Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
The Secret Keeper - Kate Morton

Jednym z lepszych prezentów świątecznych była odrobina wolnego czasu (bo przed Świętami zleceniodawcy oszaleli i zażyczyli sobie Wszystko do piątku do 14 czyli do godziny świętego śledzika, po którym firmy pustoszeją) na doczytanie najnowszej Kate Morton.

Australijska pisarka znalazła przepis na sukces, w każdej kolejnej książce go dopracowuje, ale esencja pozostaje ta sama - tajemnica z przeszłości, kobieta rozwiązująca zagadkę kilkadziesiąt lat później, relacje matka-córka. Morton potrafi doskonale opowiadać, ale chyba powoli uwalniam się od ślepego uwielbienia i zaczynam się obawiać, że stworzy, w regularnych 2-3 letnich odstępach, jeszcze ze 20 takich samych książek.

Wielbiciele autorki znajdą tu wszystkie "stałe elementy gry". Latem 1961 roku nastoletnia Laurel, wychowana na farmie Greenacres, w cudownej, kochającej się rodzinie, jest świadkiem wstrząsającego, niewytłumaczalnego zdarzenia. Jej wspaniała kochająca matka - Dorothy - robi coś strasznego, pozornie zupełnie bez sensu. Na szczęście zdarzenie udaje się zatuszować, ale, jak łatwo się domyśleć, Laurel nie przestanie o nim pamiętać. Pięćdziesiąt lat później, czuwając przy łóżku stareńkiej, umierającej matki, Laurel, słynna aktorka teatralna, próbuje rozwikłać tajemnicę. Natrafia przy tym na ślad tajemnicy z czasów wojny - dawnej przyjaźni i ówczesnego chłopaka swojej matki. Czy mieli jakiś związek ze zbrodnią na pikniku?

Jak zwykle jest to książka z gatunku "już za dużo powiedziałam", bo każde słowo więcej może komuś zepsuć przyjemność czytania i dochodzenia do prawdy razem z Laurel. Jak zwykle akcja prowadzona jest równolegle na dwóch planach czasowych, w 2011 i w 1941, w czasie bombardowań Londynu (ach, ten Blitz, jak oni pięknie wykorzystują ten fragment historii, jakie to są fantastyczne dekoracje, dlaczego u nas nie ma specjalnego nurtu powieści o mieszkańcach bombardowanej/okupowanej Warszawy, o ich codziennym życiu, romansach i "doing our bit"? Chyba tylko Manula Kalicka porwała się w ostatnich latach na taki temat, zrobiła to świetnie ale nie pociągnęła za sobą rzeszy naśladowców, szkoda...). Poznajemy kluczowe postaci z różnych punktów widzenia, autorka dawkuje wiedzę i napięcie stopniowo odsłaniając przed nami szczegóły pewnego niecnego planu, który obrócił się przeciwko jego autorom, a na koniec tradycyjnie okazuje się, że zmarli niekoniecznie zmarli, a żywi niekoniecznie są tymi, za kogo ich uważaliśmy, i następuje wyjaśnienie z pojednaniem.

Jak zwykle istotną rolę odgrywają tu notatki, listy i pamiętniki, co po pewnym czasie zaczęło mnie denerwować. Jedynym, co wyniosłam ostatnio z lektury Hollinghursta, było przeświadczenie, że Anglicy dzielą się na autorów i czytelników wspomnień, że każdy, choćby to była pierwsza z brzegu guwernantka, pielęgniarka, pani na włościach czy jej kamerdyner, musi na pewnym etapie napisać wspomnienia, pardą, memuary, albo powieść autobiograficzną, słowem, że cała Anglia tonie w zakurzonych szpargałach opowiadających o czyimś dawno zakończonym zwyczajnym życiu, i, że te szpargały zawsze są pod ręką kiedy trzeba wyjaśnić jakąś zagadkę - wystarczy pojechać do biblioteki i dostaniemy dziennik guwernantki przyjaciółki bohaterki, autobiograficzne powieści jej męża pisarza, jego biografię, wspomnienia autora biografii i listy sprzątaczki autora biografii do guwernantki brata bohaterki, do wyboru do koloru. Każdy kiedykolwiek zapisany skrawek papieru jest gdzieś pieczołowicie przechowywany... A psik, od kurzu i papierzysk kręci w nosie. Oczywiście jest to niezwykle wygodne dla autorki, bo w każdej chwili można odnaleźć czyjś pamiętnik (w sumie wystarczy zadzwonić do najbliższej biblioteki uniwersyteckiej), a nawet jeśli listy zaginęły to mamy spokojną pewność, że któryś z memuarzystów starannie przepisał je drobnym maczkiem w 476 tomie swojego pamiętnika, podkreślając istotne dla akcji fragmenty... i tak oto, skacząc od starych zdjęć przez listy przepisane w dzienniku rozwiążemy całą zagadkę.

Ale, powiedzmy, że nadmiar starych papierzysk to jedna z różnic kulturowych, które można lubić albo nie, mnie się akurat subiektywnie znudziły. Nie można na poważnie stawiać zarzutu, że gdzieś tam jest kultura przechowywania każdego kiedykolwiek napisanego słowa tylko dlatego, że u nas takiej kultury nie ma. Z drugiej strony, można postawić delikatny zarzut, że potrzebne papiery same grzecznie i bez trudu wpadają w ręce akurat wtedy, kiedy się przydadzą. Gorzej, że w tej książce Morton stworzyła bohaterkę, której zupełnie nie da się lubić, a przecież przez większość czasu powinniśmy jej przynajmniej życzliwie kibicować, nie znając jeszcze zakończenia. Tymczasem młodziutka Dorothy jest absolutnie nie do polubienia - rozkapryszona materialistka, żyjąca w świecie fantazji manipulantka, wykorzystująca najbliższych, a jej postępowania nie sposób usprawiedliwić nawet biorąc pod uwagę tragiczne zdarzenia, jakich nie szczędziła jej wojna. Przez 500 stron zastanawiamy się, jakim cudem z takiej głupiej, egocentrycznej lali wyrosła dobra żona i matka piątki dzieci, i dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko (tym, którzy się nie domyślili, ja się domyśliłam i nawet zapisałam sobie na karteczce mój domysł w okolicy strony 200, żeby mieć dowód, że Wiedziałam :) ).

Wojenna intryga też trzyma się na włosku - to znaczy, jest tak piętrowa, przekombinowana i oparta na tak kruchych podstawach, że musiała skończyć się źle - ale też zbiegi okoliczności polegające na tym, że ktoś wyciąga z gruzów zbombardowanej knajpki niewysłany list i natychmiast go wysyła to dla mnie już za dużo.

Za dużo zbiegów okoliczności, nieporozumień, sytuacji, gdzie ktoś zamiast zapytać, myślał sobie, że ktoś inny coś myśli albo robi, za dużo pokręconych planów zemsty - i to wszystko w wykonaniu bohaterki, której nie jestem w stanie kibicować, bo budzi odrazę.

Oczywiście, Kate Morton ma dar opowiadania i trudno się oprzeć jej talentowi, dlatego te 600 stron mimo wszystko czyta się dobrze, z zaciekawieniem i napięciem, chce się wiedzieć jak, dlaczego i co będzie dalej. Jednak albo wyrosłam ze ślepego uwielbienia albo ta książka nie jest najbardziej udana w jej dorobku, albo autorka za bardzo polegała na swoim stałym schemacie. Tym razem nie miałam poczucia, że czytam "wyjątkowo dobre czytadło", a po prostu - niezłe czytadło. Tym niemniej, jeśli ktoś ma ochotę na niezłe, trochę przekombinowane czytadło z tajemnicą w tle - z czystym sumieniem polecam.

 

wtorek, 25 grudnia 2012, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
lenkaj
2012/12/25 13:13:20
Czekałam na jakieś polskie recenzje tej książki, bo do tej pory wszystkie książki Morton mi się podobały. Ale też podzielam Twoją obawę, że następne książki będą powielały schemat, a taki, choćby nie wiem jak dobry, w końcu się znudzi. Mimo to z niecierpliwością czekam na zapowiedziane już wydanie polskie.
-
2012/12/25 19:09:23
kurczę, wcale się nie dziwię, bo jak ktoś pisze pod ten sam szkielet to się musi w którymś momencie, jednym szybciej, innym później, znudzić. Jestem w dobrej sytuacji, bo nie zaliczyłam jeszcze wszystkich.
-
2012/12/25 19:50:14
Mnie się schemat nie znudził jeszcze. A poza tym, jakoś tak mi się czyta jej książki przyjemnie i ze smakiem, że nie mogę krytykować!
-
mdl2
2012/12/25 21:55:49
Lenkaj, przeczytaj wydanie polskie, nie mówię że i Tobie się znudzi, zresztą trudno powiedzieć, że mnie się doszczętnie znudziła, i na pewno przeczytam następną jej książkę.

Dabarai, bo też czyta się to bardzo przyjemnie - KM ma niezaprzeczalny talent do opowiadania, ale powiedz, tak szczerze, czy młoda Dorothy wydawała Ci się 100% wiarygodna, porządnie umotywowana, poza tym, że była bardzo wiarygodnie denerwująca? :)

Kasiu a czytałaś już tę, którą mi kiedyś wysłałaś? Distant Hours/Milczący zamek? Ta chyba była najlepsza z 4, może ze względu na miejsce akcji albo na bohaterki, taka gotycka i świetnie skomponowana...
-
2012/12/29 06:38:37
Ja dzisiaj skonczylam moja pierwsza ksiazke Kate Morton, ktora byl Zaginiony Ogrod i przyznam, ze ksiazka bardzo mi sie podobala i na pewno siegne po inne ksiazki tej autorki. Przy okazji chcialabym podziekowac za Twoja recenzje tej ksiazki, gdyz to wlasnie na tym blogu przeczytalam po raz pierwszy o Kate Morton! Zaginiony Ogrod zaliczam do jednej z najlepszych ksiazek jakie w tym roku przeczytalam.
(Przepraszam za brak polskich czcionek.)
-
mdl2
2012/12/29 09:34:07
Kogoczego - bardzo się cieszę, że zachęciłam Cię do lektury Kate Morton! To chyba w ogóle jedna z pierwszych książek jakie tu recenzowałam... jak to było dawno :)
-
2012/12/29 13:44:43
Lubię, kiedy mnie bohaterki denerwują... A Dorothy była dziwna... Pełna sprzeczności... Miałam jeden problem z tą książką, niechcący przeczytałam gdzieś, na czym polegała niespodzianka przygotowana przez Morton...! A to, ze nawet to nie zniechęciło mnie do czytania, świadczy o tym, jak bardzo mi się podobała ta powieść...
-
butters77
2012/12/29 20:23:08
Dzięki za tę recenzję. Dopiero co przeczytałam "Dziedzictwo" Webb, które przypomniały mi mortonowski model "rezydencja-tajemnica sprzed lat-kobieta" i zaczęłam się zastanawiać, kiedy autorka "Milczącego zamku" wyda coś nowego :) Na pewno przeczytam (raczej w polskim przekładzie) i wrócę do Ciebie z wrażeniami.

Co do powieści o wojennej Warszawie - wiele dobrego słyszałam ostatnio o "Morfinie" Szczepana Twardocha; to nie dokładnie ten wątek, ale myślę, że warto się zainteresować.

A z tą kulturą przechowywania papierzysk i dzienników każdej kuzynki-guwernantki-sąsiada to serio tak jest? :) Poważnie pytam, bo nie słyszałam o tej wersji lokalnego kolorytu.
-
mdl2
2012/12/29 21:09:38
Butters, "Dziedzictwo" dopiero na mnie czeka, ale pewnie nieprędko - chyba zaczynam mieć serdecznie dosyć starych dworków :)
"Morfina" też czeka, właśnie z tego powodu, chociaż recenzje skupione na Gombrowiczowskich problemach bardziej odstraszają niż zachęcają.
Nie wiem jak to jest naprawdę z kulturą papierzysk, ale te papierzyska występują niemal w każdej książce tego typu, od szmatławej Lucindy Riley po snobistycznego Hollinghursta. Zakładam, że ma to pierwowzór w rzeczywistości, jeśli na podstawie wspomnień zwyczajnej londyńskiej położnej kręci się popularny serial to ile tego musi się kurzyć po strychach i bibliotekach?
-
mdl2
2012/12/29 21:13:29
Dabarai, no tak, dziwna-za dziwna, tak pełna sprzeczności że budziła spore podejrzenia, no i jednak ten jej szatański plan wydaje mi się przekombinowany... ale mimo to Morton i tak jest na szczycie tej grupy autorek, świadczy o tym fakt, że z zainteresowaniem doczytałam do końca, nie męcząc się tak jak przy "Domu Orchidei" na przykład...
-
butters77
2012/12/29 21:19:18
Mdl2, myślę, że to dobra decyzja, by zrobić sobie przerwę, bo "Dziedzictwo" jest przyjemne w odbiorze, ale baaardzo mocno przypomina znane ścieżki odkrywania tajemnic z przeszłości. Poczekaj, za parę miesięcy tajemnica Webb będzie tak samo gotowa do odkrycia ;)

I dzięki za odpowiedź w brytyjskich "sprawach papierkowych".
-
mdl2
2012/12/29 21:29:30
iii, nie ma za co bo w sumie ta moja odpowiedź to takie gdybanie tylko :)
A Webb w takim razie zaczeka na jakiś zapracowany moment, kiedy będę chciała się odstresować w znanych klimatach :)
-
2012/12/30 10:32:47
Mdl2 - a propos papierzysk, to może i masz rację, bo niedawno zmarła babcia UA napisała krótką historię swojego życia... Chociaż akurat Worth napisała Cally The Midwife sama. :)
-
mdl2
2012/12/30 11:39:07
No sama, sama, ja nie mówię wcale, że nie sama, tylko, że każdy pisze i przechowuje. Ja mam np. jeszcze na półce wspomnienia zupełnie innej położnej, z lat 70. A babcia UA nie pisała sama?
-
butters77
2012/12/31 10:55:34
Mdl2, gdybyś miała ochotę - oto krótka recenzja Dziedzictwa w Kieszeniach.

-
2012/12/31 11:23:36
Yyy, no też sama.... A propos Worth, właśnie widziałam Christmas special i już czekam na drugi sezon. Tylko pierwszy obejrzę jeszcze w całości.
-
mdl2
2013/01/04 08:51:43
O, nie wiedziałam, że jest Christmas special. Bo poza tym pierwszy sezon chyba obejrzałam już cały...
-
2013/06/21 09:43:46
"domyśleć"? uu, dotychczas nie znalazłam u Ciebie żadnego błędu i byłam pod wielkim wrażeniem ;) ale każdemu się zdarza, nawet mistrzom, więc to w żadnym razie nie jest zarzut :)
-
mdl2
2013/06/22 12:12:59
Kalijka7, a czytasz specjalnie, żeby znaleźć błędy? ;-)
Przyznaję sobie prawo do jednego na trzy lata :) Zresztą jest ich pewnie więcej - np. przecinki stawiam "na czuja".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli