/03/11 10:59:51
A czy to nie jest książka z rodzaju "jak człowiek z zagranicy wobraża sobie życie w Rosji"?... Ja też w Rosji nigdy nie byłam, a jednak śmieszą mnie do łez roztrząsania autorów, jaka straszna ta żyzń w tej Rosji. Sprzedanie takich tematów i nadanie im otoczki autentyczności to mistrzostwo świata i nie każdy może się z tym mierzyć. Ale nie znam autorki, może ją krzywdzę taką opinią...
-
mdl2
2012/03/11 11:13:55
Lirael - ta też się nieźle czyta, tylko że... chyba nie chce mi się już zytać książek, po których będę się prześlizgiwać wzrokiem w autobusie...

Dachauko, coś takiego właśnie, chociaż też waham się przed tym przypuszczeniem, bo o autorce wiem niewiele, a nuż skleciła sobie tę Rosję z jakichś wspomnień znanych jej imigrantów, a może potrzebowała po prostu jakiegoś obcego egzotycznego i biednego kraju?
-
padma
2012/03/11 16:54:38
Czytałam wywiad z nią, w którym mówiła, że jej wręcz nie chodziło konkretnie o Rosję, ale o symboliczny kraj środkowoeuropejski. W wielu angielskich recenzjach pisano wręcz wprost, że postać Lwa jest zainspirowana polskimi imigrantami. I w tym momencie tym bardziej mnie ta książka irytuje;)
-
mdl2
2012/03/11 20:56:02
W tym momencie autorka strzeliła sobie w stopę, bo od czasów mołdawskiego króla w "Dynastii" wysysanie z palca takich bzdur jest synonimem głupoty :) Sam Lew jako "polski hydraulik" nie wystawia nam kiepskiego świadectwa - porządny facet, dobry, pracowity, co z tego, że czasem lubi wypić :)
-
padma
2012/03/12 00:14:52
No to fakt, i podobno udało jej się wzbudzić sporo sympatii do Polaków wśród czytelników... Ale oczywiście inna sprawa, że (mały SPOILER;)) zakończenie trochę pokazuje, gdzie tak naprawdę jej zdaniem jest ich miejsce:/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli