Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Dom orchidei (Hothouse Flower) - Lucinda Riley

Przepis na angielskie czytadło jest prosty: malownicza posiadłość (dworek, plebania, opactwo, zamek), piękny zapuszczony ogród, kobieta w rozterce i tajemnica z przeszłości. W zasadzie niezależnie od epoki, miejsca i postaci wychodzi prawie to samo, czego dowodem dwie książki, które zabrałam z sobą na wakacje. W rezultacie malownicze ogrody wychodzą mi uszami a na hasło "tajemnica z przeszłości" odruchowo uciekam.

A przecież miało być tak pięknie, jak u Kate Morton i Katherine Webb. Ale najwyraźniej prosty przepis to nie wszystko i nawet schabowego z ziemniakami można podać z fantazją albo bez.

Julia Forrester, światowej sławy pianistka, dochodzi do sebie po życiowej tragedii w pobliżu posiadłości, w której się wychowała jako wnuczka ogrodnika. Posiadłość Wharton Park słynęła ze swych szklarni, gdzie hodowano orchidee. Podczas wyprzedaży wyposażenia podupadającego dworu Julia przypadkowo natyka się na nowego właściciela, którego poznała w dzieciństwie jako chłopca. Później w jej ręce przypadkowo wpada dziennik z czasów wojny i tak zaczyna się powrót Julii do życia i odkrywanie rodzinnej tajemnicy.

Zgodnie z konwencją akcja toczy się na dwóch planach czasowych. Tym razem część opowieści rozgrywa się tu i teraz, przeplatając się z relacją z czasów tuż przedwojennych i samej wojny. Poznajemy młodziutką Oliwię, która jako debiutantka przybywa do Wharton Park z wizytą i zakochuje się w synu lorda. Na planie współczesnym młoda pianistka poznaje zawikłaną historię rodziny jednocześnie powracając do normalności po życiowej katastrofie. Historia rozgrywa się na zmianę w sielankowych dekoracjach podupadającej posiadłości, w dalekiej Azji i na południu Francji, a kolejne rozdziały przynoszą coraz to nowe odkrycia.

Czego więc się czepiam? Przecież wszystko jest tak jak być powinno, kupiłam czytadło i spodziewałam się czytadła, wciągającej wakacyjnej lektury z tajemnicą, nie oczekiwałam głębi ani intelektualnych gier, chciałam poleżeć na plaży zastanawiając się "czyją ona była córką" i "co jest w pamiętniku" i tyle.

Po pierwsze - banał. Banalni tysiąc razy wcześniej opisywani bohaterowie - zdruzgotana artystka, przystojny (i cukierkowo dobry) dziedzic fortuny "po przejściach", nadopiekuńcza siostra, niewinna debiutantka, bezwolne lordziątko, zaufany sługa-przyjaciel. Dobrzy są bez skazy, źli są nieodwołalnie i na zawsze łajdakami bez serca. Role zostały rozpisane już na początku i żadna z postaci nas nie zaskoczy wyłamując się niespodziewanie z przypisanego jej losu. Poronienia, śmierci i cudowne odnalezienia zdarzają się dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne, w sposób typowy dla kiepskiej telenoweli, a wątek współczesny nieprzyjemnie zalatuje harlekinowatym romansem.

Po drugie - sposób opowiadania. Pierwszy raz w życiu czytając książkę po angielsku, zżymałam się na język. Autorka mianowicie zastosowała pewną stylizację językową, próbując przekonać czytelnika, że przedwojenni Anglicy wyrażali wszelkie myśli i emocje za pomocą czterech podstawowych słów. Są to, uszeregowane według częstotliwości: jolly, golly, awfully i bloody. We wstawkach z przeszłości te cztery wyrazy powtarzają się niemal na każdej stronie, niekiedy kilkakrotnie a czasami w zaskakujących kombinacjach, co niebezpiecznie przypomina sytuacje, kiedy moja Córka mówi "po średniowiecznemu" wstawiając w przypadkowe miejsca "zaiste" i "waść". Synonimem pożądania jest natomiast nieśmiertelny "bolt of electricity" (skąd to dziwne przekonanie, że ukochana osoba przy najlżejszym dotknięciu kopie prądem jak popsuty toster?) Nie zazdroszczę polskiemu tłumaczowi, chociaż, z drugiej strony, mógłby to być jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy przekład czyta się lepiej od oryginału.

Poza tym jest to jedna z tych książek, w których bohaterowie opowiadają, wyjaśniają i zapewniają się wzajemnie o swoich uczuciach w rozwlekłych dialogach, które brzmią nienaturalnie nawet przy założeniu, że toczą się w ogromnym dworzyszczu przy kominku.

Podsumowując: jest to czytadło na granicy romansidła, z przewidywalnym szczęśliwym zakończeniem, kiedy wszyscy żywi się odnajdują a wszyscy martwi spoczywają w pokoju i pojawia się dobra wróżka rozwiązująca wszystkie pozostałe problemy (takie tam finansowe drobiazgi jak parę milionów funtów na remont dworu). Najciekawsze fragmenty to opisy wojennej i tuż powojennej Azji z punktu widzenia brytyjskiego żołnierza - bo też tylko to odróżnia tę książkę od innych.

Pozycja atrakcyjna chyba wyłącznie dla zagorzałych wielbicieli dworków i ogrodów, którzy będą mieli dość cierpliwości, żeby znaleźć w niej dramat ogromnej niespełnionej miłości, tragedię arystokratów skazanych na odgrywanie swych życiowych ról wbrew sobie, opowieść o mozolnym wychodzeniu z żałoby i tak dalej. Wiem, wszystko to tam miało być, tylko, że zupełnie nie przekonuje...

 

 

niedziela, 26 sierpnia 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
meme7
2012/08/26 13:54:19
Mam tą książke na półce, kupiłam bo bardzo lubię książki Kate Morton. Pewnie jeszcze trochę poleży skoro nie jest taka rewelacyjna. Jak na razie czekam na polskie wydanie The Legacy Katherine Webb, które ukaże się już wkrótce.
-
mdl2
2012/08/26 15:03:22
No to zrobiłyśmy ten sam błąd, bo to jest dziesiąta woda po Kate Morton :) A nowa Kate Morton i nowa Katherine Webb już na jesieni (na razie po angielsku).
-
meme7
2012/08/26 15:22:57
Po angielsku czytam rzadko (za wolno mi idzie i się denerwuję) ale poczekam na wydanie polskie :)
-
lenkaj
2012/08/26 15:53:19
A ja własnie wczoraj, skuszona opisem z okładki, kupiłam. Przeczytam i najwyżej pójdzie na wymianę. Czytałam o "Dziedzictwie" Webb i czekam na polskie wydanie, a potem na Morton, która uwielbiam. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli