piątek, 20 listopada 2009
odwyk? jaki odwyk?
Podobno nałogowych hazardzistów nie wpuszczają do kasyn, na ich prośbę.

Mnie nie powinni wpuszczać do Empiku.

W poniedziałek poszłam tylko po gazetę, dzisiaj tylko po prezent dla szwagierki.

W poniedziałek wyszłam z "Mariną" Zafona i "Umarli nie tańczą" Charlesa Martina. (Jak bardzo trzeba mieć nie po kolei, żeby kupić książkę tylko dlatego, że jest w niej drastyczna scena trudnego porodu o tragicznym zakończeniu? Jestem gotowa kupić i przeczytać cokolwiek, pod warunkiem, że występują tam dokładnie opisane zabiegi medyczne, komplikacje, nieudana operacja itp.). Dzisiaj - idąc dalej tropem zboczenia medycznego - "Pacjenci" Juergena Thorwalda, i oczywiście nie wytrzymałam, Oates znowu poszła w kąt, chwilowo "Pacjenci" rządzą :)

Moja silna wola kończy się w drzwiach księgarni. Tylko kiedy ja to wszystko przeczytam?
niedziela, 15 listopada 2009
Wielkanocna parada - Richard Yates
Wygląda na to, że znowu przeczytałam nie to, co zapowiadam w zakładce "teraz czytam". Ale książka Oates jest tak trudna i męcząca (fizycznie też - 500+ stron drobniutkiego druczku), że potrzebowałam przerwy.

"Droga do szczęścia" Yatesa mnie zachwyciła, wnikliwością psychologiczną, analizą małżeństwa bohaterów, obserwacją życia społecznego. "Wielkanocna parada" już mniej.

Powieść opowiada historię dwóch sióstr. Starsza, Sarah, żyje według tradycyjnego wzorca przewidzianego dla kobiet - małżeństwo, dzieci, dom. Młodsza, Emily, jest jej przeciwieństwem, kobietą wyzwoloną, co przejawia się w tym, że robi karierę zawodową - pracuje w agencji reklamowej (choć pewnie w 1976 r., kiedy książka powstała, agencja nie była jeszcze Najbardziej Oklepanym Miejscem Pracy) i rzuca się w krótkotrwałe, nieudane relacje z mężczyznami, prawdopodobnie poszukując kogoś, kto zastąpi jej utraconego wcześnie ojca.

Na życiu sióstr ciąży dramat z dzieciństwa - rozwód rodziców, później lata życia z matką, niezaradną życiowo osobą z nadmierną skłonnością do alkoholu. W ogóle alkoholu jest tu bardzo dużo, podobnie jak w "Drodze..." wszyscy nieustannie palą papierosy i sączą whisky, sherry, martini, już od rana. Co zresztą stanie się powodem tragedii starszej z sióstr.

Niewątpliwie książka jest zwierciadłem przemian w roli kobiet, które zaszły na przestrzeni życia sióstr Grimes, czyli między latami 30 a 70 XX wieku, porusza też, pewnie dość odważnie jak na swoje czasy (ale zdawkowo jak na XXI wiek) temat przemocy w rodzinie, alkoholizmu kobiet. Autor prowadzi nas też do smutnej konkluzji - żadna z dwóch skrajnych dróg nie prowadzi do happy endu. Mamy tu też galerię typów męskich - kochanków Emily, w przeważającej mierze neurotyków i nieudaczników. Mam jednak wrażenie pewnej powierzchowności i dystansu. Daleko "Wielkanocnej paradzie" do "Drogi do szczęścia" gdzie króciutki opis jednego gestu bohaterów doskonale oddawał ich stan ducha i emocje. Tu Yatesowi chyba nie udało się sięgnąć tak wnikliwie do głębi kobiecej psychiki, w każdym razie mnie nie udało się utożsamić z żadną z bohaterek ani głęboko im współczuć. Poza tym, mam wrażenie, że książki pisane linearnie, od dzieciństwa bohatera do jego mniej lub bardziej smutnego końca, trochę trącą myszką w dzisiejszych czasach.

Na pewno lektura nie była czasem straconym, czyta się to z zainteresowaniem i bez znużenia, ale w moim odczuciu to po prostu dość dobra powieść psychologiczna, solidny amerykański standard sprzed 30 lat, nic więcej.
Ocena 7/10
Tak przy okazji - piszę te moje recenzje zawsze na gorąco, zaraz po odłożeniu książki, o ile to możliwe. Czasem się potem zastanawiam - czy one nie są płytkie, tandetne, prostackie, za mało wyrafinowane i krytycznoliterackie. Ale inaczej nie umiem, zapowiadałam w pierwszej notce że będę pisać czy mi się podoba, czy nie, i dlaczego. Więc chyba jest-jak-jest i lepiej nie będzie :)
piątek, 13 listopada 2009
drogi Mikołaju...
byłam grzeczna, więc bardzo proszę, przynieś mi...
to:
i jeszcze to:
i do kompletu przynieś mi miesiąc świętego spokoju, żebym mogła to przeczytać :)




wtorek, 10 listopada 2009
millenium - trzeba znać?
Wszystko przemawia za tym, żeby nie sięgać po trylogię Larssona.

Po pierwsze: mam uraz do bestsellerów, "wydarzeń literackich", książek "kultowych". W 90% przypadków po kupieniu i przeczytaniu okazują się co najwyżej przeciętne, a prawidłowość jest taka - im więcej milionów egzemplarzy sprzedanych, tym potem większe rozczarowanie.

Po drugie - nie lubię kryminałów, nawet kiedy przebierają się za ambitną powieść, koncepcja że mamy policjanta/detektywa i trupa od razu, na samym wstępie mnie nudzi, nieważne co tam będzie jeszcze wsadzone oprócz tego.

Po trzecie - wrodzona, instynktowna przekora, chęć podążania w dokładnie przeciwnym kierunku niż wszyscy inni, im bardziej wszyscy czytają i zachwycają się tym bardziej ja nie mam na to ochoty.

Ale może to jest jedna z tych książek, która, nieprzeczytana, będzie musiała dołączyć do literackich wyrzutów sumienia? Może, skoro istnieją ludzie, którzy specjalnie jeżdżą do Sztokholmu żeby zobaczyć miejsce akcji, to jednak trzeba? Może to jeden z tych elementów kultury masowej, których nieznajomość robi z nas swego rodzaju kaleki społeczne, niezdolne do rozmowy na najpopularniejszy aktualnie temat?

Strasznie się jakoś bronię przed Larssonem.

Zachęćcie mnie, proszę.

Albo zniechęćcie do reszty.
piątek, 06 listopada 2009
Ktoś we mnie - Sarah Waters


Pełnia czytelniczej satysfakcji.
"Ktoś we mnie" to dowód na to, że prawdziwa powieść nie umarła, a żyje i ma się dobrze. Że o dziwo, na początku XXI wieku można taką powieść napisać tak, żeby wciągała i zaciekawiała, żeby trudno ją było odłożyć. I co jeszcze dziwniejsze, można ją jeszcze nominować do ważnej nagrody literackiej, nie zważając na to, że nie podąża za trendami.

Bo "Ktoś we mnie" to kawał solidnej, dobrej powieści obyczajowej z elementami grozy, która mogłaby równie dobrze powstać kilkadziesiąt lat temu. Książka staroświecka w formie i treści, a zarazem doskonała, tak, że ta staroświeckość niczego jej nie ujmuje.

Akcja rozgrywa się w prowincjonalnym miasteczku. Narratorem jest miejscowy lekarz, który przypadkiem trafia do posiadłości lokalnych arystokratów. Pani Ayser z dwojgiem dorosłych dzieci zamieszkuje chylące się ku upadkowi, zrujnowane domostwo. Jednak w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niepokojące wydarzenia zdarzają się coraz częściej, atmosfera grozy gęstnieje.

To taki Gosford Park dwadzieścia lat później. Przez życie szlachty przetoczyła się wojna, powojenne rządy Partii Pracy nie sprzyjają starym rodom, rodzina Ayersów desperacko stara się zachować pozory dawnej zamożności zatrudniając młodziutką pokojowkę i odmawiając sprzedaży domu, choć cała trójka jest boleśnie świadoma ruiny, w jaką popadają wraz z domem. Wszystkim, łącznie z doktorem Faradayem, trudno się uwolnić od wspomnień dawno minionej świetności Hundreds Hall.

Książka budzi skojarzenie z powieścią wiktoriańską, gotycką, trochę też z dobrymi starymi kryminałami, gdzie zabijał kamerdyner, a detektyw mozolnie rozwiązywał zagadkę. Doktor Faraday opowiada historię w pierwszej osobie, linearnie, od początku do końca, z punktu widzenia osoby sceptycznie nastawionej do paranormalnych wydarzeń. Akcja rozwija się powoli, napięcie narasta, wyjaśnienia są sugerowane ale nie dopowiadane do końca. Zakończenie otwarte - oczywiście, mam swoją teorię co do prawdziwego powodu dziwnych zdarzeń, ale autorka zostawia to czytelnikom. Be.el napisała, że fragmenty, które miały straszyć, nie straszyły tak jak trzeba - no cóż, mnie przestraszyły wystarczająco (może dlatego że sama przeżyłam historię z duchem i dzwonkiem do drzwi w roli głównej) żeby podskakiwać przy każdym hałasie dobiegającym od sąsiadów :)
Przyznam, że jakiś czas temu, po początkowym zachwycie miałam pewien przesyt twórczością Sarah Waters - powtarzający się wątek miłości kobiet mnie znudził przy trzeciej książce. Ta jest zupełnie inna. Świetna, wciągająca i nostalgiczna lektura na listopadowe wieczory.
10/10
niedziela, 01 listopada 2009
Dom córek - Sarah-Kate Lynch
Trochę mi głupio.

Bo sięgnęłam po tę książkę zachęcona pozytywną notką u Prowincjonalnej Nauczycielki , a teraz, no cóż, zamierzam ją zjechać. Nie Nauczycielkę a książkę, oczywiście :) ale i tak... jakoś dziwnie.

To jedna z tych książek, które, z niezrozumiałych dla mnie powodów, podobają się milionom kobiet na całym świecie. Poza mną. Można więc spokojnie założyć, że to ze mną coś jest nie tak, a książka jest OK.

Historię - w skrócie - można streścić tak: po śmierci właściciela podupadającej winnicy posiadłość przechodzi w ręce jego trzech córek. Najstarsza nie znosi (z wzajemnością) średniej, a obie do chwili podziału spadku nie mają pojęcia o istnieniu najmłodszej. Na dalszych 250 stronach siostry nawiązują więź, ratują rodzinną posiadłość, odkrywają swoje mroczne tajemnice z przeszłości, ocalają swoje życie, przetrwają przeciwności losu, żyją długo i szczęśliwie, amen. W międzyczasie jest dużo o uprawie winorośli i robieniu szampana (to akurat jest najciekawsze).

Nie nastawiałam się na arcydzieło - Mbmm uczciwie uprzedzała, że to taka lektura na popołudnie, do czekoladek. Nastawiałam się na książkę lekką, łatwą i przyjemną, ot, przerywnik po przygnębiającej "Córeczce".

Ale ja już chyba się nie nadaję do czytania takich książek. Nawet dla relaksu. Bo bardziej mnie denerwują niż relaksują.

Książka jest płaska. Ten przymiotnik przyszedł mi do głowy już na początku, i nie chciał się odczepić do samego końca. Płaska jak spacer po chodniku z kostki bauma. To jedna z tych książek, które się czyta prześlizgując się łatwo po gładkiej powierzchni. Żadne drzwi nie zachęcają do zbadania głębszych obszarów, pod stopami nie otwierają się żadne szczeliny, nie można się nawet potknąć o korzeń bo autorka wyszlifowała korzenie papierem ściernym i polakierowała.
Bohaterki są narysowane grubą kreską, i przechodzą przewidywalne przemiany, bo jak łatwo się domyślić, pod pozorami oschłości, złośliwości czy buntu wszystkie są anielsko dobre tylko nieszczęśliwe i niezrozumiane. Tajemnice wychodzą na jaw bez trudu, zwierzenia i łzy płyną z łatwością szampana lejącego się z butelki, a na dodatek pod nogami stale pęta się przesympatyczny kucyk.

Do tego przez cały czas miałam wrażenie, że czytam jedną z powieści Judith Krantz, tyle że Judith Krantz tworzyła chyba bardziej pełnokrwiste bohaterki (albo ja byłam o 15 lat młodsza i mniej zblazowana).

No więc tak - niby jest tu wszystko co trzeba - historia rodzinna, dawne urazy, pojednanie, walka o ratowanie winnicy, klimat Francji, powikłane stosunki rodzinne, miłość, strata, trzy różne uzupełniające się bohaterki. Z drugiej strony to wszystko jest jakoś tak zmieszane, że wyszło strasznie nijako. Ani przez chwilę nie umiałam się wciągnąć, współczuć czy pożałować którejś z sióstr. W zasadzie nawet (co dla mnie przekreśla książkę) nie byłam ciekawa, jak się skończy, bo wiadomo było, że dobrze.

Na koniec - Sarah-Kate Lynch (pewnie do podziału z tłumaczką) otrzymuje Puchar Przechodni za najbardziej bezsensowne porównanie, jakie w życiu czytałam:
"Rozgoryczenie, o które oskarżała Oliviera, rozlewa się w jej sercu niczym śmietanka w gorącej czekoladzie" (str.25).
Może inne czytelniczki znajdą tu to magiczne "coś", czego mnie się nie udało znaleźć, przyznaję 4/10 głównie za opisy winnic i produkcji szampana.
jak i gdzie
Przeczytałam na innym blogu o książkach (wybaczcie, nie mam pojęcia u kogo, zapomniałam i nie mogę znaleźć)
coś takiego:
Kupiłam książkę X, i wiem już, co będę robić w weekend. Mam wiadro herbaty, wygodny fotel i zamierzam zagłębić się w lekturze...
Na początku zazdrość mnie nie tyle ugryzła, co zeżarła w całości, zostawiając tylko ogryzione kosteczki. Herbata! Fotel! Zaplanowane czytanie na weekend! A kto, podczas mojego "zagłębiania się w lekturze" wstawi i wywiesi pranie, nakarmi rodzinę, odpowie na setki pytań w rodzaju "jak dokładnie działa transformator?" "jak wygląda flaga Wenezueli?" "czy geje mogą mieć dzieci?", "co wybuchło w Czernobylu?"? (przykłady nie wyczerpują całego obszaru zainteresowań moich Dzieci). Kiedy ja ostatnio tak czytałam, jedenaście lat temu?

Tak naprawdę, po zastanowieniu, odpowiedź brzmi: nigdy.

Czytałam zawsze ale nigdy w sposób zaplanowany, nigdy czytanie nie było jakąś metodyczną rozrywką, do której się przygotowywałam. Po prostu zawsze i wszędzie taszczyłam ze sobą książkę, a w chwilach nudy wyciągałam coś z regału rodziców. Nie doszłam w tym do perfekcji mojego Syna, który na hasło: imieniny cioci albo: wizyta u lekarza, pakuje do plecaka kilka(naście) książek "żeby się nie nudzić", ale blisko.

Teraz zakup nowej książki siłą rzeczy nie oznacza wiadra herbaty i fotela, a wrzucenie jej do torebki i wykorzystywanie każdej chwili: w autobusie, w kolejce na poczcie, w szkolnej szatni, u fryzjera, w domu - w tych rzadkich chwilach kiedy Wszystko Jest Zrobione a oboje dzieci zajmuje się swoimi sprawami. Urywkami, po 10-20 stron, po kawałku, kiedy akurat jest spokój.

I tak już pewnie zostanie. Do emerytury.
piątek, 30 października 2009
Córeczka - Alice Sebold


Relacja z piekła.

Zaczyna się od trzęsienia ziemi, już od pierwszego zdania: "Kiedy wszystko zostało powiedziane i zrobione, zabicie matki wydaje się proste."

Helen Knightly zabija swoją matkę - osiemdziesięcioośmioletnią staruszkę cierpiącą na demencję. A później mamy opowieść o kolejnych kilku dniach po tym zabójstwie, przeplataną wspomnieniami z piekła, jakim było dorastanie Helen. Piekło zgotowała jej matka - toksyczna do granic możliwości, chora psychicznie, terroryzująca i maltretująca psychicznie swoje dziecko i męża.

Potworna książka - jedna z tych, których czytanie prawie fizycznie boli, ale jednocześnie nie pozwalają się oderwać. Trochę jak paskudny wypadek samochodowy, kiedy nie można przestać patrzeć na trupa.

A przecież nie spodziewałam się wiele - poprzednia powieść Alice Sebold, "Nostalgia anioła", wydała mi się nieco ckliwa w tym charakterystycznym amerykańskim stylu "Okruchów życia". Na pewno nie spodziewałam się czegoś takiego - analizy trudnej i toksycznej relacji między matką a córką, i skutków jakie ona niesie dla dalszego życia kolejnych pokoleń, wnikliwej rekonstrukcji domowego piekła, celnych obserwacji społeczności osiedla na przedmieściach.
To też książka o "łańcuchu wydarzeń" - jak określa to sama bohaterka/narratorka. O tym, jak jedne drobiazgi prowadzą do kolejnych, zmieniając się w kulę śnieżną, której nie sposób zatrzymać. O tym, jak łatwe i banalnie proste jest zabicie kogoś, kogo się kocha i nienawidzi zarazem, jak może się zdarzyć przez przypadkowy impuls, zwalniający tamę nienawiści. O samotności starzejącej się kobiety, wykonującej upokarzającą pracę modelki pozującej do aktów na wydziale sztuki, kobiety, którą najsilniejsza więź łączy z osobą, której najbardziej na świecie nienawidzi. Relacja narratorki jest trochę beznamiętna, a na pewno nie ma w niej ani śladu ckliwości. Są wiarygodne i poruszające emocje, nie ma taniego roztkliwiania się, nawet kiedy Helen opisuje najgorsze wydarzenia dzieciństwa.

Po pierwszym szoku złapałam się na tym, że kibicuję Helen i życzę jej, żeby udało się jej uniknąć kary. Zakończenie, jeśli o to chodzi, jest otwarte, ważne jest to, co dokonuje się w psychice Helen.

Dawno nie czytałam książki, która by mnie tak przykuła i wstrząsnęła mną - tym razem blurb z okładki nie przesadza.

Dla wydawcy i tłumacza minus - wyłapałam dwie paskudne niedoróbki tłumacza, nawet nie błędy, ale lenistwo i robotę "po łebkach".

Więc 9/10





środa, 28 października 2009
Historia Edgara - David Wroblewski
Dość dobra książka na kompletnie nieciekawy dla mnie temat.

Bo ja psów nie lubię, moje kontakty z psami ograniczają się do przelotnego pogłaskania kiedy jestem z wizytą u znajomych, nie rozumiem czegoś takiego jak więź człowieka z psem, a ludzi opowiadających o takiej więzi traktuję dość podejrzliwie.*

No więc czytanie prawie 600 stron o psach, tresurze psów, zachowaniu psów, hodowli psów, więzi z psami, miłości do psów, psiarni, psich porodach i skaleczonych łapach to dla mnie przyjemność mocno średnia i wytrwałam do końca głównie dlatego że obiecałam Atram78 recenzję. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś mnie uprzedził, że to książka o hodowcach psów, to nigdy w życiu nie wzięłabym jej do ręki.

Te psie tematy są tu nie tylko tłem historii, ale jej bardzo istotnym elementem.

Rodzina Sawtelle'ów mieszka na farmie i od dwóch pokoleń zajmuje się hodowlą psów. Psów szczególnych, nie należących do żadnej konkretnej rasy, dobieranych pod kątem konkretnych a zarazem bardzo ulotnych i niedookreślonych cech charakteru, w nadziei na stworzenie kiedyś, w przyszłości, nowej rasy. Centrum życia niewielkiej, trzyosobowej rodziny, jest psiarnia znajdująca się w wielkiej stodole, gdzie odbywa się większość istotnych wydarzeń.

Edgar przychodzi na świat jako drugie dziecko Trudi i Gara Sawtelle'ów. Pierwszy syn urodził się martwy. Edgar, choć zdrowy, jest niemy - porozumiewa się ze światem przy pomocy pisma i języka migowego, mimo, że słyszy. Gdy Edgar dorasta, na farmie pojawia się brat ojca, Claude, którego z bratem łączy nie do końca wyjaśniona mieszanka miłości i nienawiści, z przewagą tej ostatniej. Choć Claude po pewnym czasie znów znika, niedługo w tajemniczy sposób umiera ojciec chłopca i od tej pory nic już nie będzie takie samo jak wcześniej. Claude będzie próbował zająć miejsce brata w domu, a Edgar - rozwikłać tajemnicę śmierci ojca, co dla wszystkich skończy się źle.
Z jednej strony to kawał niezłej prozy psychologicznej, czasami odrobinę zbyt egzaltowanej (te wszystkie czarne winorośle, rozkwitające pod powiekami czarne kwiaty chwilami zatrącają o grafomanię) ale ogólnie wciągającej i interesującej dla czytelnika dopóki autor trzyma się psychiki i przeżyć ludzi. Edgar ze swoim rozedrganiem czasem nuży i męczy, jego matka jest dość słabo zarysowana, więc najciekawszą postacią dla mnie był Ten Zły czyli Claude.

Tu rozczarowanie - wszystko co wiąże się z genezą nienawiści Claude'a do brata, cała ta skomplikowana więź jest jednym wielkim niedopowiedzeniem, które rodzi same pytania (dlaczego Claude zniknął przed laty? dlaczego wrócił? co zaszło dawniej pomiędzy braćmi? czy Claude jest zły z natury, czy zawiniła jakaś sytuacja? czy chodziło o Trudi?) i żadnych odpowiedzi. Szczerze mówiąc, uczciwość wobec tzw. przeciętnego czytelnika wymaga, żeby, jeśli w książce wisi tajemnica takiego kalibru, wyjaśnić ją bardziej szczegółowo niż kilkoma ogólnikami typu "Gar czuł potrzebę stania między Claude'm a światem" i opowieściami o walkach psów. Prolog więcej zaciemnia niż wyjaśnia. Z drugiej strony nie jest to znowu aż takie arcydzieło, żeby mi się chciało zarywać noce na rozwiązywanie tych zagadek.

Druga, moim zdaniem, psująca lekturę sprawa to niepotrzebnie wprowadzony element paranormalny w postaci duchów w deszczu i jasnowidzącej sklepikarki. Trochę tak, jakby autor nie miał pomysłu, jak naprowadzić Edgara na trop - więc wyciągnął czarownicę z kapelusza. Za mało tego, żeby zbudować ogólny klimat tajemnicy, za dużo, żeby potraktować jak wstawki-zapchajdziury.

Ogólnie, wrażenie mam takie, że gdyby odsiać element mistyczny, wyjaśnić zagadkę Claude'a i wyciąć ze 100 nudnych stron o tresurze psów, to książka zrobiłaby się o wiele lepsza, skondensowałaby się w gęsty, tajemniczy, psychologiczny thriller osadzony w ciekawej atmosferze północnoamerykańskiego odludzia, prawie jak Skandynawia. A tak jest przydługa książka w której jest trochę za dużo o wszystkim i za mało o czymś konkretnym, i wbrew okładce, dla mnie z pewnością nie jest to "wydarzenie literackie roku".

I zawsze kiedy coś takiego piszę, błyska mi gdzieś w tle myśl: a może niczego nie zrozumiałam z tej książki? Ale to moje prawo jako czytelnika, nie zrozumieć. Obowiązkiem autora jest tak napisać, żebym zrozumiała, no nie? ;-)
Ocena 7/10
___
* Co innego więź z kotem, o, tu sama mogę snuć opowieści, podczas gdy psiarze pukają się w czoło :)
środa, 21 października 2009
Moja mama czarownica - Katarzyna T. Nowak
Na fali: dzieci sławnych ludzi piszą o swoich rodzicach, po genialnych wspomnieniach T. Lema, sięgnęłam po wspomnienie o Dorocie Terakowskiej autorstwa jej starszej córki.

Ostatnio usiłowałam obejrzeć film "33 sceny z życia" Małgorzaty Szumowskiej, ale nie wytrzymałam go psychicznie. Po pierwsze temat był trudny do zniesienia, po drugie według mnie ten film skumulował wszystkie wady polskich filmów. Po trzecie ale nie najmniej istotne, nie znoszę głosu Dominiki Ostałowskiej, dubbingującej niemiecką aktorkę, działa na mnie jak drapanie paznokciem po szkle, dostaję od niego wysypki i szczękościsku. Może pasuje do urody Julii Jentsch, ale nie jestem w stanie go słuchać przez ponad godzinę. Wytrzymałam aż do chwili śmierci bohaterki.

Teraz książka. Trudno recenzować taką książkę, napisaną przez starszą córkę w chwilę po śmierci matki. Tym bardziej że oprócz wspomnień przebija w niej trudna relacja matka-córka.

Więc fakty: wspomnienia są bogato ilustrowane zdjęciami, fragmentami maili, listów, wypowiedzi pisarki i rozmów z jej znajomymi i rodziną. Katarzyna Nowak nie stawia matki na piedestale, nie ucieka od trudnych cech charakteru czy sytuacji. Wspomnienia w większości ułożono chronologicznie, od przodków pisarki i jej narodzin aż po ostatnie lata życia, kiedy prawie całkowicie zrezygnowała z dziennikarstwa na rzecz pisania książek. Daje nam to też możliwość obserwowania przemiany, wyciszenia niepokornej, buntowniczej dziewczyny, później niebanalnej studentki i młodej matki poprzez zaangażowaną dziennikarkę aż po dojrzałą pisarkę. Jest tu wiele opisów codzienności, niezwykłego "otwartego" domu pełnego znajomych i przyjaciół, domowych zwierząt, niestereotypowego jak na tamte czasy związku pisarki z Maciejem Szumowskim.

Trudno mi oddzielić ocenę samej książki od opinii na temat opisywanej osoby. Po pierwszej połowie książki byłam nieco zniechęcona - osoba jaka wyłaniała się z tego portretu, nie wzbudzała mojej sympatii. Zadawałam sobie pytanie, na ile niepokorność, artystyczna dusza, niezależność są wartościowe same w sobie, czy ich znaczenie jest aż tak duże, że usprawiedliwia pewne zachowania wobec innych? Dopiero po przeczytaniu całości dostrzegłam pełen portret Terakowskiej, z pewnością ani nie obiektywny ani nie bezstronny, trudno tego przecież oczekiwać od córki, ale chyba szczery. Chociaż radykalnie różny od wizerunku jaki wyhodowałam sobie w wyobraźni po przeczytaniu "Poczwarki" - starszej, ciepłej i wyciszonej osoby, w typie emerytowanej psycholożki udzielającej rad matkom z depresją poporodową w naszym czasopiśmie. No ale to dobrze, bo takie wyobrażone wizerunki autorów warto konfrontować z rzeczywistością.

Jeśli jednak miałabym porównać biografię Lema z biografią Terakowskiej, to "Awantury..." są zdecydowanie lepsze. Nie wiem na ile w tym zasługa stylu pisania Tomasza Lema, jego poczucia humoru przebijającego z prawie każdego zdania (to ten sam typ dowcipu który tak urzekł mnie w przytaczanych tam cytatach), wreszcie braku obciążeń widocznych gdzieś w tle relacji Katarzyny Nowak. Może po prostu bardziej polubiłam samego Stanisława Lema, i wydał mi się bardziej bliski. Książkę "Moja mama czarownica" przeczytałam natomiast z zainteresowaniem, ale bez uśmiechu, bez głębszego wzruszenia, po prostu, dość ciekawe wspomnienie o dobrej pisarce, nietuzinkowej kobiecie, ponadprzeciętnej dziennikarce.
Ocena 7/10

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Blog-matka
Inni czytają
Napisałam
Niedoczytane
Przeczytane
Teraz czytam
Lubię czytać