Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Stracony poranek - Gabriela Adamesteanu

Pisałam niedawno, że moim najnowszym odkryciem jest literatura środkowoeuropejska, po "Matce Boskiej..." i "Fortepianie we mgle" byłam przekonana, że każda następna powieść rumuńska czy z pogranicza będzie kolejną odkrytą perłą. Dlatego na "Stracony poranek" rzuciłam się jak tylko pojawiła się zapowiedź na profilu wydawnictwa WAB.

I przeszłam drogę od zachwytu przez rozczarowanie i znudzenie, po przyjemność.

Są dwa rodzaje książek, które opowiadają o historii jakiegoś regionu: takie, z których czytelnik może się czegoś dowiedzieć i wprowadzony przez autora w wydarzenia, śledzi akcję na równych prawach z miejscowym czytelnikiem, i takie, gdzie wrzuca się go na głęboką wodę bez kamizelki ratunkowej w postaci dopowiedzeń, wyjaśnień, przypisów czy chronologii.

Przykro mi, ale o I wojnie światowej w Rumunii nigdy nie miałam najbledszego pojęcia, i trudno powiedzieć, żebym po lekturze czegokolwiek się dowiedziała.

A książka jest pęknięta na trzy części. W pierwszej, w latach 70? może wczesnych 80 XX wieku? pani Vica Delca, dawniej sklepikarka i domokrążna krawcowa, wyrusza na obchód znajomych. Bieda u niej aż piszczy, więc Vice przyświeca jeden cel: u siostrzeńca coś podjeść, u córki dawnej klientki zdobyć trochę pieniędzy na przeżycie. Jedzie więc staruszka, okutana w dziesięć warstw ubrania, najtańszym tramwajem przez Bukareszt i snuje monolog wewnętrzny, pełen utyskiwań, powtórzeń, wspomnienia mieszają się swobodnie z teraźniejszością, jak to u starszej, steranej życiem kobiety, która opowiada "całe swoje życie". Ta część jest genialna i w warstwie językowej, która tak świetnie oddaje narzekania staruszki, i w opisie rzeczywistości.

Potem jednak zaczynają się schody. W pewnym momencie autorka przenosi nas o jakieś 70 lat wstecz, do czasów I wojny, w tym samym domu i wśród ludzi, których zdążyliśmy już poznać ze wspomnień i fotografii. Dawna klientka Viki, obecnie nieżyjąca, a we wspomnieniach niedołężna staruszka, zmienia się w młodą kobietę poślubioną znacznie starszemu profesorowi, romansującą i szukającą przygód, ożywają też przyjaciele domu, a podstarzała Ivona (która dziś odmawia staruszce należnych 50 lei) na powrót staje się małą dziewczynką.

Co z tego, skoro postacie w tej części zajmują się przede wszystkim toczeniem mądrych dyskusji na temat wojny, sojuszów i bitew, o których niewtajemniczony czytelnik z Polski wie tyle, co z przypisu w podręczniku do historii dla liceum? Padają jakieś nazwiska, frakcje polityczne, pan Marghiloman powiedział generałowi Prezanowi, incydent w Mamornity, eksplozja w Dudesti... Jak Falladę niemal przygnieciono szczegółowymi przypisami, tak tutaj próżno szukać jakichkolwiek wskazówek co, kto, dlaczego i co z tego wynikło a wybaczcie, ale dla jednej książki nie chciało mi się samodzielnie zgłębiać historii tego okresu. Dlatego przez tę część brnęłam jak przez bagno najeżone pułapkami, szukając w potoku słów profesora Mironescu i jego ucznia czegokolwiek, czego mogłabym się uchwycić i oddychając z ulgą kiedy z tych dyskusji wychodzili na stały ląd gdzie coś się wreszcie działo między ludźmi.

Na szczęście na koniec, mniej więcej w 3/4, kiedy cierpliwość czytelnika jest już na wyczerpaniu, autorka wraca do opisywanej teraźniejszości i znowu śledzimy dalsze, powojenne losy opisanych postaci, tym razem w dwóch przeplatających się monologach Viki i Ivony. Epilog dopowiada już, z perspektywy kilku(nastu) lat młody siostrzeniec Viki. Na wytrwałych czeka więc nagroda, ale ilu tych wytrwałych będzie? Czarno widzę...

Ogólnie bardzo nie chciałabym do tej książki zniechęcać, bo środkowoeuropejskich pisarzy trzeba promować, powinniśmy czytać tych, którzy blisko, którzy przeszli podobne do naszych zawirowania historii, którzy i mentalnością i losem są nam bliżsi niż modni Szwedzi czy Amerykanie a z niejasnych powodów przemykają po dolnych półkach księgarni. Bardzo podoba mi się w "Straconym poranku" język - w części współczesnej potoczny, doskonale dopasowany do bohaterek i rzeczywistości, w części historycznej znowu elegancko dziewiętnastowieczny, nieśpieszny, usiany francuskimi wtrętami. Pomysł z rozbiciem narracji na różne epoki i bohaterów też jest interesujący, pokazuje te same historie od kilku stron, od końca i od początku, dotyka tematu Barnesa - jak wspomnienia zniekształcają rzeczywistość. Może więc należałoby napisać: nie zniechęcajcie się jeżeli nie macie pojęcia o I wojnie światowej, smakujcie język, smakujcie delikatne, zagmatwane relacje międzyludzkie i obserwujcie jak przez ostatnie 100 lat polityka wpływała na losy najzwyklejszych ludzi, a nazwiska najwyżej sprawdzicie sobie w Wikipedii?

niedziela, 11 marca 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
izabella_g
2012/03/11 11:57:52
Ja po tych historycznych niuansach zazwyczaj się prześlizguję:). A wikipedia to nei jest zły pomysł, ostatnio zagnał mnie tam Waltari z "Karin córką Monsa" i torche sie doszkoliłam na temat Szwecji w XVI wieku:).
-
dachauka
2012/03/11 11:58:06
Też mam abwiwaletnty stosunek do takich książek. Z jednej strony chciałoby się wyjść poza utarty schemat lektur, ze świadomością, że gdzieś tam w takiej Rumunii są pisarze godni tego, by poznać ich twórczość, z drugiej strony jednak nam tego nie ułatwiają. Nie jestem pewna, czy chcę się przemóc w tym wypadku.
-
izabella_g
2012/03/11 13:57:39
dachauka,
sam fakt, że ktoś się przebil z takiego niszowego rynku, świadczy o ksiażce z reguły pozytywnie. ale w tym przypadku- wiadomo czego oczekiwać:).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli