Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
The Light Between Oceans - M.L. Stedman

Dzisiejsza recenzja jest wynikiem spontanicznej akcji jednoczesnego czytania :) Po notce Dabarai o nominacjach do Women's Prize for Fiction przypomniałam sobie o tej książce, która, kupiona, stała na półce od jakiegoś czasu i czekała na swoją kolej. I tak jakoś wyszło, że obie zaczęłyśmy ją czytać tego samego dnia, po chwili dołączyła Padma... i skończyłyśmy też mniej więcej w tym samym czasie. Recenzja Dabarai do poczytania i porównania tutaj.

Takie wspólne czytanie w epoce, kiedy każdy sobie czyta coś innego, na swoich warunkach, w swoim formacie, ma w sobie coś magicznego - zwłaszcza, że nie chodzi o akcję promocyjną popularnego bestsellera, a o wspólne odkrywanie zupełnie nieznanej książki debiutującej autorki w niewielkim gronie osób połączonych wspólnotą upodobań.

W przepisie na fascynującą powieść są dwa elementy - pewniaki, gwarantujące zainteresowanie. Przynajmniej moje zainteresowanie. Pierwszy to miejsce akcji, drugim jest jakieś zajęcie, najchętniej niepopularne, opisane ze znajomością tematu. Łatwo sobie wyobrazić, że opowieść o latarniku na niewielkiej wysepce u wybrzeży Australii spełnia obydwa warunki. A jeśli dodamy do tego czas akcji - kilka lat po I wojnie światowej i naprawdę poważne pytania i dylematy moralne, satysfakcja czytelnicza gwarantowana.

Tom Sherbourne, weteran I wojny światowej, wraca do Australii teoretycznie cały i zdrowy, ale głęboko okaleczony przez wojnę. Poszukując spokoju po wojennym koszmarze zgłasza się do pracy w charakterze latarnika i po pewnym czasie zostaje wysłany na wyspę Janus, położoną w sporej odległości od stałego lądu. W tamtych czasach taka posada wymagała niemal całkowitej izolacji - latarnik schodził na ląd co trzy lata, w międzyczasie jego kontakt ze światem ograniczał się do sygnalizacji i nieczęstych wizyt statku z zaopatrzeniem. Tom jednak doskonale odnalazł się w tej sytuacji, znalazł ukojenie w starannym wykonywaniu obowiązków, a po ślubie z piękną, spontaniczną i pełną życia Isabel wydawało się, że młode małżeństwo czeka idylla.

Wszystko zmieniło się jednak, gdy okazało się, że Isabel nie może donosić ciąży. Po kolejnym przedwczesnym porodzie i pochówku zmarłego syna, gdy małżonkowie pogrążyli się w rozpaczy, wydarzył się cud: do brzegu wyspy przybiła dryfująca łódka, w której znajdowało się ciało martwego mężczyzny i żywe niemowlę.

Nie zdradzę wielkiego sekretu, pisząc, że latarnik i jego żona postanowili zatrzeć ślady i wychować dziewczynkę jak własne dziecko. To tylko punkt wyjścia do całej dalszej historii, do dylematów i wyborów, które zmieniają życie małżeństwa i wielu innych osób (dziecko, oprócz martwego ojca, miało przecież i matkę). Do opowieści o wyrzutach sumienia, poczuciu, że należy postąpić "właściwie" i o tym, że czasami nie ma takiego wyjścia z sytuacji, które nie skrzywdziłoby nikogo, i że czasem "właściwie" niekoniecznie jest tożsame z "dobrze". Każde z bohaterów zapłaci wysoką cenę za swoje decyzje, a maleńka Lucy, nic nie rozumiejąc, stanie się przedmiotem, zależnym od decyzji dorosłych zaślepionych przez swoje własne urazy, pragnienia i niemożliwe do zaspokojenia tęsknoty. Ale cóż, nie były to czasy, kiedy nadmiernie przejmowano się "dobrem dziecka" czy jego psychiką.

Dabarai napisała, że trudno opowiedzieć się po jednej ze stron, bo bohaterów nie sposób nie polubić. Mnie z kolei, im bliżej do końca książki, tym bardziej bohaterowie denerwowali - swoim uporem, obstawaniem przy swoich racjach, nawet najszlachetniejszych i przedmiotowym traktowaniem ukochanego dziecka. Trzeba jednak przyznać, że racje każdej z postaci są wiarygodne i umotywowane, a rozterki głęboko emocjonalne.

Natomiast, poza samą historią powieść ma sporo innych zalet. Na pewno nie można pominąć tego "haczyka" jakim jest egzotyczny, wymierający już zawód latarnika. Pieczołowicie oddane realia i techniczne szczegóły tej pracy były fascynujące. Podobnie zresztą, jak inne detale z Australii sprzed niemal stu lat. Nie miałam dotychczas pojęcia, że i ten kraj mocno ucierpiał w I wojnie, tracąc tak wielu młodych mężczyzn na froncie.

Oprócz tego - książka napisana jest pięknym językiem (to dotyczy oryginału angielskiego, przejrzany pobieżnie w empiku polski przekład ani mnie nie odrzucił, ani nie zachwycił). Pięknym, "przezroczystym" stylem, bez udziwnień, ale w sposób, który wyraźnie odróżnia tę książkę od popularnej literatury "kobiecej". W opisach wyraźnie czuje się spokój, oddech oceanu i przestrzeni, a dylematy postaci opisane są niezwykle wnikliwie i precyzyjnie. Wszystko spina metafora latarnii morskiej - symbolu światła wskazującego właściwą drogę, niewielkiego płomyka zwielokrotnionego przez soczewki i pryzmaty w potężny promień niosący się kilometrami przez ocean... a jednak, mimo swej mocy nie może on oświetlić najbliższych okolic, przeznaczony jest zawsze tylko dla oddalonych statków.

Godna uwagi, piękna i zmuszająca do myślenia powieść. I przyjemność wspólnego czytania.

wtorek, 26 marca 2013, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/03/26 21:57:10
Ach tak, takie wspólne czytanie to było coś baaardzo przyjemnego. I masz rację, najlepiej wychodzi takie spontaniczne, bo na przykład do reading group kiedyś chciałam się zapisać, ale mi zupełnie nie podeszło takie czytanie na przymus. A do tego strasznie się ciesze, że ci się książka spodobała. Jak już wspomniałam, te fragmenty na Janus wydały mi się szczególnie poruszające, ta samotność we dwoje lub we troje, niby z kimś, a jednak z dala od normalnego życia... Dziś zupełnie nie do pomyślenia. Natomiast do latarni morskiej bym się wybrała. Podobno gdzieś w Chorwacji (chyba) można wynająć starą latarnię jako wakacyjny domek...
-
mdl2
2013/03/26 22:13:14
W Chorwacji pewnie wszystko można, bo to cudownie gościnny kraj, kwestia znalezienia takiej latarni i pewnie ceny... A książka, jakoś czułam, że mi się spodoba, kupując, dobrze, że mi o niej przypomniałaś, bo inaczej postałaby jeszcze parę lat. Może jeszcze kiedyś uda nam się tak spontanicznie zgrać :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli