Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Annabel - Kathleen Winter

Ostatnio mam dobrą passę, wybieram z półki książki i dobre, i pięknie napisane, i mądre. Rzadko się to zdarza, jedna czasem, dwie rzadziej, trzy z rzędu - prawie nigdy. Oczywiście żadne szczęście nie trwa wiecznie i prawdopodobnie gdzieś za rogiem już czeka, specjalnie dla mnie, jakieś koszmarne przereklamowane czytadło, ale cieszmy się chwilą, póki trwa.

"Annabel" to historia dorastania dziecka innego niż wszyscy. W małym miasteczku na Labradorze żona trapera, Jacinta, rodzi dziecko w domu, w asyście przyjaciółek i sąsiadek. Tylko jedna z nich, Thomasina Baikie, zauważa, że maleńki Wayne nie jest stuprocentowym chłopcem... a w rzeczywistości jest i chłopcem i dziewczynką, hermafrodytą. Od tej pory o tajemnicy Wayne'a będą wiedziały tylko trzy osoby - rodzice i Thomasina. Ojciec decyduje o tym, żeby leczyć dziecko i wychowywać jak syna, ale okazuje się, że tożsamość jest bardziej skomplikowana niż potoczne wyobrażenia na temat płci. Wayne dowie się o swojej odmienności dopiero w okresie dojrzewania i reszta jego historii będzie opowieścią o odkrywaniu ukrytej tożsamości, o odnajdywaniu swojego miejsca w świecie i pojednaniu z ojcem.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni dwudziestu kilku lat po narodzinach Wayne'a, począwszy od 1969 roku. Tu znowu ogromną siłą książki jest miejsce akcji - odosobnione, na tle "cywilizowanej", miejskiej reszty kraju bardzo proste - a szczególne miejsce zajmuje przyroda. Miasteczko zamieszkują traperzy, milczący mężczyźni, którzy większość roku spędzają w lesie na polowaniach i tropieniu zwierzyny, życie toczy się prostym, surowym rytmem wyznaczanym przez północny klimat i konieczność zabezpieczenia podstawowych potrzeb. W tej kulturze ciężkiej pracy, oszczędności i dopasowania do rytmów przyrody wszelka odmienność czy niejednoznaczność stanowi potencjalne zagrożenie.

Autorka wnikliwie odmalowuje relacje między głównymi bohaterami tego dramatu, a same postacie, choć zarysowane oszczędnie, bez zbędnych słów, są bardzo wyraziste, zwłaszcza postać ojca, Treadwaya Blake, który po swojemu, w milczeniu, przez lata dochodzi do akceptacji i pojednania z synem/córką. Pierwiastek żeński w życiu Wayne'a, mądrą kobietę-przewodniczkę, uosabia jednak nie matka - trochę bezwolna i rozdarta, na koniec osuwająca się w bezradne szaleństwo (co jest zresztą wspaniale opisane, jako eskalacja pozornie niewinnego hobby, jakim jest szydełkowanie). Tą kobietą jest Thomasina, która po stracie ukochanej córki Annabel obejmuje duchową pieczę nad kobiecą częścią osobowości Wayne'a. I to jej daleka, niemal niezauważalna obecność towarzyszy mu nieustannie w wędrówce do odkrycia samego siebie.

To jest jedna z tych książek, gdzie pozornie nie dzieje się nic, a dzieje się wszystko, cały ludzki świat uchwycony w niewielkim okruchu. Pięknie napisana (znowu powtarzam za recenzją "Światła między oceanami", ale nic nie poradzę na to, że i tu właśnie piękny język odgrywa olbrzymią rolę, a szczególnie opisy labradorskiej przyrody), spokojna i mądra. Warto.

niedziela, 07 kwietnia 2013, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli