Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Lipton czy Saga? Dylematy zmanipulowanego czytelnika

Na rozgrzewkę, zanim zacznę kręcić nosem na literackie arcydzieła dekady i bestsellery, temat powiedzmy, ogólny.

Uważam się za czytelnika wyrobionego i stosunkowo ambitnego. I uważam, że mam do tego święte prawo, podobnie, jak większość blogerów z jakimś-tam dorobkiem. Kupuję nałogowo, ale coraz bardziej starannie wybieram to, co kupuję, czytam nowości (głównie dlatego, że starocie przeczytałam dawno temu i nie muszę teraz "odkrywać" Jane Austen czy innych oczywistości, ale zaległości uzupełniam - te, które nie dają spokojnie zasnąć), ale omijam masówkę, najczęściej szukam w książce czegoś więcej niż chwila odpoczynku dla mózgu - od tego mam telewizor i internet.

Sama sobie wybieram lektury, nikt mi nic nie narzuca. Z nikim nie współpracuję, czytam więc bez zobowiązań, to, co chcę. Byłam dumna, że tak sama steruję swoim czytaniem, mam swój własny, wyrobiony gust i tak dalej. Czytelnik świadomy, czytelnik dojrzały, w odróżnieniu od ciemnej masy, która kupi wszystko, co jej się wciśnie, byleby miało napisane na okładce "Światowy bestseller!" i zalegało stosami w empiku.

Po przejrzeniu listy wakacyjnych lektur dopadły mnie wątpliwości.

Czy my, "wyrobieni", nie jesteśmy czasem w sytuacji klienta w supermarkecie. Klient chce kupić herbatę. Jeśli chce po prostu napić się herbaty po obiedzie, wybierze tani, masowo reklamowany produkt. Dajmy na to, Sagę, tak fajnie rodzinnie się kojarzy w reklamach, da się ją wypić bez przykrości i do tego jest tania. Klient, który chce czegoś lepszego, stanie przed półką z pozornie ogromnym wyborem i dostanie oczopląsu - tu zielona z dodatkiem opuncji figowej, tam czarna z aromatem owoców leśnych, obok specjalna seria w eleganckich pudełkach, z napisem "dla konesera", żeby nikt się nie pomylił. Sięga więc po markę z wyższej półki, polecaną i reklamowaną przy programach telewizyjnych dla ambitnych, którą będzie zachwycony, dopóki się nie zorientuje, że w rzeczywistości wybierał między takimi samymi produktami wytwarzanymi przez 2-3 ogromne korporacje, a wszystko, co kupi, smakuje prawie tak samo.

Doszłam do wniosku, że wpadam w pułapkę reklamy i promocji tak samo, jak czytelnik masowy, oraz, że nie ma przed tym ucieczki. Smakosz herbaty może przynajmniej iść do małego sklepiku, gdzie pani nasypie mu z wielkiej puszki do celofanowej torebki garść młodych listków zerwanych o porannej rosie przez jakieś chudziutkie azjatyckie dziecko, nabije na kasę kwotę typu 42,50 za 100g i zaproponuje do tego konfiturę pomarańczową prościutko z deszczowej Anglii.

A wielbiciel dobrych książek? Podsuwa mi się przecież wartościowe tytuły. Media prześcigają się w tworzeniu list i rankingów - książki na urlop, 10 nowości, które musisz znać. Gazetki reklamowe supermarketu z kulturą pękają od ofert opatrzonych gwiazdką: Arcydzieło! Nowość roku! Musisz to przeczytać! Stoję przed półką, omijam masówkę i tani produkt dla mało wymagających, i wybieram między arcydziełami i "misternymi katedrami literatury", między "nowym Marquezem" a "godnym następcą Faulknera"... i cały czas mam wrażenie, że wybieram między Liptonem a Dilmah, wyprodukowanymi z tych samych liści w tej samej czy bliźniaczo podobnej fabryce jakiegoś Unilevera albo Nestle, specjalnie dla takich łatwowiernych poszukiwaczy jak ja.

Mam wrażenie, że ktoś zbadał, jakie nazwiska i treści będą mi się kojarzyć z prestiżem i dadzą mi delikatne poczucie wyższości, jaka lektura sprawi, że poczuję się przyjemnie "na czasie", co utwierdzi mnie w przekonaniu, że jestem właśnie tak wyrobiona i ambitna, jak mi się wydaje, a może nawet bardziej. A potem czytam na plaży takiego Cabre czy innego Karpowicza, zupełnie jak ktoś, kto częstuje rodzinę "mieszanką najszlachetniejszych czarnych herbat" prosto z torebki z żółtym papierkiem na końcu sznurka.

Nie mówię, że proponowane mi książki są złe. Najczęściej nie są. Są dobre, czasem bardzo dobre, zostawiają dokładnie taki efekt, jakiego oczekuję, czuję się po nich jak po kremie dla skóry szczególnie wrażliwej albo czekoladzie dla wielbicieli wyrafinowanych smaków. Zawierają starannie dobrane składniki, wyprodukowano je z najwyższą troską o środowisko, posiadają certyfikaty jakości, przyjemnie niwelują niedoskonałości intelektualne i dają poczucie świeżości nawet przez 48 godzin. Chętnie polecę je znajomym, podobnie jak 87% użytkowników.

Tylko, że wciąż są reklamowanym produktem z wyższej półki dla intelektualnej klasy średniej z aspiracjami. Ktoś zbadał rynek, ktoś je dla mnie wybrał, ktoś podsunął i odpowiednio wypromował.

Efekt jest widoczny i działa - konsumuję produkt wysokiej jakości, odczuwam satysfakcję i przynależność do starannie wyselekcjonowanej, elitarnej grupy odbiorców.

Czego więc się czepiam?

Za czym tęsknię?

Może za małym sklepikiem z ręcznie zrywaną herbatą i domową konfiturą z pomarańczy? Sklepikiem starannie ukrytym gdzieś w małej uliczce, gdzie przychodzą tylko wtajemniczeni, żeby posłuchać opowieści starego właściciela i powąchać zawartość wielkich szklanych słojów? Sklepikiem, którego nie ma w żadnych rankingach, który nie ma strony internetowej, nie wydaje gazetek reklamowych i nie stosuje promocji?

 

 

 

sobota, 10 sierpnia 2013, mdl2
Tagi: o niczym

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
zacofany.w.lekturze
2013/08/10 12:16:13
Czyli do czytania pozostają wyłącznie niszowi poeci, wydający własnym sumptem tomiki w nakładzie 30 egzemplarzy ręcznie numerowanych :P
-
zapiekanka_kulturalna
2013/08/10 12:54:32
Porównanie książek do herbaty jest bardzo trafne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że dla ludzi zajmujących się reklamą i promocją kompletnie nie ma znaczenia, czy się akurat sprzedaje herbatę, książki czy nawet papier toaletowy. (Wierz mi, pracowałam w reklamie.) Najpierw trzeba określić do kogo skierowany jest ten produkt, scharakteryzować naszą grupę docelową i to nawet nie pod kątem, jaka jest, ale jaka chce być. I tak książki dla kobiet (grocholopodobne) sprzedajemy jak Sagę, ma być ciepło i rodzinnie, z romantyczną nutką w tle, ale niekoniecznie ambitnie, bo czytelnik nie jest aspirujący. Kiedy sprzedajemy "dzieło" na miarę "50 twarzy Greya" kierujemy przekaz do kobiet z nudny życiem (zwłaszcza łóżkowym), ale takich trochę zahukanych, które nigdy nie będą miały odwagi zrealizować swoich fantazji w prawdziwym świecie i wmawiamy im, że czytając to robią coś zakazanego i nieprzyzwoitego. Bo sprzedaje się w końcu nie produkt, ale przede wszystkim dobre samopoczucie. Myślę, że to się właśnie odnosi do czytelnika aspirującego, żeby po przeczytaniu utwierdził się w swoim poczuciu posiadania ambicji. Można tez inaczej poprawić komuś samopoczucie, na przykład wmówić mu, że będzie taki otwarty i postępowy, jeśli przeczyta książkę o tematyce gender. Światopogląd też się świetnie sprzedaje. Jest jeszcze jedna dość istotna tendencja, próbuje się sytuacje czytelników upodobnić do sytuacji widzów i wmówić im, że nowe jest lepsze od starego, że liczą się tylko tytuły, które wyszły w tym roku, o innych nawet nie warto rozmawiać. W to żaden inteligentny czytelnik (i widz) nie powinien wierzyć, dobre książki (i filmy) są w końcu ponadczasowe. Poza tym historia to dobry selekcjoner wartościowych tytułów, o "działach" wątpliwej jakości szybko się zapomina, do kanonu literatury wchodzą tylko pozycje naprawdę warte uwagi. O sprzedawanych dziś jako bestsellery tytułach grocholo i greyopodobnych nikt za parę lat nie będzie pamiętał.
-
mdl2
2013/08/10 13:17:50
ZWL tak ostatecznie możnaby ten cały bełkot podsumować :)

Zapiekanko_kulturalna - masz 100% racji. Ja chciałam tylko napisać o tym potężnym złudzeniu, że dobór "ambitniejszych" lektur wynosi nas poza obszary, gdzie książka jest sformatowanym produktem dla konkretnej grupy nabywców. Bo przecież wszyscy wiemy, że twarze Greya to produkt, jak papier toaletowy czy herbata, nieprawdaż, ale tak łatwo uwierzyć, że Franzen, Houellebecq, czy inny Cabre przenosi mnie do kręgu, gdzie zasady rynku przestają działać. Tak łatwo uwierzyć, że "ja się nie daję gazetkom reklamowym", podczas, gdy tylko przeskakuję do innego "targetu".
Co do historii - ja sobie tak selekcjonuję filmy, oglądając rok-dwa po premierze, kiedy już mniej więcej wiadomo, które były coś warte. W przypadku książek pokusa "bycia na czasie" (poznania "książki, o której mówi cała Europa!") jest niestety silniejsza ode mnie.
-
zacofany.w.lekturze
2013/08/10 13:40:21
Zaraz tam bełkot:P Może spróbuj do książek zastosować ten sam system co do filmów. Ja już dawno straciłem chęć (i możliwości), żeby być na bieżąco i nie narzekam. W razie kryzysu mam zapas ponadczasowych i niszowych hitów w stylu "Krakowskie mowy uniwersyteckie z XV wieku" :)
-
mdl2
2013/08/10 14:28:22
ZWL, kolejka nowości poniekąd wymusza system, coraz rzadziej rzucam wszystko, żeby przeczytać coś, co właśnie się ukazało, ale jednak poruszam się w obrębie ostatniego sezonu, ostatecznie dwóch.
"Krakowskie mowy uniwersyteckie" powalają :)
-
zacofany.w.lekturze
2013/08/10 14:38:14
Podziwiam samozaparcie:) W moim wypadku nieco trwa, zanim dzisiejsze nowości staną się towarem w taniej książce :P
-
mdl2
2013/08/10 20:01:38
ZWL, ten cykl teraz wcale tak długo nie trwa - w Taniej Książce nad morzem sporo zeszłorocznych nowości :)
-
zacofany.w.lekturze
2013/08/10 20:41:31
ja chyba zgarnąłem głównie takie sprzed dwóch lat:) Chociaż nie, skłamałem, Lato z kryminałem ma datę 2012 :P Ale ogólnie nadmorskie tanie książki mnie rozczarowały w tym roku.
-
mdl2
2013/08/10 21:38:05
Naprawdę? Gdzie byłeś? Ja byłam zachwycona - sporo dobrych książek, m.in. Stacja Tajga, sporo polskiego kryminału, w.a.b., seria z miotłą, było w czym wybierać, i ja się obkupiłam i Młody. Tania Książka w Darłówku.
-
zacofany.w.lekturze
2013/08/10 21:57:45
Uch, zjadło mi komentarz :( We Władysławowie. W namiocie tej samej sieci kupiłem głównie Mankella, Grimes i Wrońskiego, na Stację Tajga pożałowałem, bo jakoś nie powiedziała do mnie, żebym ją kupił:) W namiocie obok znalazłem Dzieci północy Rushdiego, ale i tak najlepiej zapowiada się Lidia Czukowska. Do serii Z miotłą nie mam przekonania, więc nie ryzykowałem.
-
2013/08/11 00:32:47
a ja odróżniam smaki herbat i niekoniecznie muszą być drogie, próbuję i wiem, która mi pasuje, a która jest po prostu ładnie opakowana. Na węch często je biorę. Niektóre drogie są wyśmienite, ale nie wszystkie. Minutka - trzeba ich chyba ze trzy, żeby wyczarowały znośny napar, co z tego, że zwalają się klientom pod nogi, skoro surowca podstawowego w wodzie brak. W ostateczności stary dobry Lipton will do the job.
A tak na poważnie - świetny tekst, super spostrzeżenia i też się tak czuję czasami.
Ale czasami jak na przykład teraz, kiedy czytam Papuszę, siedzę i mlaskam i tak się cieszę, że umiem czytać ze zrozumieniem :-)
Że też nie miałam czasu do Darłówka pojechać, że też nie wiedziałam, ze tam jesteś jeszcze, może bym się jednak z tego Koszalina jakoś tam dowlokła, żeby z Tobą kawę odpić i do namiotu z TK pójść :-)
-
mdl2
2013/08/11 10:27:39
Kasiu, ja też bardzo żałuję... ale może kiedyś uda nam się spotkać. W te wakacje mam takiego pecha, że mijam się prawie ze wszystkimi, których chciałam zobaczyć czy poznać i tylko 2 czy 3 z wielu planowanych spotkań doszły do skutku - wyjazdy, przyjazdy, inne obowiązki. Takie życie, łatwiej pogadać na czacie niż kawę razem wypić.
-
bookfa
2013/08/11 11:30:25
Już sam fakt, że zanim ja coś sobie wybiorę do czytania, to z czego będę mogła wybrać wybrał wcześniej ktoś inny, odbieram jako kaganiec. Tak do końca nigdy nie ugryzę tego co bym wybrała sama z siebie, bo ktoś za mnie już dokonał pierwszego wyboru.
Herbatę "doprawiam" sobie sama, a to cukier trzcinowy, a to cytryna lub konfitura wiśniowa. I to jest wyższość herbaty nad książką, z którą nie mogę zrobić już nic. Jest jaka jest. To produkt, często niestarannie wydany, z okładką, która pasuje do treści jak wół do karety.
Dzięki blogom i zobowiązaniom czytam jednak tytuły, po które inaczej nigdy bym pewnie nie sięgnęła. Nawet nie usłyszałabym o Krakowskich mowach uniwersyteckich z XV wieku :P :P

A czy nie zbliżamy się przypadkiem do punktu w którym więcej ludzi pisze niż czyta? ;P
-
2013/08/12 15:22:02
Witaj mdl2. Traf chce, że znam się trochę na herbacie. Rzeczywiście jest z nią podobnie jak z książkami. Podstawowy podział w świecie herbat to nie zróżnicowanie ze względu na producenta, jak wmawia nam reklama, ale podział na herbaty ekspresowe i liściaste. Ekspresowe piją prawie wszyscy, ale to produkt herbatopodobny, bowiem składa się z wykruchów i to silnie preparowanych, aby zaparzyły się w niskiej temperaturze i w ograniczonym przepływie wody. Ludziom wygodniej jest używać torebek, wmawiają więc sobie, w ślad za reklamą marki, że jak piją Dilmę to jest to coś ekstra, bo i ładnie zapakowana i droga. Więcej zachodu jest z parzeniem herbaty liściastej, ale efekt jest też nieporównywalny. Łatwo zauważyć, że z wyborem książek jest podobnie.
-
mdl2
2013/08/12 15:42:47
Dijkstra-jg, miło Cię znowu widzieć, w ogóle jak dobrze znowu z Wami rozmawiać, chyba trzeba częściej robić przerwy i częściej wracać :)

Zgadzam się z podziałem, sama go gdzieś zresztą mimochodem zasugerowałam, tylko co wśród masowo wydawanych książek/nowości byłoby odpowiednikiem szlachetnej herbaty liściastej?

Dygresja - w jednym z małych sklepików herbacianych kupiłam kiedyś bardzo smaczną (i odpowiednio drogaśną) "zimową" herbatę liściastą z przyprawami, owocami itp., tylko po to, żeby przeczytać w domu na nalepce na puszce: "zawiera aromat identyczny z naturalnym". Mogłam sobie równie dobrze Liptona w torebkach kupić i zaoszczędzić na pół książki :)

Bookfo, w zasadzie pierwsze 2 zdania Twojego komentarza są doskonałym podsumowaniem wszystkiego, co zostało powiedziane. I tak, chyba zbliżamy się do punktu, w którym więcej ludzi pisze, niż czyta :) Z drugiej strony - nie wiem, jak inni, ja jednak wciąż chciałabym kupować towar wstępnie zweryfikowany (żeby ta moja herbata nie zawierała siana i zmiotek z brudnej podłogi...), co wymusza jakiś wstępny wybór przez kogoś innego.

OT, zdecydowanie te krakowskie mowy uniwersyteckie trzeba będzie przeczytać, może wypromujemy je na hit przyszłego sezonu? :)
-
bookfa
2013/08/12 22:54:46
Jestem za! To może być prawdziwy hit ;) Ha ha ha...
-
kitek77
2013/08/13 09:27:51
Ja tam zrezygnowałem z ambicji czytelniczych (zresztą nie tylko) i czytam bez planu, bez ładu i składu. I guzik mnie obchodzi czy to bestseller czy dupeler i czy ta czy tamta lektura to odpowiednik telewizyjnego "Klanu". Mam chęć - biere i czytam. Prostym chłopek, świata nie zbawię, profesury nie łaknę, to nie mogę sobie poczytać co chcę? :D
Bazyl
-
zacofany.w.lekturze
2013/08/13 11:52:17
Krakowskie mowy chętnie pożyczę, tylko ostrzegam lojalnie, że połowa tekstu jest po łacinie, a zbiorku z przekładami tych mów już mi się kupować nie chciało:P
-
zamiastfacebooka
2013/08/13 15:08:55
Witam, obiecuje sobie nie czytac blogow czytelniczych, bo konczy sie to frustracja, ze czasu i pieniedzy za malo zeby przeczytac wszystko na co mam ochote. No i trafilam na Pani blog - tym sposobem mam zorganizowane kolejne kilka lat czytania. Dziekuje :)
-
mdl2
2013/08/14 08:40:02
Bazylu, tak, to jest super podejście, jestem za i zazdroszczę - tylko mnie zawsze gdzieś tam nurtuje, czy na pewno czytam "to co chcę" czy to, co ktoś chce, żebym chciała :)

ZWL, to prawie jak "Wyznaję" :) trzeba więc zbiorek z przekładami znaleźć :)

Zamiastfacebooka, miło mi. W pierwszym odruchu miałam ochotę napisać "Przepraszam" :) Ta frustracja jest nieodłącznym elementem życia każdego chyba czytelnika, zawsze będzie za mało.
-
bookfa
2013/08/15 18:27:14
O! to, to! Bazylu :)
-
2013/08/17 18:21:50
mdl2 pytanie " tylko co wśród masowo wydawanych książek/nowości byłoby odpowiednikiem szlachetnej herbaty liściastej" to istota rzeczy, tak jak w świecie herbat. Nie ma ani prostej definicji, ani prostej porady jak szukać. Można tylko unikać torebkowanego, masowego, szajsu. A poza tym poszukiwać, tego smaku, który dla nas jest najlepszy i nie dziwić się, że dla innych całkiem odmienny aromat będzie tym jedynym.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli