niedziela, 29 stycznia 2012
plan czytelniczy na luty

Bez planu nie ogarnę tego chaosu, jakiś plan trzeba wprowadzić, inaczej umrę z głodu stojąc zahipnotyzowana przed stosami nieprzeczytanych książek, wpatrując się w nie bezradnie, zdejmując je z półki i odkładając, jak ten nieszczęsny osiołek. Potrzebuję podręcznej "kupki", do której sięgnę bez wahania.

A więc plan, z którego będę mogła się rozliczyć pod koniec miesiąca (ja to jednak mam zadatki na biurwę, niechże jakiś pracodawca wreszcie wykorzysta te skłonności ;-) ). Plan minimum, oczywiście, plan "jednej książki tygodniowo" plus jedna dodatkowa, wszystko powyżej planu będzie miłym bonusem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1. Żony polarników - Kari Herbert czyli powrót do tradycji czytania o Arktyce zimą.

2. Ta druga - Karolina Wilczyńska. Powieść koleżanki-Literatki, dawno nie czytałam żadnych książek napisanych przez internetowe znajome, a po tej autorce spodziewam się tylko dobrego.

3. Julian Barnes - The sense of an ending. W planie musi być "coś po angielsku". Poza tym wypada wreszcie przeczytać laureata, zanim zmieni się w "dawnego laureata".

4. Każdy umiera w samotności - Hans Fallada. Przedstawiać nie trzeba.

5. Córka grabarza - Joyce Carol Oates. To w ramach wyzwania "Czytam z półki". Ta książka odstała na półce ładnych kilka lat, czas ją odkurzyć.

Kolejność niekoniecznie jak wyżej.

Coś z fikcji, coś z faktu, coś po polsku, coś po angielsku, coś starego i coś nowego, nic pożyczonego co prawda w tym stosiku nie ma, ale za to jest coś niebieskiego (Fallada).

I z takim planem mogę wchodzić w nowy miesiąc, a na koniec lutego będzie raport z wykonania planu.

 

PS tak, wiem, że najciekawsze są zawsze te rozmazane książki w tle ;-)

Tagi: plany
15:07, mdl2
Link Komentarze (4) »
piątek, 27 stycznia 2012
wypada przeprosić

Za Nurowską, rzecz jasna.

A właściwie za własną głupotę.

Jak pisałam, dostałam "Drzwi do piekła" w prezencie. Że nowość, że świetna, mocna, jeśli lubisz autorkę, to przeczytaj, spodoba ci się.

Lubię, lubię bardzo. Lubiłam, właściwie, do pewnego momentu, potem już nie śledziłam, trafiłam dwie, trzy gorsze książki, machnęłam ręką, zmieniła się dobra pisarka, szkoda i trudno.

Tą najnowszą książką byłam zachwycona, właściwie nadal jestem, tylko, że ani nikt nie powiedział, ani mi się sprawdzić nie chciało, że to przerobione, zmienione czy po prostu wydane w innej formie wcześniejsze dzieło Autorki. Dopiero komentarz Bibliotekarki i mail od znajomego dały mi do myślenia.

Przepraszam więc wszystkich, których wprowadziłam w błąd i tych, przed którymi wyszłam na idiotkę :) Działałam w dobrej wierze, a "Drzwi do piekła" nadal z czystym sumieniem polecam. Ale tylko tym, którzy "Gier małzeńskich" nie znają. Nie wykluczam, że i moja koleżanka nie miała o tym pojęcia, choć to by już świadczyło nienajlepiej o personelu wydawnictwa.

I w zasadzie dobrze się stało. Okazało się, że bardzo słusznie kiedyś postanowiłam o niewspółpracowaniu z wydawnictwami i bardzo dobrze, że ten jeden wyjątek tak się na mnie idiotycznie zemścił. Mam nauczkę na resztę życia, nie łykać kitu, zawsze zaglądać darowanemu koniowi w zęby i pod ogon i nie cieszyć się głupio, że mam coś pierwsza.

---

PS nowe recenzje będą kiedy skończą się ferie a Dzieci wylądują znowu, nareszcie, w szkole, kiedy wyleczę katar stulecia i zamknę działalność gospodarczą, a wtedy dokończę "Drwala" i "Powrót do Missing" i spróbuję coś sensownego o obu napisać. Ale stanie się to pewnie dopiero w lutym.

piątek, 20 stycznia 2012
Nie wierzę w życie pozaradiowe - Marek Niedźwiecki

Któż z nas nie pamięta "Trójki", listy przebojów i głosu Marka Niedźwieckiego, który towarzyszył nam w sobotnie wieczory i popołudnia w "Zapraszamy do Trójki", puszczając kolejnych "nudziarzy"?

Trójka i jej najpopularniejszy prezenter ukształtowali chyba gust muzyczny całego pokolenia. Dla mnie Trójkowe audycje były bardzo ważną częścią dorastania. Dlatego (najprawdopodobniej tak samo jak tysiące innych osób) po prostu nie mogłam tej książki nie kupić i nie przeczytać.

A wrażenia? Słodko-gorzkie :)

Kto się spodziewa potoku zabawnych anegdot, barwnych wspomnień z wywiadów z gwiazdami, autentycznych historyjek zza radiowych kulis - rozczaruje się. To jest bardzo osobista, kameralna książka o Marku Niedźwieckim i jego pasji - muzyce i radiu. I o samotności z wyboru, takiej samotności, o jakiej można pomarzyć: z dobrym winem, podróżami i słuchaniem ulubionych płyt w szlafroku. Choć i smutek, i nostalgia przebija ze stron, ale mimo wszystko taka samotność budzi we mnie raczej zazdrość niż współczucie.

Ale mam też wrażenie, że tej książki jest za mało, że została może skompilowana trochę na siłę z zapisków, zdjęć, fragmentów dziennika ułożonych w ładny, dopracowany graficznie kolaż. Tu zapiski z dziennika, tam listy najlepszych piosenek z tego czy tamtego roku, trochę tekstu, trochę zdjęć z Australii i... już? to wszystko? Chciałoby się więcej... cóż, pozostaje włączyć radio.

Na osłodę jedna z ulubionych piosenek autora.



wtorek, 10 stycznia 2012
Raki pustelniki - Anne B. Ragde

Druga część bestsellerowej trylogii, zapoczątkowanej świetną Ziemią kłamstw .

Po śmierci Anny Neshov i ujawnieniu rodzinnej tajemnicy przy świątecznym stole trzej bracia: Tor, Margido i Erlend i córka Tora, Torunn, próbują otrząsnąć się z szoku i wrócić do normalnego życia.

Dla Tora będzie to oznaczało dalszą pracę przy hodowli świń, choć już bez wsparcia matki. Dla Margida, prowadzącego ustalony starokawalerski tryb życia - próbę wyrwania się z utrwalonych ram, dla Erlenda - nadchodzące zmiany, gdy jego partner zapragnie mieć dziecko. Torunn tymczasem zmaga się z dramatem opuszczonej przez partnera matki i poznaje wyjątkowego mężczyznę. Niestety, poważny wypadek skaże Tora na korzystanie z pomocy córki, a ją samą postawi przed dylematem: czy chce przyjąć na siebie rolę dziedziczki i opiekunki gospodarstwa? Czy jej podoła?

Brzmi to jak streszczenie 125 odcinka jakiegoś nadawanego od lat serialu, zapchajdziury między bożonarodzeniowym odcinkiem specjalnym a dramatycznym finałem, i tak też się czyta. Może środkowe części trylogii takie właśnie mają być, że zamiast recenzji wystarczyłoby napisać "poznajemy dalsze losy bohaterów"? Podczas gdy siłą pierwszej części były niezwykłe opisy oddalenia, straty, mroczna rodzinna tajemnica i pieczołowicie oddane realia, w drugiej zostały z tego w zasadzie tylko szczegółowe opisy (doceniam, że autorka dokładnie zgłębiła tematy tak różne, jak prowadzenie przedsiębiorstwa pogrzebowego, tresura psów i dekorowanie wnętrz, ale to tylko dekoracje...) i czysta obyczajówka, niezbyt porywająca choć bardzo porządna. Jak poprzednio, ogromnym plusem jest portret szczęśliwego gejowskiego związku w obliczu decyzji mającej zmienić życie obu mężczyzn, choć obawiam się, że otwartość i dokładność opisu ich życia może okazać się szokująca dla polskich czytelników. Na szczęście dramatyczna końcówka pozwala mieć nadzieję, że część trzecia dorówna pierwszej, część druga jest tylko przyjemną lekturą na dwa zimowe popołudnia.

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Cmentarz w Pradze - Umberto Eco

Wymęczyłam się przy tej książce. Jeśli są książki, za które powinni przyznawać punkty za wytrwałość, to "Cmentarz w Pradze" niewątpliwie do nich należy, chociaż autor w wywiadzie zarzekał się, że nie pisze dla masochistów i że czytelnicy lubią, kiedy stawia się im wyzwania.

Nie wiem, czy lubię tego typu wyzwania. Bywają książki historyczne, niektóre nawet całkiem dobre, z których można się dowiedzieć czegoś ciekawego o omawianej epoce nic o niej wcześniej nie wiedząc. Do tej powieści natomiast należałoby zasiąść dysponując już obszerną wiedzą na temat historii Włoch i Francji w XIX wieku. Ja takiej wiedzy nie posiadam, reaguję na hasła "sprawa Dreyfusa", "komuna paryska" czy "Garibaldi" przywoływaniem szczątkowych wiadomości ze szkoły i, po lekturze, ośmielę się stwierdzić, że epoka mnie wcale a wcale nie interesuje i że spokojnie mogę przeżyć resztę życia nie mając zielonego pojęcia kim był Orsini, Mazzini i setka innych postaci. Natłok szczegółów i nazwisk przytłacza i męczy.

Ale "nie o historię tu chodzi a o pokazanie pewnego mechanizmu" - wyjaśnił mi uprzejmie ktoś, kto czytał wcześniej, w odpowiedzi na moje smętne jęki i narzekania. Zgadzam się, ale tylko częściowo, bo bez podbudowy historycznej prawdopodobnie nie sposób docenić smaczków. Zostaje opowieść o tym, jak powstają teorie spiskowe i fałszywki, które potem żyją własnym życiem w zbiorowej świadomości.

Eco twierdzi w wywiadzie dla kwartalnika "Książki" , że chciał napisać "powieść w odcinkach" na wzór XIX-wiecznych powieści drukowanych w gazetach. "Cmentarz w Pradze" w warstwie formalnej jest taką zabawą z konwencją. Poznajemy kapitana Simoniniego, który w mieszkanku nad paryskim sklepem ze starzyzną spisuje dziennik, próbując przypomnieć sobie pewne wydarzenia. Co pewien czas jednak wpisów w dzienniku dokonuje tajemniczy ksiądz Dalla Piccola, uzupełniając wspomnienia kapitana. Zagadka - kim jest duchowny, i czy może on i kapitan są tą samą osobą, jest stosunkowo łatwa do rozwiązania, jednak poprzez kolejne zapiski poznajemy przeszłość bohatera.

Simonini od najmłodszych lat jest opętany nienawiścią do Żydów. Pierwsze kilkadziesiąt stron książki to genialny monolog wewnętrzny człowieka, który nienawidzi wszystkiego i wszystkich, Żydów, Niemców, Francuzów, jezuitów, masonów... posługując się przy tym karykaturalnymi stereotypami i obiegowymi sądami. Podejrzewam, że do dziś aktualnymi, powtarzanymi w rozmowach przy niedzielnym obiedzie przez bardzo wielu ludzi. Po przeczytaniu początku wcale się nie dziwię, że Eco oskarżano o propagowanie antysemityzmu - ten potok bezrozumnej nienawiści jest bardzo sugestywny i łatwo go zrozumieć dosłownie. A poza tym znamy go aż za dobrze: nienawiść do innego buduje tożsamość - twierdzi Simonini. Niestety to stwierdzenie nie straciło na aktualności.

Pracując u dość podejrzanego notariusza, Simonini zaczyna na zlecenie różnych służb fabrykować fałszywki mające kompromitować różne grupy, w zależności od potrzeb zleceniodawcy. Dziełem jego życia będzie jednak w nieskończoność poprawiany i sprzedawany pod różnymi postaciami raport z fikcyjnego spotkania rabinów na praskim cmentarzu, który ostatecznie zmieni się w znane nam i dziś "Protokoły mędrców Syjonu".

Właściwie tylko po to warto tę książkę przeczytać, żeby prześledzić wędrowkę jednej idei, poddawanej recyklingowi i zmienianej przez niezliczonych lepszych i gorszych pisarzy, ludzi opętanych obsesją, tajne służby, dziennikarzy. Historyjka o spotkaniu spiskowców pragnących zawładnąć światem przeszła długą drogę, od Dumasa i Sue, przez tajne raporty, stała się rodzajem XIX-wiecznego memu, natychmiast rozpoznawalnego i akceptowanego przez odbiorców i używanego, według bieżących potrzeb, przeciwko tym czy innym grupom, aż wreszcie przybrała ostateczną postać Protokołów. Eco pozwala nam też prześledzić historię antysemityzmu, i zobaczyć, jak hasło "ostatecznego rozwiązania" kwestii żydowskiej nabierało złowrogiego, XX-wiecznego znaczenia.

Choć ten proces jest niezwykle interesujący, "Cmentarz w Pradze" nie czyta się dobrze ani łatwo. Potwornie szczegółowa warstwa historyczna szybko mnie znużyła, wątek przygodowy nie był znów tak ciekawy, żeby dla niego "zapomnieć o całym swiecie", tempo narracji bardzo nierówne, od rozwlekłych wspomnień z Sycylii po błyskawiczne przeskoki między kapitanem a księdzem. Na uwagę zasługują opisy restauracji i potraw. Jako historia pewnej idei - fascynujące, jako powieść na zimowy wieczór - zupełnie się nie sprawdza.

wtorek, 03 stycznia 2012
Drzwi do piekła - Maria Nurowska

Na początek uwaga - to, że przeczytałam i recenzuję książkę przed premierą nie znaczy, że zaczęłam współpracować z wydawnictwami, bo nie zaczęłam i nie zamierzam.

Dostałam książkę w prezencie od koleżanki, i tyle :) Zupełnie jednorazowe wydarzenie :) Miło jest mieć i czytać książkę wcześniej niż inni - ale tylko pod warunkiem, że jest to powieść ulubionej autorki, i że bardzo chce się ją przeczytać.

A Maria Nurowska należy do moich ulubionych polskich pisarek. Może raczej - należała, bo w połowie lat 90-tych jej pisarstwo ewoluowało w kierunku, który jakoś nie przypadł mi do gustu. Coś podobnego przeżyłam tylko w przypadku zespołu U2 - do płyty "Achtung baby" włącznie mogę słuchać godzinami i nigdy się nie znudzić, płyty późniejsze jak dla mnie są wymienne, wszystkie brzmią tak samo, i żadnej nie chciało mi się słuchać więcej niż raz. W przypadku Nurowskiej taką cezurą były dla mnie "Listy miłości".

"Drzwi do piekła" to chyba nareszcie powrót dawnej, mocnej, przejmującej Nurowskiej. Tytułowym piekłem jest więzienie dla kobiet. Zawsze przypuszczałam, że miejsce zaludnione tylko i wyłącznie przez kobiety musi przypominać piekło :) a co dopiero, gdy jest to więzienie.

Drzwi przekracza Daria Tarnowska, pisarka, która zastrzeliła swojego męża. Początkowo to zabójstwo wydaje się bezsensowne, absurdalne, w żaden sposób nie do wytłumaczenia. Później, kiedy narratorka odsłoni więcej szczegółów z życia małżeńskiego, zaczynamy stopniowo rozumieć jej motywy. Pozornie dobrane małżeństwo młodziutkiej pisarki i starszego o wiele lat redaktora i wydawcy okazuje się piekiełkiem opartym na manipulacji i wykorzystywaniu drugiej strony. Daria, półsierota wychowana przez babkę i prawosławnego batiuszkę, nie potrafi odnaleźć się w związku z mężczyzną. Zamienia małżeństwo w perwersyjną, literacką grę, szukając w niej spełnienia i potwierdzenia - do chwili, gdy gra wymyka jej się spod kontroli. Z drugiej strony mamy wątek "lustracyjny" - Edward w komunizmie próbuje stać po obu stronach barykady, usprawiedliwiać wyrządzane zło wyższym dobrem, co ostatecznie musi się zemścić.

Równolegle rozwija się wątek więzienny. Więzienie okazuje się rzeczywiście piekłem kobiet, uwikłanych w skomplikowane zależności oparte na seksie, władzy i pozycji w hierarchii. W celi spotykają się wszystkie typy, od brutalnych prymitywów (ciekawe, że ani słowo brutal ani prymityw nie ma formy żeńskiej, dyskryminacja?), wymuszających seks i posłuch, po pobożne emerytowane księgowe. Chaos odzwierciedla wystrój więziennej celi - obrazki z papieżem sąsiadujące z wizerunkami Jaruzelskiego. Pisarka wbrew woli musi określić swoje miejsce w "stadzie", będzie więc musiała skonfrontować się z brutalną siłą jednej z więźniarek. Ucieczką Darii jest praca w więziennej bibliotece. Stopniowo, dzięki swoim książkom, zyska sobie zaufanie i szacunek innych osadzonych. Literatura, teatr pełnią tu funkcję przywracającą człowieczeństwo, oczyszczającą.

Autorka zbierała materiały do powieści w więzieniu dla kobiet - ten autentyzm czuje się podczas lektury. Plotka głosi też, że postacie Darii i Edwarda miały swoje pierwowzory w rzeczywistym świecie, ale ja nie lubię ani plotek, ani powieści "z kluczem", więc pozostawmy domysły plotkarzom. Bardzo podobało mi się natomiast to, że narratorka stale nawiązuje do jednej z powieści napisanych przez fikcyjną autorkę, zwanej tu "powieścią 'o matce' ". Tak się składa, że właśnie powieść "o matce", zatytułowana "Po tamtej stronie śmierć" jest według mnie najlepszą, wybitną powieścią Marii Nurowskiej, w polskiej literaturze jedyną w swoim rodzaju. Myślę, że podobnie będzie z "Drzwiami do piekła", a autorka jeszcze raz potwierdziła, że jako jedna z nielicznych nie waha się sięgać po tematy bardzo trudne i dotychczas pomijane milczeniem.

Oczywiście, fakt, że dostałam książkę w prezencie i że napisała ją jedna z pisarek, które darzę największym szacunkiem, nie zwalnia mnie od czepiania się. Otóż po lekturze mam lekki niedosyt. Mam wrażenie, że mimo całej brutalności więziennych relacji i wszystkich drastycznych scen z niej wynikających, bohaterka odrobinę zbyt łatwo "oswaja sobie" otoczenie i zdobywa szacunek. Wydaje mi się też, że książka jest bardzo skondensowana - esencji jest w niej tyle, że starczyłoby na  kilkukrotnie większą objętość, a niektóre wątki czy epizody mogłyby tylko zyskać na rozwinięciu. Druga sprawa to kwestia czysto techniczna - otóż przejścia pomiędzy życiem więziennym a retrospekcjami nie zostały zaznaczone, przez co zdarzało mi się gubić wątek przy gwałtownych przeskokach.

Z pewnością nie jest to książka dla wrażliwych - dużo tu mocnych scen, erotyki i przemocy. Na pewno jest bardzo daleka od typowej "literatury kobiecej", ale w moich oczach to może być tylko zaletą.

Za książkę dziękuję Ani R z wydawnictwa Znak

niedziela, 01 stycznia 2012
nowe wyzwanie na Nowy Rok - czytam "z półki"

Po raz pierwszy w historii bloga postanowiłam dołączyć do wyzwania, bo po raz pierwszy pojawiło się wyzwanie zupełnie jakby specjalnie dla mnie przygotowane :) I dla wszystkich tych nieszczęsnych zakupoholików, którzy kupują książki "na zaś" a później o nich zapominają :)



Stale kupuję nowe książki, stale obiecuję sobie, że je przeczytam, po czym po roku, dwóch, trzech ze zdumieniem odkrywam je na półce, wciąż nieprzeczytane mimo, że przecież były takie upragnione i wymarzone!

Może wyzwanie zmotywuje mnie do dokończenia "Mesjaszy", przeczytania "Dżentelmenów", "Ręki Fatimy", "Romansu licealnego", "Mapy miłości", może wreszcie odważę się sięgnąć po książki Dukaja i Pereca, które kurzą się smutno na półce od 2 lat z górą?

Na początek wybrałam poziom 2 czyli 6-10 książek "z półki" do przeczytania w 2012. Utrudnię sobie trochę zabawę starając się nie sięgać po te kupione w ostatnich miesiącach (czyli np. po zawartość londyńskich stosów) tylko po te "z końca kolejki" i "z tylnego rzędu". Książki przeczytane w ramach wyzwania będą oznakowane tagiem "z półki", a jeszcze w styczniu postaram się zrobić jakąś wstępną listę tytułów i zamieścić ją w oddzielnym poście.

Szczegółowe informacje o wyzwaniu na blogu Wrota Wyobraźni . Dziękuję za świetny, inspirujący pomysł na wyzwanie!

sobota, 31 grudnia 2011
podsumowanie roku 2011

Nadszedł czas podsumowań, tych bardziej i mniej optymistycznych. Podsumowanie roku 2011 w życiu mam tylko jedno - dobrze że się kończy. To był rok rozstań, nieprzyjemności, kłótni, marazmu, depresji, chorób i ponurych diagnoz, pustego portfela, ileż można!

Przynajmniej czytelniczo wypadł dość dobrze. Przeczytałam w tym roku więcej dobrych książek niż w poprzednich latach - a to dlatego, że przestałam sięgać po książki złe, płytkie, jednorazowe, nicniewnoszące. Co nie znaczy, że nie było przykrych niespodzianek, ale niespodzianki pojawiały się niechcący a nie dlatego, że znowu chciałam coś tam sobie sprawdzić i znowu rezultat był taki sam jak wcześniej.

Przeczytanych w sumie 65, wychodzi na to, że to taka moja roczna średnia i pewnie tak zostanie. W sam raz, biorąc pod uwagę, że czytam sporo opasłych powieści (King, Morton, Steinbeck).

W tym polskich autorów 7. Chciałam rozpaczać: jak to, tylko siedem?? ale może lepiej szczerze przyznam, że z coraz większą obawą sięgam po książki koleżanek (a tych coraz więcej). Z obawą przed kneblem, jaki zakłada znajomość, przed tym, że będę czytać i recenzować nieobiektywnie, przed tym, że recenzję dobrą bardzo łatwo wziąć za naturalny wykwit towarzystwa wzajemnej adoracji, a złą - za zawistne kopanie dołków. Efekt jest taki, że ze znajomych czytam tylko pewniaki, a poza tym tylko autorów nieznajomych - a tych coraz mniej. Mimo to wszystkie przeczytane w 2011 książki autorów polskich, z jednym jedynym wyjątkiem, były dobre i bardzo dobre.

W tym napisanych przez kobiety - 25. W tym roku parytetu nie będzie, w tym roku zaatakowali dobrzy i bardzo dobrzy autorzy płci męskiej, trudno.

W tym nie-powieści aż 11. Tu się zdziwiłam bardzo, bo nie przypuszczałam, że aż tyle. Oczywiście sporo w ten czy inny sposób dotyczy medycyny, ale okazuje się, że przekonałam się też do reportaży i literatury podróżniczej. Biografie nadal mnie nudzą, niestety, dowodem biografia Freuda i Opowieść o Darwinie rzucone w kąt w połowie (albo po prostu Irving Stone jest okropnym nudziarzem, taka ewentualność też istnieje).

W tym po angielsku 11 (nareszcie!), po niemiecku znowu niestety 0, jedna napoczęta ale to się nie liczy... Postanawiam uroczyście przeczytać cokolwiek po niemiecku... ple, ple, i tak nie dotrzymuję postanowień. W końcu kiedyś to zrobię, na razie patrzę na nie i upajam się tym cudownym poczuciem winy, w końcu cóż wart Sylwester bez poczucia, że znowu coś się nie udało.

Książki najlepsze - Steinbeck "Na wschód od Edenu", potem długo, bardzo długo nic, potem "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", "Przestrzeń za szkłem", "Mapa i terytorium", Stasiland, "Bornholm, Bornholm", reportaż z Korei Płn autorstwa Barbary Demick, wyspy Pacyfiku widziane oczyma Paula Theroux... W tym roku wybór jest trudny.

Książki najgorsze - bezsprzecznie "Niewidzialny" Mari Jungstedt, i to tylko po części wynika z mojej niechęci do kryminałów, "Reanimacja" Danuty Mikołajewskiej, obie zasługują na Złotego Gniota 2011.

Odkrycie roku - zdecydowanie autorzy środkowoeuropejscy, Bauerdick, Jergović, Schlattner, a czemu odkrycie? Do niedawna Europa Środkowa kojarzyła mi się z pisarstwem w stylu Jelinek i Mueller, trudnym, dziwnym, nieprzystępnym, a okazało się, że w naszej części świata powstają opasłe, magiczne, wciągające i mądre zarazem powieści, dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.

I chyba starczy tego wymądrzania się, z podsumowania wynika w zasadzie tylko tyle, ile już wiemy, to znaczy że młoda pisarka najchętniej czyta grube, nowe, zagraniczne powieści "o ludziach" i głośno reklamowane reportaże pisane dla intelektualnej klasy średniej ;-) I tak już pewnie zostanie na kolejne lata.

Na nowy rok postanawiam nie postanawiać, jeśli uda się przeczytać cokolwiek po niemiecku, to dobrze, jeśli nadal będę czytać jedną książkę tygodniowo to też dobrze, jeśli nie to "drugie dobrze". Na nowy rok życzę Wam, żeby już przyszedł ten 2012 i żeby był inny od starszego brata (bo że gorszy nie będzie, to pewne, już chyba tylko ten koniec świata mógłby to sprawić...). I do zobaczenia w przyszłym roku.

 

 

środa, 28 grudnia 2011
Na wschód od Edenu - John Steinbeck

Zupełnie przypadkowo zrobiłam sobie święta ze Steinbeckiem. Niby miałam już na razie nie kupować książek po Londynie (wszyscy znamy te zapewnienia i obietnice, prawda?), ale zobaczyłam nowe wydanie w Empiku i uświadomiłam sobie ze zgrozą, że nigdy tej książki nie czytałam. A podobno jestem filologiem angielskim i większość kanonu anglojęzycznego wtłoczono mi w gardło na studiach...

Wsiąkłam już na etapie dedykacji, która jest prawdopodobnie najwspanialszą dedykacją, jaką kiedykolwiek napisano, a potem dałam się porwać fali i spędziłam trzy świąteczne przedpołudnia i wieczory w specjalnie, świątecznie zaaranżowanym kąciku, który mój Syn nazwał "podchoinkową czytelnią". (a teraz okupuje ją Synek z kolejnymi tomami sagi "Zwiadowcy", które przyniosł mu Mikołaj)

Ponieważ powieść należy do tych, o których pisze się raczej prace doktorskie niż notki na blogu, nie będę się tu ośmieszać streszczaniem, że opowiada o losach farmera Adama Traska i jego dwóch synów o biblijnych imionach Aron i Kaleb, wychowanych bez matki w żyznej kalifornijskiej dolinie Salinas.

O tym oczywiście opowiada, tak jak i o chińskim służącym - filozofie Li, jak i o irlandzkiej rodzinie miejscowego marzyciela i filozofa Sama Hamiltona, o pozbawionej wszelkich ludzkich uczuć matce chłopców, Cathy i o podszytej nienawiścią, biblijnej rywalizacji braci o względy ojca, przechodzącej z pokolenia na pokolenie. A historia jest opowiedziana tak, że nie sposób się oderwać.

Ale... jest więcej. Dużo, dużo więcej. I czytając, nie mogłam się opędzić od smutnej i może nadto patetycznej albo egzaltowanej refleksji. Strasznie skarleliśmy i skarlała nam literatura przez te 60 lat, jakie upłynęły od pierwszego wydania powieści. Uderzył mnie taki fragment:

"Mamy tylko jedną historię. Wszystkie powieści, cała poezja zbudowane są na nie kończącym się zmaganiu dobra ze złem w nas samych. I przychodzi mi na myśl, że zło musi się ustawicznie lęgnąć na nowo, podczas gdy dobro i cnota są nieśmiertelne. Występek ma wciąż nową, świeżą i młodą twarz, natomiast cnota jest czcigodna jak żadna inna rzecz na świecie." (str. 586)

Można spokojnie i bez przesady powiedzieć, że o tym właśnie jest ta książka: jest przypowieścią o zmaganiu się dobra ze złem, o kondycji człowieka i, chyba przede wszystkim, o wolnej woli, która czyni nas ludźmi.

Ostatnią książką, jaką sobie przypominam, która traktowała o sprawach podobnie ważnych, było "Życie i los" - też napisana kilkadziesiąt lat temu. Czy dzisiaj ktokolwiek na poważnie podejmuje próby zmagania się z takimi tematami? Bez ironii, mrugania okiem do czytelnika, ostatecznie dostarczania mu łatwych wymówek, podobnych do tych, jakich w książce poszukuje Kaleb? Czy pisarze dzisiaj przyznają sobie prawo do głębokich rozważań o kondycji człowieka, czy nawet ci najlepsi muszą zawsze uciec w ironię albo poprzestać na jednostkowych, pozbawionych ogólnej refleksji historyjkach? A może to my, czytelnicy, skarleliśmy, i nie jesteśmy już zdolni do czytania autorów "filozofujących" w świecie, w którym koncentracji uwagi wystarcza nam akurat na tyle, żeby przełknąć uproszczone lekkostrawne wywody  i "walki dobra ze złem" uosobionym w postaciach rozmaitych groźno-zabawnych stworków z fantastycznej literatury młodzieżowej?

Czytając Steinbecka miałam, nieodczuwane od wielu lat, poczucie obcowania z wielką, ważną literaturą ujętą zarazem w ciekawą formę. Nawiązując do niedawnej dyskusji o Noblu - według mnie takie właśnie książki, tacy autorzy powinni tę nagrodę dostawać zawsze. Jest to bez żadnych wątpliwości najlepsza, najważniejsza książka, jaką przeczytałam w 2011 roku, i, ostatecznie, cieszę się, że przeczytałam ją teraz, nie na studiach, kiedy byłam prawdopodobnie za głupia, żeby zrozumieć z niej cokolwiek poza fabułą.

wtorek, 27 grudnia 2011
4w1 czyli książki, które przemknęły

Przyznam się do czegoś - mam lekką obsesję na punkcie danych i statystyk (co jest nieco dziwne, zważywszy na to, że nieudany egzamin ze statystyki wygnał mnie z pierwszych studiów i że to dzięki statystyce zostałam anglistką, czyli humanistką z gatunku: lepiej czyta niż liczy).

Zbliża się koniec roku, a tu dane nieuzupełnione, niekompletne - tak być nie może, jak mam podsumować rok na blogu, skoro mam gdzieś tam zapisane cztery przeczytane a niezrecenzowane książki?

Książki niezrecenzowane pojawiają się z kilku powodów. Do tej grupy trafiają książki "za dobre", do których podchodzę "z pewną taką nieśmiałością" i obawą, że napiszę coś nie dość mądrego.

Druga grupa to książki, o których nie wiadomo, co napisać, bo ani je pochwalić, ani skrytykować, a dwa dni po przeczytaniu zostaje tylko jakieś ulotne wrażenie, jakiś "klimat".

I wreszcie te, które przeczytalam, wiedziałam mniej więcej, co chcę o nich napisać, ale Nie Chciało Mi Się Zabrać Do Pisania. Grupa, niestety, najliczniejsza.

Postanowiłam więc pójść na skróty i napisać choć kilka zdań o każdej z tegorocznych ważnych nieobecnych, dla spokoju sumienia, i po to, żeby za 2-3 dni móc je spokojnie dopisać do statystyki 2011 r.

1. Per Petterson - Na Syberię

Petterson jak zawsze w roli skandynawskiego, melancholijnego marudy. Rodzeństwo dorastające przed wojną w ubogim, zimnym duńskim domu. Oboje marzą o podróżach - ona na Syberię, on - do Maroka. Po wybuchu wojny jego marzenie się spełni, ale za cenę życia, ona dotrze tylko do Norwegii, skąd wróci do domu pokonana. Opowiada ona, z perspektywy wielu lat. Dzieciństwo w sugestywnych, melancholijnych obrazach, minimum słów, maksimum "klimatu". Pięknie zarysowana więź między bratem i siostrą w zimnym świecie. I... chyba niewiele więcej. Dla wielbicieli smętnych ludzi snujących się na zimnym wietrze.

 

 

2. Eginald Schlattner - Fortepian we mgle

Trzecia w tym roku doskonała powieść środkowoeuropejska. Historia dorastania Clemensa, młodego chłopca z rodziny rumuńskich Sasów na tle przemian w powojennej Rumunii. Nowy ustrój, degradacja społeczna, próby radzenia sobie w nowym porządku świata, pierwsze miłości, i wreszcie wysiedlenia, tak, że na końcu jedynym, co zostaje po wspaniałej, starej wielokulturowej społeczności, jest tytułowy fortepian wyrzucony z pociągu wiozącego przesiedleńców. Wspaniale, barwnie napisana, wielka opowieść ze szczyptą nieuchwytnej środkowoeuropejskiej "magii". Przeczytana na wakacjach jakoś umknęła w powyjazdowym szale recenzyjnym a szkoda :)

 

 

 

3. Esi Edugyan - Half Blood Blues

Z Bookerowego stosiku od Siostry :) Historia czarnych muzykow z zespołu jazzowego w Berlinie i Paryżu ogarniętym wojenną zawieruchą. Wszyscy wiemy, co w czasie wojny działo się z Żydami i Cyganami, a czarnoskórzy? Po aresztowaniu w Paryżu najmłodszego i najbardziej utalentowanego członka zespołu, Hieronymusa Falka, pozostali muzycy żyją w przeświadczeniu, że został stracony w obozie. Czy na pewno? Po latach pojawiają się nowe, zaskakujące informacje, a dawni członkowie zespołu wyruszają do Europy na poszukiwania śladów Falka. Przy okazji muszą wyjaśnić, dlaczego został aresztowany i czy któryś z nich jest temu winny? Ogromną zaletą książki jest język, większość dialogów i narracji prowadzona jest w slangu - słabiej czytający po angielsku powinni raczej zaczekać na polski przekład.

 

4. Tomasz Rożek - Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi

Prawicowy dziennikarz kontra współczesna nauka - 0:1. Miała być książka przedstawiająca "zwykłym ludziom" najważniejsze zagadnienia współczesnej nauki w przystępny sposób, w formie wywiadów z wybitnymi naukowcami. Wyszło coś więcej - zabawny pojedynek między paranoją a rozsądkiem popartym wiedzą. Dziennikarz zadaje pytania, z których co chwila przebija lęk przed "manipulacją" i "możliwym zagrożeniem", a uznani polscy naukowcy - zajmujący się między innymi cybernetyką, Internetem, badaniem mózgu itp. - udzielają spokojnych, wyważonych odpowiedzi, rozwiewając większość wydumanych obaw w naprawdę przystępny sposób. Pięknie wydana, bogato ilustrowana, czytanie jest przyjemnością intelektualną i estetyczną.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
Blog-matka
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2012
Przeczytane 2: 2011
Przeczytane 3: 2010
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane z dziećmi
Teraz czytam
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Lubię czytać Spis moli