Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
My, właściciele Teksasu - Małgorzata Szejnert

Mam wrażenie, że o tym zbiorze reportaży napisano już wszystko, ale spróbuję dodać swoją cegiełkę do stosu pochwalnych recenzji.

Co NALEŻY o tej książce napisać: należy ze trzy razy podkreślić, że powstała w czasach, kiedy reporter nie mógł sobie swobodnie pisać o wszystkim, więc uciekał w pisanie o szczególe, a czytelnik współczesny ma sobie doczytać między wierszami o czym reporter naprawdę chciał napisać. Nie wiem, jak Wam, ale mnie to stwierdzenie podchodzi już do gardła ciągnąc za sobą wszystkie mazurki czekoladowe, wafle kajmakowe i jajka z majonezem, które zjadłam przez ostatnie dwa dni, więc się powstrzymam.

Nie czytałam między wierszami, nie kombinowałam, który aspekt Systemu autorka próbowała oskarżać i piętnować udając, że opisuje menu stołówki robotniczej i dzień z życia narzędziowni, bo mnie to wcale nie interesowało, dość mam wiecznej martyrologii. Zamiast tego potraktowałam spotkanie z reportażami jak wyprawę do kraju, który już nie istnieje, do miejsc, które znikały na naszych oczach, niepostrzeżenie. Do innego świata, oddalonego o 30-40 lat.

Reportaże zebrane w zbiorze pochodzą z lat 70. XX wieku i są bardzo zróżnicowane tematycznie. Od tematyki codziennej, tekstów o pracy Supersamu i fabryki traktorów w Ursusie, reportażu "od kuchni" ze stołówki w warszawskiej FSO, przez niecodzienne zjawiska społeczne i kulturalne - teatr niesłyszących, teatr wędrowny przemierzający wsie i miasteczka, wreszcie najbardziej chyba poruszający tekst o eksperymentalnych "wczasach adopcyjnych", podczas których dzieci z domu dziecka spotykały się z grupą dorosłych pod kontrolą psychologów - aż po tematy historyczne, echa wojenne i szersze problemy. Te ostatnie zresztą najbardziej nacechowane tą ostrożnością, aluzyjnością, przemilczeniem - i przez to, dla mnie, najmniej ciekawe (chociaż dla innych, być może, najbardziej).

Pierwsza refleksja - takich reportaży już nie ma. Uważne słuchanie rozmówcy, absolutny słuch językowy, nieprzechodzący jednak nigdy w znane ze wspólczesnej prasy szydercze przedrzeźnianie bohaterów. Oko do szczegółu (wiadomo, o ogóle pisać nie było wolno, czyli znów jedyna słuszna interpretacja...). Cała epopeja ludzka w pozornie suchym, obiektywnym opisie - ten wstaje o tej godzinie, tamtą od stania za ladą głowa boli, dziecko z domu dziecka przysłano całe w czyrakach, w stołówce schodzi się z kotłami po żelaznych, krętych schodach.

Druga refleksja - zostają z tej lektury w pamięci ludzie. Ludzie, którzy mogliby być naszymi rodzicami, wujkami, dziadkami. Ludzie z celem, z pasją, ludzie dumni ze swojego życia i pracy, ludzie walczący z przeciwnościami. "Badylarz", który z błyskiem w oku opowiada o budzeniu bzów zimą. Wiejski społecznik, człowiek-instytucja, chodząca kronika XX wieku. Ta para, która chciała adoptować dwie dziewczynki, ale nie dostała zgody, bo mieszka w jednym pokoju "bez wygód". Nauczyciel - wychowawca pokoleń. Matka bliźniaków, która codziennie o piątej rano jedzie pociągiem do Ursusa do pracy w narzędziowni. I dziesiątki innych. Niektórzy, być może, wciąż tu są, inżynier może codziennie rano wychodzi z bloku na Niedźwiadku kupić gazetę i popatrzeć z daleka na pustą skorupę zakładu, pielęgniarka z Supersamu może skończyła wymarzone studia, adoptowane dzieci pewnie dorosły... czy ktoś adoptował bezglutenową Kasię?

Trzecia refleksja - jedno pokolenie minęło, może półtora, a jak nam się inaczej żyje. "Pokoje bez wygód", przaśne stołówki bez obrusa, kolejki emerytów "bez kolejki" dawno odeszły do rozmaitych zabawnych "muzeów PRL", już tylko weseli hipsterzy z łezką w oku przywołują pozory tamtego czasu robiąc sobie trwałą i jeżdżąc maluchem ku uciesze czytelników. Odszedł dawny Ursus, odszedł Supersam, ale nauczyciele z powołaniem też w większości odeszli i ta pewność, że jak się zaczęło pracę w zakładzie w wieku 17 lat, to się z niej odejdzie po sześćdziesiątce. Ludzie, którzy w bloku, przy meblościankach stawiali fikusy odchodzą, a jakie kwiaty hoduje się dla dzisiejszych "lemingów"?

I na koniec - Mariusz Szczygieł napisał we wstępie, że z tej książki zostają długo pojedyncze zdania. Za mną chodzi takie - wypowiedziane przez pracownicę stołówki: "Praca u nas ciężka, a zarobek marny. Uzupełnić nie ma jak, bo kontrole na bramie."

Trochę wehikuł czasu, trochę bursztyn, w którym ci wszyscy ludzie trwają zatopieni. Aż chciałoby się pojechać do Łodzi, do Tychów, do Wejsun, poszukać tej przedziwnej willi, tych szklarni, tej szkoły, popatrzeć, co się zmieniło.

 

 

wtorek, 02 kwietnia 2013, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
kot_kreskowy84
2013/04/02 21:18:30
Ha! Właśnie czytam :) Dlatego na razie pobieżnie przejrzałam Twoją recenzję, ale jak skończę, wypowiem się bardziej obszernie. Póki co (po czterech reportażach) bardzo mi się podoba.
-
2013/04/02 22:47:18
też trochę bałam się czytać, bo mam już shortlisted to czytania, ale jednak nie mogłam się oprzeć i przeczytałam Twoją notkę. Najbardziej podoba mi się ostatni paragraf, oj tak, bursztyn to swietne określenie
-
momarta
2013/04/02 22:59:41
Widzisz, a dla mnie nie tylko bursztyn. Bo bursztyn to coś minionego, pozostałość po praepoce, którą możemy poobracać w ręku, ale raczej nie wejdziemy do środka.
<a href=absolutnienieperfekcyjna.blogspot.com/2013/03/m-szejnert-my-wasciciele-teksasu-czyli.html>Mnie</a> w tych reportażach zdumiało zaś to, że mimo zmiany dekoracji istota wcale się nie zmieniła; istotą są zaś dla mnie ludzie, którzy są cały czas tacy sami - ich podstawowe pragnienia, dążenia.
W pełni natomiast zgadzam się z Tobą, że takich reportaży już nie ma. Może czasem gdzieś coś błyśnie, ale to naprawdę rzadkość. Takie reportaże wymagają jednak czasu, którego w naszej zajawkowej epoce nikt nie chce drugiemu dać.
Zaś co do owego obrzydłego "należytego" pisania o tym zbiorze: mam wrażenie, że sama autorka w rozmowach na temat tej książki ucieka od tego wątku; pomimo to przylepił się on do niej niczym rzep.
-
gonzo5551
2013/04/03 16:55:33
Książka trochę sieje strach ale jest dobra ;)
-
mdl2
2013/04/03 21:23:03
Gonzo_z_cyferkami -> dlaczego sieje strach? :)

Momarto -> trochę się zgodzę, a trochę nie. Bo rzeczywiście, ta podstawa, samo, powiedzmy, jądro, takie samo, ale warunki już tak zupełnie inne, że dla mnie to już prawie niemożliwe do porównania. Pewne pojęcia odeszły do lamusa, pewne eksperymenty (np. adopcyjny) byłyby dzisiaj zupełnie niewykonalne (wyobrażam sobie tę nagonkę mediów, psychologów, "oburzonych internautów" na kogokolwiek, kto odważyłby się rzucić taki pomysł...). Nadal potrzebujemy takich podstawowych rzeczy, jak duma z wykonywanej pracy, ale jednak wg mnie to są dwa różne światy.
I czas, tu się zgadzam w 100%, mam wrażenie, że dzisiejsze gazetowe teksty szukają sensacji i szybkiej refleksji, a z drugiej strony chyba nawet czytelnik poważnej prasy nie udźwignąłby takiego solidnego reportażu w gazecie - z braku czasu, koncentracji, potrzeby...

Kasiu.eire no to jestem ciekawa, co Ty napiszesz, czy bursztyn czy jednak nie bursztyn.

Kocie_kreskowy, teraz nam się zdarzyło wspólne czytanie. Przyznam, że po czterech jeszcze nie byłam pewna i czekam na Twoją recenzję.
-
zemfiroczka
2013/04/04 19:50:45
Ciekawa recenzja, obiecująca ciekawą książkę. Zaciekawiłaś mnie nią - chętnie po nią sięgnę. Reportaże, to mój ulubiony gatunek do czytania, zwłaszcza jeśli traktuje o czymś, co poniekąd bliskie i dalekie zarazem.

pozdrawiam
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli