Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Obce dziecko - Alan Hollinghurst

W mojej rodzinie krążyła swego czasu anegdotka z lat przedwojennych. Pewna pani, niespecjalnie lubiana w małomiasteczkowym towarzystwie, na bal dobroczynny usmażyła pączki, z wierzchu piękne, błyszczące, pachnące, ale podobno suche i twarde jak kamień.  Miasteczkowe wyższe sfery na balu tańczyły, pojadały, a pączków przez cały wieczór nie ubywało. Wreszcie zaniepokojona paniusia zapytała znajome panie, dlaczego nie jedzą, czy te pączki może niedobre? - na co moja Ciotka Nacia, z właściwym naszej rodzinie wdziękiem i niewymuszoną szczerością, odparła: Ależ doskonałe, pani doktorowo, tylko coś ich jeść nie można!*

No i tak jest z książką Hollinghursta, pyszna jest, apetycznie wygląda, pachnie przepięknie tylko coś jej czytać nie można. Jeśli o mnie chodzi, gdybym kiedykolwiek miała kłopoty z bezsennością, bez wątpienia sięgnę po nią znowu - usypia lepiej niż melisa, nie zliczę, ile razy w ciągu ostatnich 2 tygodni budziłam się nad nią gwałtownie z poczuciem winy, że oto znowu całkiem fizjologicznie i odruchowo nie doceniam wielkiej literatury.

A przecież zwykle doceniam Brytyjczyków, tych z wyższej półki niż "tajemnice starego dworku" z ich epickim zacięciem, darem opowiadania, przekonaniem, że sztuka powieści nie umarła, na przekór modzie, z ich elegancją i finezją opisu, dyskretnym humorem. Tym razem - nic z tych rzeczy.

Powieść opowiada historię pewnej rodziny, pewnej posiadłości, pewnego poety i pewnego wiersza. W 1913 roku do skromniutkich włości państwa Sawle'ów przybywa młody poeta, Cecil Valance. Cecil jest "przyjacielem ze studiów" (w rzeczywistości kochankiem) George'a, ale durzy się w nim i młodsza córka Sawle'ów, szesnastoletnia Daphne. Poeta zostawia po sobie bałagan, kiepski wiersz wpisany do pamiętnika szesnastolatki i wspomnienie otaczającej go aury wielkiego świata. Oczywiście za chwilę Cecil ginie w pierwszej wojnie światowej i od tej pory jest to opowieść o tym, jak żywy, jurny, przystojny smarkacz, zaledwie dwudziestolatek, zmienia się pod suchymi od kurzu paluchami biografów w legendę. I o tym, jak zafascynowani jego krótkim żywotem geje-literaturoznawcy, antykwariusze, biografowie usiłują z niego zrobić to, co chcieliby w nim widzieć - geja, ojca jednego z dzieci Daphne. Postać w istocie pewnie niewarta większej uwagi obrasta legendą i fascynuje kolejne pokolenia, które lepią ją za każdym razem po swojemu ze skrawków, wzmianek, listów, wywiadów, rozmów.

W tle toczy się historia rodzin Daphne i Cecila, połączonych przez ślub dziewczyny z bratem poety, a później rozdzielonych. Historia Corley Court, wiktoriańskiego domiszcza Valance'ów, które ze swoimi kasetonami "w kształcie form do galarety" i kominkami wydawało się niezamożnym Sawle'om szczytem luksusu, po czym skarlało, przebudowywane i ostatecznie zamienione na szkołę z internatem. Widzimy, jak rozrasta się miasto, pochłaniając olbrzymie niegdyś posiadłości, i jak karleje klasa uprzywilejowana. Dostajemy też krótką historię homoseksualizmu, od niedopowiedzeń i pozorów "męskiej przyjaźni" po legalne małżeństwa sto lat później.

Oczywiście każdy w powieści pisze wspomnienia, książki, biografie, memuary, każdy też występuje w indeksach i przypisach do wspomnień i memuarów rodziny i znajomych, odnosi się wrażenie, że pisanie i czytanie wspomnień zubożałej arystokracji jest zajęciem pochłaniającym większość czasu bohaterów. Kult słowa pisanego, od tych niedojrzałych wersów w pamiętniku po wspomnienia starszej pani.

Ogólnie o Cecilu dowiemy się tylko tyle, ile każdy zechce opowiedzieć, dostaniemy pieczołowicie przechowywane i zazdrośnie strzeżone skrawki i urywki wyblakłe z czasem - bo nic więcej nie ma. Znacznie ciekawsza jest rodzina poety, obserwowana w odstępach kilkudziesięcioletnich, przez coraz to nowych bohaterów, tak, że zmian trzeba się domyślać, wiele pozostaje niedopowiedziane.

Z opisu wydawałoby się - bardzo zacna lektura, prawda? Pączki pachną i błyszczą. Więc co jest nie tak?

To tak zwana elegancka i subtelna, wysmakowana proza, chwilami tak wysmakowana, że aż dławi się swoimi ozdobnymi zawijasami. "Przedstawiał ją w ciemnoczerwonej sukni (...) z płomiennym brakiem jakichkolwiek wątpliwości w dużych wyblakłych oczach" (str. 130). "Dudley (...) wyrwał stylowe, zabawne i ważne spotkanie ze szponów innego, które nudziło go do szaleństwa, i prezentował je publiczności, dopóki nie wyczerpał się flesz" (str. 165) "...pijące wodę bydło [na obrazie] zdawało się wręcz wcieleniem naturalnej nieświadomości sir Edwina dotyczącej poczynań jego syna." (str. 169). "Jej małe dłonie wyglądały dzielnie i komicznie, kiedy rozciągały się, dudniły i dzwoniły." (str. 349). Kiedy ktoś coś mówi, mówi to zawsze z didaskaliami, na przykład "z klasztorną prostotą i lekkim wahaniem" (str. 361) albo "tonem sugerującym, że wiele można by o tym powiedzieć, gdyby w ogóle zacząć temat." (347).  Wszystko to sprawia wrażenie nadętego, przesadnego wielosłowia, szczególnej wrażliwości, która każe w pokrętny, poetycki sposób opisywać każdy ruch, każde słowo przynajmniej dwoma przymiotnikami, najlepiej wzajemnie sobie przeczącymi, "głosem usprawiedliwiającym, ale raczej niechętnym".

Ja osobiście takiego języka nie lubię - lubię zaskakujące sformułowania, nieoczekiwane sprzeczności, ale nie w tym stężeniu, nie na każdej stronie przez 600 stron, nie w każdym dialogu i opisie. Gdybym dostała tę książkę za darmo z wydawnictwa, napisałabym tu, że "ze względu na niezwykłe bogactwo języka musiałam sobie tę gęstą, intensywną prozę pomalutku dawkować, żeby móc ją w pełni docenić", ale ponieważ wydałam na nią z własnej kieszeni ciężko zarobione 50 zł, napiszę wprost, że było to tak męczące, że nie dawałam rady czytać więcej niż 20-30 stron na jednym posiedzeniu.

Dodatkowe zarzuty - trudno przywiązać się do postaci, które są porzucane i spotykane na nowo po latach (albo w ogóle znikają, albo z bohaterów głównych zmieniają się w trzecioplanowych, albo poznane jako dzieci pojawiają się ponownie jako zapuszczeni starsi panowie). Zdarzenia, wydawałoby się kluczowe, nigdy nie zostaną wyjaśnione, są wzmiankowane mimochodem, akcja urywa się w dramatycznych momentach i powraca, kiedy są one już tylko bladym wspomnieniem. Autor wodzi czytelnika za nos, podsuwając mu zagadki, których nie zamierza rozwiązać. Cel tego zabiegu jest zrozumiały, pokazuje wyraźnie, że życie i biografia różnią się od literatury popularnej brakiem jednoznacznych odpowiedzi i łatwych rozwiązań, a mimo to pozostawia uczucie niedosytu.

Jest to zdecydowanie powieść przede wszystkim dla amatorów tego rodzaju "wysmakowanego" języka i dla anglistów z zacięciem, którzy będą się rozkoszować nawiązaniami do autentycznych postaci i zjawisk z historii literatury. Dla tych wszystkich, którzy marzą o grzebaniu w zakurzonych starych papierach. Ja, jeśli chodzi o interesujących Brytyjczyków, zdecydowanie wolę Barnesa czy Sarah Waters.

---

* Podobnie jak w przypadku wszystkich naszych rodzinnych anegdotek, nie jestem w stanie zagwarantować, że ta akurat jest prawdziwa, albo, że jej bohaterką jest akurat ta konkretna ciotka, albo, że nie została podkradziona z jakichś cudzych opowieści i przekazana dalej na zasadzie "kuzynowi mojego znajomego w Tesco porwali dziecko białą furgonetką". Podobnie jak tajemnice młodego poety z powieści została zabrana do grobu kiedy byłam dzieckiem...

poniedziałek, 15 października 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
padma
2012/10/15 22:49:14
Ubawiłam się czytając Twoją recenzję:) Książek podobnych do pączków z Twojej anegdoty jest chyba dużo, parę razy na podobne się natknęłam. Cieszę się, że mnie ta książka nie skusiła - czytuję najwyraźniej odpowiednie dla mnie blogi angielskie, bo natknęłam się na kilka takich właśnie recenzji i od razu stwierdziłam, że nie będę nawet próbować. Swoją drogą, Sarah Waters mogłaby coś nowego napisać;)
-
mdl2
2012/10/15 22:58:06
Padmo, bałam się po cichu, że mnie skrzyczysz, że nie doceniam ;-) A Waters mogłaby coś napisać, zdecydowanie tak!
-
2012/10/16 00:20:35
Składanie postaci z cudzych opowieści kojarzy się z "Pokojem Jakuba" Virginii Woolf. I z "naprawdę jaki jesteś nie wie nikt" polskiego tekściarza :) Tak interesująco napisałaś o tej książce, że obawiam się, że sam Hollinghurst może mnie tak nie wciągnąć jak Twoja opinia o jego książce ;)))
-
kot_kreskowy84
2012/10/16 08:35:03
Intryguje mnie ta książka, ale coraz więcej spotykam opinii nieprzychylnych. Więc chyba wstrzymam się z zakupenm póki co :)
Chciałam się odnieść tylko do Twojego zarzutu dotyczącego języka - niedawno w GW Jacek Dehnel opublikował tekst bardzo krytyczny w stosunku do tłumaczki tejże książki. Może więc jest tak, że Hollinghurst nie pisze aż tak męcząco, tylko przekład nienajlepszy.
-
mdl2
2012/10/16 10:09:09
Kocie_kreskowy, zastanawiałam się nad tym. W końcu, kiedy polski przekład męczy w czytaniu, najłatwiej zwalić na tłumacza :)
Z drugiej strony - tłumacz może schrzanić tylko tyle, na ile pozwala mu materiał wyjściowy :) Te wszystkie nadmiarowe przymiotniki, wzajemnie sprzeczne określenia i dopowiedzenia w dialogach musiały być już w oryginale. Może po polsku brzmią bardziej kulawo, może też my, czytając po angielsku, mniej wyłapujemy i jesteśmy skłonni obarczać winą za zmęczenie raczej naszą niewiedzę niż manierę autora.
Na obronę tłumaczki, nie ma tu ewidentnych typowych kwiatków w stylu "czuł się, jakby jeździł konno" :)

Agnieszko, jakoś tak jest że recenzje negatywne wychodzą mi bardziej wciągające. Książka, obawiam się, "wciągająca" nie jest, ale kto wie, może Tobie się spodoba. Skojarzenia bardzo ciekawe, chyba powinnam się wreszcie przemóc do Virginii Woolf, bo poza lekturami obowiązkowymi nie znam jej wcale.
-
felicja79
2012/10/16 17:01:18
Jaka szkoda! Miałam tak wielką ochotę przeczytać tę książkę, gdy tylko zobaczyłam ją w księgarni :-(. Po przeczytaniu Twojej recenzji zapał mnie opuścił. Może ewentualnie, jak już kupią w bibliotece, to przejrzę.
-
peek-a-boo
2012/10/16 20:48:49
Właśnie, mnie tez język przy przeglądaniu odtrącił, taki wyozdabiany okropnie. Ale jednak się skusiłam, bo jak sama mówisz, śliczne lukrowane toto. Najwyżej nadgryzę i odstawię na boczny talerzyk.
-
mdl2
2012/10/17 08:11:56
Felicjo, ja też bardzo chciałam ją przeczytać, kupiłam jak tylko się ukazała - i takie rozczarowanie...

Peek-a-boo :))) nadgryźć zawsze warto :)
-
niebieski_ptak5
2012/10/17 10:55:56
Być może jest to kwestia tłumaczenia. Podobno utwór inaczej "smakuje" po ang. W zeszłym tyg. na tragiczne tłumaczenie Obcego dziecka narzekał Dehnel w Polityce.
-
mdl2
2012/10/17 15:35:43
Niebieski_ptak5 - wiem, ale nie jestem przekonana, napisałam o tym wyżej w odpowiedzi na komentarz Kota_kreskowego. A skoro Padma twierdzi, że na blogach angielskich pojawiają się podobne recenzje, to może jednak nie cała wina leży po stronie tłumacza?
-
stephen_dedalus
2012/10/18 22:09:02
Pewnie prawda leży gdzieś po środku. Podejrzewam, że oryginalny język tej powieści jest specyficzny i celowo nagięty w pewien sposób dla wywołania bardziej lub mniej określonego efektu. W tłumaczeniu czasem trudno oddać taki bliżej nieuchwytny efekt i bywa, że wychodzi nie do końca wiadomo co.
-
2012/10/18 23:00:05
Poddaję pod rozwagę i uważną lekturę: wyborcza.pl/1,75475,12633873,_Obce_dziecko__Hollinghursta__potega__zlego__przekladu.html - byłam zażenowana, czytając, jakie błędy popełniono przy tłumaczeniu (począwszy od tytułu!!!)
Na mnie czeka wydanie w oryginale i mam zamiar się delektować (choć pewnie na emeryturze dopiero...)
pozdrawiam serdecznie (często zaglądająca, ale po raz pierwszy się odzywająca)
-
mdl2
2012/10/19 09:23:56
Przeczytałam. Powinnam przeczytać oryginał? Jeszcze raz smutni geje grzebiący w przeszłości poety i bardzo dużo, tym razem innych, tych właściwych przymiotników? Nieee... dziękuję... Z Dehnelem spierałabym się bardzo o tytuł i imiona - tytuł (jak każdy krótki zwrot bez otaczającego tekstu) jest najtrudniejszą częścią każdego tłumaczenia i jedynym wyjściem jest przetłumaczyć go tak, żeby w miarę dobrze brzmiał po polsku ( i tu "Obce dziecko" jest moim zdaniem całkiem zgrabnym wyjściem z sytuacji, "Dziecko obcego" zalatywałoby tanią SF, inne pomysły musiałyby już zupełnie oderwać się od tytułu oryginału, jak w "Powrocie do Missing", gdzie tytuł polski jest w zasadzie tylko wyrazem niemocy wobec tylu nawiązań w trzech słowach, więc pozostawałoby coś opisowego w stylu "Powroty do Corley Court"). Co do "grubego" itp. posypuję lekko głowę popiołem, w przypadku tzw. prostych słów dałam tłumaczce kredyt zaufania. Co do imion, o ile "Szalonego" czy "Zakręconego" Ralpha jakoś bym zniosła, to pies o swojskim imieniu "Bzdura" w angielskim dworze prawdopodobnie raziłby mnie znacznie bardziej niż "Rubbish" (z tym, że oczywiście nie wiem, jak reaguje człowiek zupełnie nieznający angielskiego, dla którego "Rubbish" jest tylko pustym dźwiękiem...).

Zarzut przegadania i wielosłowia w materiale wyjściowym podtrzymuję, nawet jeżeli w oryginale było to znośniejsze, opisy i wyjaśnienia powplatane w dialogi, drobiazgowe opisywanie każdego widoku, spojrzenia i gestu a później uczuć i skojarzeń, jakie wywołują w rozmówcy jest nużące w każdym języku. Może Dehnel uważa to za cenne mądrości i obserwacje, ale pewna ilość mądrości i obserwacji na stronę tekstu to za dużo na moją prostacką blond główkę.

-
2012/12/21 23:58:32
Hm, mnie The Stranger's Child bardzo wciągnęło (czytałam w oryginale), Hollinghurst jest znakomitym stylistą (do tego stopnia, że zdarzało mi się zatrzymywać nad tym czy innym zdaniem i napawać samą jego urodą - i zazdrościć - jak to prosto i zgrabnie jest napisane, nie ma ani jednego zbędnego słowa), więc cóż - jak zwykle jest to kwestia odbioru indywidualnego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli