Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
Blog > Komentarze do wpisu
Sekrety kobiet złotnika - Jeanne Bourin

Czyli o wpadce spektakularnej i trochę wstydliwej - bo powinnam przeczuć, co się szykuje. Nagroda Grand Prix czytelniczek "Elle" powinna dać mi pewne wskazówki, czego mogę się spodziewać. Nawet mąż, który gustuje w nieco innym rodzaju literatury, po przeczytaniu tekstu na okładce stwierdził tylko: "miliony much nie mogą się mylić...". A ja, głucha na sygnały ostrzegawcze, dzielnie brnęłam dalej. Przecież przepięknie wydana powieść historyczna francuskiej autorki, z przedmową samej Regine Pernoud, mediewistki, autorki świetnej "Kobiety w czasach katedr" po prostu nie mogła być zła. Nawet, jeśli jest kotletem bardzo odgrzewanym, bo ponad trzydziestoletnim, który polski wydawca pakuje w folię z napisem "Nowość".

Pewnie zresztą nie jest zła, tylko przeznaczona dla zupełnie innego rodzaju czytelnika. Przecież czytelniczki "Elle" były zachwycone. Przecież na Merlinie same pięciogwiazdkowe oceny, zachwyty nad bogactwem szczegółów i plastycznym językiem. Przecież podobno przedstawia średniowiecznych bohaterów zupełnie inaczej niż wcześniejsi autorzy - jako osoby z krwi i kości, zajęte najrozmaitszymi codziennymi sprawami, bliskie współczesnemu czytelnikowi. Tyle, że od lat 70. XX wieku trochę się w powieści działo, i na przykład taki Follett doprowadził do mistrzostwa sztukę wrzucania podobnych do nas bohaterów w średniowieczne dekoracje, więc to, co zachwyciło czytelniczki "Elle" i znaną mediewistkę trzydzieści lat temu, nam może wydawać się mało odkrywcze.

I najważniejsze - "Sekrety kobiet złotnika" to literatura babska przebrana za powieść historyczną z ambicjami.

Kobiety złotnika to jego 34-letnia żona Matylda i cztery córki: 15-letnia młodziutka mężatka Florina i rok młodsza Klarencja plus kilkuletnie bliźniaczki, które na początku służą wyłącznie jako tło. Do końca nie doczytałam, nie doczytałam nawet do połowy, więc wymądrzam się na podstawie pierwszych 160 stron, dziwnie przekonana, że później nie zmienia się to w wybitną literaturę dla wymagających. Oczywiście mogę się mylić.

Matylda rozpacza, bowiem o 24 lata starszy mąż nie jest już w stanie zaspokoić jej seksualnego apetytu. Florina w euforii przeżywa pierwsze dni małżeństwa z 17-letnim Filipem. A Klarencji zrobi krzywdę banda nieokiełznanych młodych mężczyzn. Istotną rolę odegra kuzyn Filipa Wilhelm Dubourg, handlarz futrami, w idealnym wieku, żeby pasować do każdej z tych kobiet i dziewczyn. Mama wzdycha do Wilhelma, Wilhelm wzdycha do Floriny, Klarencja niby postanawia skorzystać z sytuacji.

Schemat, który doprowadza mnie do szału, tak samo w powieści, jak i w życiu (na przykład na korytarzu uczelni albo firmy): Trzy samodzielne, inteligentne kobiety. Pojawia się Facet, przystojny Facet, mówi "Cześć", a kobiety momentalnie zamieniają się w stadko trzech uroczych gąsiątek, których jedynym celem jest Zdobyć Faceta. I to mogą być zamężne księgowe po pięćdziesiątce albo studentki podyplomówki na ILS, albo żona złotnika, bez różnicy. Jest Facet, jest impreza.

I to jaki Facet! Matka widzi go tak: "Jest w nim jakaś brutalna cielesność, siła, trochę zwierzęcy urok, które to składniki męskiego wdzięku działają na mnie, niestety! Może to jego profesja sprawiła, że mając do czynienia przez cały dzień ze skórami dzikich zwierząt, przejął od nich coś okrutnego, gwałtownego i swobodnego jednocześnie, co jest cechą drapieżników..."* (str. 19-20). Starsza córka, na razie niezainteresowana (dzień wcześniej wyszła za mąż) dostrzega: "szerokie czoło okolone ciemnymi, gęstymi włosami, bardzo czarne, regularne brwi, które prostą linią podkreślały harmonijną architekturę twarzy, nos stworzony do wąchania z lubością wszystkiego, co się nawinie, szczękę o niemal zbyt mocnym zarysie, zdrowe zęby w zmysłowych ustach i oczy tak ciemne, że niemal niebieskawe, jak u jeleni, które widziała podczas polowania w ruwrejskim lesie." (str. 28-29). Słowem, facet napakowany testosteronem po uszy (ta szczęka!), kipiący seksem, dziki (te dzikie zwierzęta, tu drapieżniki, tam jelenie, w końcu co za różnica, mają być duże, dzikie i z lasu!) a w dodatku niby rodzina, ale bezpiecznie daleka (kuzyn wymoczkowatego nastoletniego męża Floriny), więc można go bezkarnie zaprosić do domu i wzdychać (mama) albo bronić się przed westchnieniami (córka). Żeby nie było, że to po prostu przystojny neandertalczyk obdarzony prymitywną mocą uwodzenia, autorka dorzuca mu trochę psychologicznej głębi: "Dziwna rzecz, mimo wysokiego wzrostu i wyraźnej siły fizycznej wydał jej się jednocześnie mocny i bezbronny." (str. 29), "Te niewinne słowa sprowokowały nowe spojrzenie, w którym zobaczyła zarówno wyrzut, niemal ból, jak i zainteresowanie." (str. 29).  Facet silny i bezbronny, wysoki i nieszczęśliwie zakochany. Czytelniczki "Elle" wydają w tym miejscu zbiorowy jęk rozkoszy.

Poza Facetem, dramatem niespełnionej seksualnie żony, spełnionej córki i skrzywdzonej córki mamy tu tzw. Średniowieczne Realia, które przejawiają się głównie w opisach. Sam początkowy opis kąpieli Matyldy zajmuje dobre pięć stron, ze szczegółową listą użytych kosmetyków. Kiedy żona złotnika się ubiera, poznamy każdą możliwą część garderoby, kiedy idzie ulicą, autorka nie oszczędzi nam opisu żadnego sklepiku czy straganu. Może to jest barwne i plastyczne, może oddaje "ducha epoki" - dla mnie natłok szczegółów jest śmiertelnie nudny, a na usta ciśnie się stwierdzenie "tak się już nie pisze!".

Podsumowując - rozczarowanie roku a na pewno rozczarowanie wakacyjne. Liczyłam na barwną, relaksową powieść historyczną, zamiast tego brnęłam przez średniowieczny Paryż wśród tunik, sukni wierzchnich i bielideł w towarzystwie mocnego i bezbronnego zarazem faceta pachnącego dzikim zwierzem, znosiłam jego wybuchy namiętności godne dwunastolatka na szkolnej dyskotece i opisywane na przykład tak: "Niech cały świat się zapadnie! Florina jest tutaj, obok mnie, uśmiechnęła się, podziękowała, czas stanął w miejscu!" (str. 81)*.  I wreszcie nie zniosłam, i rzuciłam w kąt. Kobietom złotnika już dziękujemy.

 ---

* To by było na tyle, jeśli chodzi o plastyczny język i lekkie pióro.

 

wtorek, 20 sierpnia 2013, mdl2

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
meme7
2013/08/20 09:56:15
Opisy niczym u Diany Gabaldon :) Coś mnie tknęło żeby nie wypożyczać tej książki w bibliotece i chyba całkiem słusznie.

Pozdrawiam
-
kot_kreskowy84
2013/08/20 13:41:30
A ja jestem (a raczej byłam do przed chwilą) napalona na tą książkę, jak nie wiem co. A tu taki kubeł zimnej wody. No, no, no. Teraz sama nie wiem, co myśleć: mój zapał do zakupu zdecydowania osłabł, ale jak znajdę w bibliotece to na pewno wezmę, żeby się przekonać na własnej skórze. Zresztą po Twojej krytycznej recenzji, mój odbiró ksiązki może być zaskakująco pozytywny, bo już wiem, że nie powinnam spodziewać się zbyt wiele.
Pozdrawiam i dziękuję za otrzeźwienie :)
PS. Chyba w linkach masz jeszcze mój stary adres na bloxie (cichykacik.blox.pl), a teraz rezyduję już na kacikksiazki.blogspot.com.
-
mdl2
2013/08/20 22:19:54
Kocie_kreskowy, zaraz poprawię! Ja też byłam napalona na tę książkę, myślałam, że coś przyjemnego, do pochłonięcia na plaży, a tu rozczarowanie. Ale może właśnie, jak się nastawisz, że nic specjalnego, to może będzie przyjemniej.

Meme7, nie znam wcale Diany Gabaldon... ale skoro podobna to pewnie niewiele tracę :) Do wypożyczenia to się jak najbardziej nadaje, zawsze warto sprawdzić, a nuż akurat do Ciebie przemówi, natomiast 40 złotych lepiej wydać na pizzę, 128-me kolczyki do kolekcji, cztery piwa, cokolwiek :)
-
agnes_plus
2013/08/20 23:30:52
No to ja wybieram pizzę.
-
prosperiusz
2013/08/21 09:29:35
Będę omijał tę książkę
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli