Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 04 października 2013
a jednak nie da się

wejść dwa razy do tej samej rzeki.

Chciałam, spróbowałam, ale nie wyszło.

Nic na siłę. Dziękuję wszystkim za te 4 lata.

I przeczytajcie koniecznie "Bukareszt" Małgorzaty Rejmer, bo to najlepsza książka, jaką udało mi się ostatnio przeczytać.

 

12:06, mdl2
Link
wtorek, 10 września 2013
Wyznaję - Jaume Cabre

Trochę mnie pożarło życie codzienne - rozpoczęcie roku szkolnego w dwóch szkołach, nagły i bolesny powrót do rutyny budzika, codziennego gotowania obiadów (gdybym mogła mieć jedną, tylko jedną służącą, do najbardziej znienawidzonej domowej roboty, natychmiast zatrudniłabym kucharkę!) i ponowne synchronizowanie całego życia z dwoma planami lekcji i zajęć dodatkowych nie pozostawia zbyt wiele czasu na czytanie, a co dopiero na pisanie o czytaniu. Ale obiecałam, że napiszę o Cabrem, więc czas się zmobilizować.

Przyjemnie jest czytać "książkę, którą czyta cała Europa", bo, naprawdę, jak prawie nigdy, czytali ją niemal wszyscy dookoła i można było o niej pogadać praktycznie z każdym, nawet z osobami, które nigdy wcześniej nie jawiły mi się jako zapaleni czytelnicy. Co w epoce rozdrobnienia, kiedy każdy czyta swoje i do swojego zachęca, jest cenne - po cóż czytać, skoro na koniec zostaje się z przeczytaną książką samemu i można o niej najwyżej notkę napisać?

Bardzo przyjemnie jest czytać książkę, która wprawia w dobry nastrój i podbudowuje ego czytelnika. Bo takie trudne, takie wyrafinowane, pełne wstawek w kilku obcych językach, a jednak zrozumiałe, no, może czasem ze słownikiem (ale tu się genialnie z mężem uzupełnialiśmy czytając jedno po drugim, ja rozumiałam wtręty francuskie, on łacińskie, niemieckie oboje, włoskie były łatwe same z siebie, hiszpańskich żadne nie rozumiało, ale co za problem się domyślać, bohater powieści znając jeden język czyta w drugim podobnym, to co, ja nie potrafię?).

Historia Adriana Ardevola, wszechstronnie utalentowanego syna antykwariusza, wychowanego w zimnym, pozbawionym miłości domu, wśród starych przedmiotów i książek, skonstruowana jest wspaniale. Podobnie jak historia pewnych skrzypiec zamkniętych w domowym sejfie Ardevolów. Skomplikowane losy instrumentu przechodzącego z rąk do rąk od kilkuset lat stanowią odbicie pogmatwanej europejskiej historii, pełnej zła i krzywd. Zafascynowany jego historią Adrian poświęca życie na zgłębianie istoty zła i odkupienie przynajmniej tej części krzywd, jakie wyrządził jego ojciec.

Autor przeplata losy Adriana z historią instrumentu i pewnego klasztoru stosując ciekawy i początkowo sprawiający pewną trudność w czytaniu zabieg formalny - akcja przeskakuje w pół zdania między miejscami i epokami, rozmowy zaczęte przez jedną parę bohaterów w jednym miejscu i czasie po chwili płynnie przechodzą w inny dialog, toczony gdzie indziej, kiedy indziej, przez kogoś zupełnie innego. Z Auschwitz przenosimy się do lochów Inkwizycji i do tuż powojennych Włoch, do frankistowskiej Hiszpanii a stamtąd do warsztatu lutnika i klasztornej celi. Jeśli to bogactwo miejsc i epok nie wystarczy, nie jest to jedyny wątek powieści, bowiem prócz niego znajdziemy tu historię trudnej męskiej przyjaźni, rozbudowany wątek miłosny i tragiczną w swej ironii opowieść o tym, jak choroba ostatecznie odbiera Adrianowi to, co miał najcenniejszego i na czym od dzieciństwa budował swoją osobowość - genialny umysł erudyty, pamięć, znajomość wielu języków, talent.

Czyta się to doskonale, kiedy już wpadnie się w rytm tych przeskoków. Bogactwo wątków i historii czyni tę powieść wyjątkowo interesującą, a jej misterna konstrukcja sprawia, że czytanie jest zarówno pewnym wysiłkiem, jak i przyjemnością. Dodatkowo dzięki ogromnej erudycji autora i bohaterów, tym wszystkim wstawkom obcojęzycznym, nawiązaniom do filozofów i wzmiankom o książkach (książki w książkach to przecież ukochany motyw każdego tzw. mola książkowego, a mieszkanie Adriana wypełnione zadrukowanym papierem niemal od podłogi po sufit, jest tu ekstremalnym przykładem) czytelnik ma poczucie obcowania z dziełem wybitnym (i poczucie, że nie zmarnował tych 50 zł, co też jest cenne w dzisiejszych czasach).

No i właśnie - poczucie. Słowo klucz. Bo ja z tą powieścią miałam drobny problem. Klasyczny problem za wysoko powieszonej poprzeczki. Moja poprzeczka dla "arcydzieła literatury" wisi niestety na poziomie Steinbecka, czyli mniej więcej tam, gdzie latają już tylko promy kosmiczne.

Gdyby mi powiedziano: dostaniesz świetną powieść historyczno-psychologiczną, opowiadającą o skomplikowanych losach pewnego instrumentu na tle historii zła w Europie i o samotności pozbawionego ciepła rodzinnego intelektualisty. Dostaniesz książkę, która wspaniale się czyta, jest świetnie skonstruowana i trudno się od niej oderwać - byłabym w pełni usatysfakcjonowana. Ale powiedziano mi też, że będzie to "katedra literatury" i filozoficzny traktat o naturze zła.

Tylko, że ja się z "Wyznaję" nie dowiedziałam niczego nowego o "naturze zła". Nie jestem pewna, czy zestawienie nazistów z Inkwizycją, wysublimowanej sztuki symbolizowanej przez skrzypce z okrucieństwem jest na tyle nowe i odkrywcze, żeby zostawić mnie z pytaniami, nieprzespanymi nocami i gonitwą myśli w głowie. Nie jestem pewna, czy jest takim spostrzeżenie o tym, że każdy, nawet pozornie legalny, współudział w Złu (jak np. trzymanie skrzypiec w domu) jest również Złem wymagającym odkupienia. Nieprzespanych nocy nie było. Refleksje przyjęłam z należnym szacunkiem. Skończyłam i poszłam czytać coś innego.

Recenzent "Polityki" napisał, że jest to powieść, która zamiast stawiać pytania, daje odpowiedzi, i w zasadzie mogłabym się pod tym podpisać. Co nie umniejsza faktu, że lektura była bardzo przyjemna i ciekawa, a książka jest bez wątpienia bardzo dobra. Ale przymiotnik "doskonała" (który Bookfa zapewne umieści i tu w komentarzu ;-) ) zachowam sobie znowu na inną okazję.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013
ci straszni Szwedzi - Lindqvist i Theorin

Miało być o jednej książce, ale, że nie odmówiłam sobie zakupu nowego Theorina, po czym pochłonęłam "Świętego Psychola" na raz, to będzie o dwóch.

Gdyby sądzić po literaturze to Szwedzi muszą być najbardziej nieszczęśliwym narodem świata. Tyle potwornych traum, ile przeżywają ich bohaterowie literaccy, wystarczyłoby na całą Europę. Wszyscy wszystkich prześladują, molestują, porywają i dręczą na tle idyllicznych krajobrazów i pod okiem sympatycznej opieki społecznej. A jeśli kogoś akurat nie dręczono w szkole, nie zgwałcił go pijany ojczym albo nauczyciel-pedofil (chyba doprawdy tylko przez przeoczenie) ani nie porwał psychopata, to zawsze może go, na przykład, pożreć morze.

Dwaj Szwedzi, dwie straszne książki, horror i thriller, jeden eksploruje mroczne głębiny Bałtyku i zakamarki ludzkiej duszy, drugi zamiast morza bada piwnice szpitala psychiatrycznego.

"Ludzka przystań" Johna Ajvide Lindqvista to opowieść o niewielkiej wysepce Domaro, położonej ba Bałtyku, gdzieś niedaleko stałego lądu, zamieszkanej przez miejscowych i letników. Anders nie należy w pełni do żadnej z tych grup - co prawda na wyspie mieszka jego babka i mieszkał zmarły ojciec, ale większość życia spędził na lądzie, z matką. Pewnego dnia Anders z żoną i sześcioletnią córeczką przyjeżdża na wyspę. Rodzina wybiera się na wycieczkę do latarni morskiej, ale wracają już tylko rodzice - mała Maja zniknęła.

Zrozpaczony ojciec po jakimś czasie powraca na wyspę usiłując rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia córki, która dosłownie "rozpłynęła się w powietrzu". Pomaga mu babka i jej życiowy partner, Simon, dawniej iluzjonista. Wyspa ma jednak swoje tajemnice, do których dopuszczone jest tylko wąskie grono wybrańców, którzy niechętnie dzielą się wiedzą. Historia jej mieszkańców kryje zaś w sobie karty wstydliwe i mroczne. Pakt zawarty z morzem kilkaset lat wcześniej przynosi straszne skutki jeszcze dziś, a Bałtyk kryje w sobie coś więcej, niż ławice śledzi.

Stopniowo, wraz z Andersem i Simonem, jesteśmy przez autora dopuszczani do tajemnicy. Autor przedstawia świetne studium malutkiej, zamkniętej społeczności, zmuszonej do życia w surowych warunkach i godzącej się na najgorsze, byleby przetrwać. Społeczność ta pilnie strzeże swoich sekretów, niechętnie dopuszczając do nich nawet jednostki zasłużone dla wyspy, jak Simon. Ten, z kolei, też nie odkrywa wszystkich kart. Kiedy poznamy wszystkie tajemnice wyspy, przychodzi czas na ostateczną rozgrywkę.

Oczywiście, jak to w horrorze, jest naprawdę strasznie tylko dopóki potwór pozostaje czymś niedopowiedzianym, a zło kryje się głównie w ludzkich umysłach. Mimo to wydaje mi się, że recenzenci robią Lindqvistowi krzywdę, automatycznie porównując go do Kinga - bo Szwed pisze po swojemu i, niech mi Mistrz wybaczy, jego bohaterowie są chwilami jeszcze bardziej mroczni. W każdym razie przeczytać naprawdę warto, a przed wyjazdem na szwedzką wysepkę na wakacje zastanówcie się dwa razy - tam mieszka ZŁO.

Smaczek dla wielbicieli zespołu the Smiths - Lindqvist jest fanem tej grupy, czemu dał wyraz w powieści. Są momenty, gdy bohaterowie rozmawiają ze sobą prawie wyłącznie cytatami z ich utworów, więc od połowy czytałam już z głosem Morrisseya w słuchawkach, podwójna przyjemność. Chciałam wrzucić teledysk z Youtube, ale nie wolno - więc tylko link:

The Smiths - Panic

 

 

Z kolei Theorin w "Świętym Psycholu" nie zawodzi, jak zwykle traktując zbrodnie jako pretekst do eksplorowania mrocznych głębin ludzkiej duszy i motywacji, jakie nami kierują. Młody wychowawca przedszkolny, Jan Hauger, decyduje się podjąć pracę w nietypowym przedszkolu. Placówka ta sąsiaduje ze szpitalem psychiatrycznym imienia Świętej Patrycji (tytuł książki to nazwa, jaką określają szpital okoliczni mieszkańcy), a uczęszczają do niej dzieci pacjentów - niebezpiecznych zbrodniarzy. Przedszkole stworzono, aby umożliwić maluchom kontakt z rodzicami, więc do obowiązków Jana należy prowadzenie podopiecznych podziemnym łącznikiem na godzinne odwiedziny. Poza tym przedszkole funkcjonuje jak każda inna tego typu placówka, z tym wyjątkiem, że niektóre dzieci w nim nocują.

Dość wcześnie dowiadujemy się, że motywacją Jana do podjęcia pracy nie była wyłącznie chęć pomocy dzieciom. Młody mężczyzna nosi w sobie pokaźny bagaż traum i krzywd, a do Świętego Psychola przywiodła go plotka, że jedną z osadzonych jest pewna piosenkarka, z którą łączyło go coś więcej niż tylko obsesyjne uwielbienie dla jej muzyki. Do tego uwielbiany przez dzieci wychowawca ma na sumieniu pewien czyn, który nie pozwala mu żyć spokojnie. Jednak pozostali pracownicy przedszkola też mają swoje plany i skrywane motywacje, a nocą szpital Świętej Patrycji żyje własnym życiem.

Klimat starego szpitala psychiatrycznego niemal dorównuje temu z II sezonu "American horror story", może tylko bez psychopatycznych zakonnic :) Mroczne podziemia, tajemniczy pacjenci i atmosfera więzienia o zaostrzonym rygorze skontrastowana z przyjaznym klimatem przedszkola i zasadami opieki nad dziećmi działają na wyobraźnię, jednak równie ważne jest to, co kryje się w umysłach Jana i jego współpracownic. Co, ostatecznie, doprowadzi do tragedii i wyjątkowo przewrotnego zakończenia. Nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Theorin jak zwykle w doskonałej formie, a przy tym odpoczynek od Olandii. Zdecydowanie warto czytać strasznych Szwedów, choć nie w nadmiarze, bo łatwo można dojść do wniosku, że sąsiadujemy przez morze z narodem ponurych, nieszczęśliwych psychopatów, a każda kąpiel w poczciwym Bałtyku może okazać się ostatnią.

 

piątek, 23 sierpnia 2013
Trafny wybór - J.K. Rowling

A to jedna z książek, do których zabierałam się jak pies do jeża, zniechęcona nachalną reklamą i wszechobecnymi zachwytami.

Ktoś gdzieś napisał albo powiedział, że J.K. Rowling musiała odreagować serię o Harrym Potterze, więc napisała powieść o mugolach. Nic bardziej trafnego już nie wymyślę, pozostaje zacytować i żałować, że ktoś inny wymyślił to pierwszy.

Trzeba przyznać, że autorka bestsellerowej serii napisała całkiem dobrą książkę na koszmarnie nudny temat. Bo cóż może być nudniejszego od wyborów uzupełniających do rady miasta? Temat jak do jednej z tych osiedlowych gazet rozdawanych za darmo w sklepach spożywczych, których nikt nie czyta. Tymczasem wychodząc z takiego banalnego punktu, Rowling stworzyła solidną prozę obyczajową, portret małej społeczności zamieszkującej miasteczko gdzieś na prowincji ("na zadupiu" brzmiałoby chyba lepiej w tym kontekście). Oto urocze, historyczne miasteczko Pagford, z ruinami opactwa, zadbanym ryneczkiem całym w kwiatach, delikatesami, prestiżową szkołą podstawową, miasteczko jak z pocztówki, zamieszkane przez hipokrytów, żarłoków, plotkarzy, kombinatorów, nieudaczników, megalomanów, wulgarne podstarzałe paniusie, zdemoralizowanych nastolatków, ofiary przemocy domowej i neurotyków.

Pagford sąsiaduje z Yarvil i dzielnicą domów komunalnych Fields - kością niezgody, którą oba miasteczka przerzucają między sobą jak gorący kartofel. Tu z kolei zamieszkują narkomani, prostytutki, gwałciciele, dilerzy, molestowane dzieci, i tak dalej.

W zasadzie jedyny bohater pozytywny, radny Barry Fairbrother, umiera na trzeciej stronie, a całej reszcie autorka nawet nie próbuje nadać jakichkolwiek sympatycznych cech. Dorośli są małostkowi, złośliwi, odgrywają się na innych za swoje niespełnienia, nastolatki są wulgarne i przepełnione złością, która musi znaleźć jakieś ujście. Podstawowe motywacje działań to zawiść, niechęć, zemsta. Iskierka dobra tli się, dość przewidywalnie, tylko tam, gdzie trudno jej się spodziewać, w bohaterach najbardziej sponiewieranych przez życie. Wychowana w brudzie i patologii Krystal, która usiłuje ratować resztki rodziny i prześladowana w szkole i domu "gorsza" niezdolna i brzydka córka hinduskich lekarzy. Z tym, że pierwsza zostanie na koniec "złożona w ofierze" (co jest w sumie dość wygodne dla wszystkich pozostałych), a druga zostanie bohaterką mimo woli. I najgorsze jest to, że nic specjalnego z tego nie wyniknie, poza malutkimi satysfakcjami małych ludzi.

Historia jest skonstruowana z zegarmistrzowską precyzją, w zasadzie największą zaletą tej książki jest jej wielowątkowość i pokazanie, w jaki sposób pojedyncze, niewiele znaczące działania mogą ostatecznie prowadzić do większych tragedii, nawet jeśli motywacje były zupełnie inne. Nastoletni Andrew chce zemścić się na ojcu-tyranie, co w efekcie uderza w kogoś innego, inny nastolatek dla zabicia czasu prześladuje brzydką koleżankę, ktoś coś mówi w sklepie, ktoś przychodzi do lekarza z awanturą o źle wypisany lek, ktoś kogoś spotyka a wszystko to splata się i prowadzi do ostatecznej kulminacji, w której wszyscy przegrywają - nawet nowo wybrany radny miasta.

Ważną rolę w powieści odgrywają nastolatki i szkoła, będąca zupełnym przeciwieństwem Hogwartu. Szkoła, która może zaoferować młodym tylko mundurki, niezdarną opiekę pani pedagog, która nie umie sobie poradzić z własnymi domowymi problemami, wicedyrektora neurotyka i nieudolnych nauczycieli. Nastolatki uciekają w prześladowanie słabszych, palenie marihuany i marzenia o chwili, kiedy wreszcie będą mogły się wyrwać z zatęchłego miasteczka, pierwsze miłości sprowadzają się do obmacywania się w krzakach, a jedyny promyk nadziei, jakim była drużyna wioślarska, niknie wraz ze śmiercią radnego Fairbrothera. Szkoła, w przekonaniu dorosłych mająca ratować dzieci z patologicznej dzielnicy, w rzeczywistości niczego nie proponuje poza wątpliwą satysfakcją z chodzenia w mundurku do "renomowanej szkoły" i sama krzewi patologię, a pozornie porządne domy okazują się niewiele lepsze od rodzin zdegenerowanych narkomanów. Nic więc dziwnego, że motorami drobnych działań prowadzących do dramatów będą właśnie znudzone, wściekłe nastolatki powodowane chęcią zemsty czy tylko bezinteresownego "dowalenia" komuś innemu.

Trzeba przyznać, że bohaterowie, mimo całej swej odrażającej natury, są wiarygodni - poznajemy ich dążenia i motywacje, jesteśmy w stanie ich zrozumieć, książka prowokuje też do zastanowienia, czy rzeczywiście jesteśmy aż tak mali i źli. Z drugiej strony jest tu jednak pewna tabloidowa schematyczność - lokalny arystokrata prowadzi interesy tak, aby na tym skorzystać, im bliżej ktoś jest miejscowej elitki, tym bardziej jest zepsuty i zły, a jakieś resztki dobra i prawdy tlą się tylko na samym dole tej drabinki.

Rowling przedstawiła przygnębiający, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach obraz małej, prowincjonalnej społeczności i nadała mu formę interesującej historii. Teraz wypadałoby użyć obowiązkowego przymiotnika "dickensowski", ale spróbuję się od tego powstrzymać, głównie ze względu na brak jakiejkolwiek lżejszej nuty, choćby śladowych ilości humoru i życzliwości. Czy powieść jest lustrem odbijającym nasze wady? Pewnie, w jakimś stopniu tak, ale jest to lustro bardzo brudne i bardzo krzywe. Czy wnikliwie diagnozuje rzeczywistość? Na pewno obnaża hipokryzję, obojętność uprzywilejowanych wobec potrzebujących pomocy, wykorzystywanie osób w gorszej sytuacji do własnych, doraźnych celów mimo deklarowanych dobrych intencji. Czy przeszkadzała mi wszechobecna wulgarność, najczęściej wymieniana jako wada powieści? Nie, mam syna w gimnazjum. Czy przeczytałabym tę książkę, gdyby nie nazwisko autorki i medialny szum? Nie jestem pewna odpowiedzi.

 

wtorek, 20 sierpnia 2013
Sekrety kobiet złotnika - Jeanne Bourin

Czyli o wpadce spektakularnej i trochę wstydliwej - bo powinnam przeczuć, co się szykuje. Nagroda Grand Prix czytelniczek "Elle" powinna dać mi pewne wskazówki, czego mogę się spodziewać. Nawet mąż, który gustuje w nieco innym rodzaju literatury, po przeczytaniu tekstu na okładce stwierdził tylko: "miliony much nie mogą się mylić...". A ja, głucha na sygnały ostrzegawcze, dzielnie brnęłam dalej. Przecież przepięknie wydana powieść historyczna francuskiej autorki, z przedmową samej Regine Pernoud, mediewistki, autorki świetnej "Kobiety w czasach katedr" po prostu nie mogła być zła. Nawet, jeśli jest kotletem bardzo odgrzewanym, bo ponad trzydziestoletnim, który polski wydawca pakuje w folię z napisem "Nowość".

Pewnie zresztą nie jest zła, tylko przeznaczona dla zupełnie innego rodzaju czytelnika. Przecież czytelniczki "Elle" były zachwycone. Przecież na Merlinie same pięciogwiazdkowe oceny, zachwyty nad bogactwem szczegółów i plastycznym językiem. Przecież podobno przedstawia średniowiecznych bohaterów zupełnie inaczej niż wcześniejsi autorzy - jako osoby z krwi i kości, zajęte najrozmaitszymi codziennymi sprawami, bliskie współczesnemu czytelnikowi. Tyle, że od lat 70. XX wieku trochę się w powieści działo, i na przykład taki Follett doprowadził do mistrzostwa sztukę wrzucania podobnych do nas bohaterów w średniowieczne dekoracje, więc to, co zachwyciło czytelniczki "Elle" i znaną mediewistkę trzydzieści lat temu, nam może wydawać się mało odkrywcze.

I najważniejsze - "Sekrety kobiet złotnika" to literatura babska przebrana za powieść historyczną z ambicjami.

Kobiety złotnika to jego 34-letnia żona Matylda i cztery córki: 15-letnia młodziutka mężatka Florina i rok młodsza Klarencja plus kilkuletnie bliźniaczki, które na początku służą wyłącznie jako tło. Do końca nie doczytałam, nie doczytałam nawet do połowy, więc wymądrzam się na podstawie pierwszych 160 stron, dziwnie przekonana, że później nie zmienia się to w wybitną literaturę dla wymagających. Oczywiście mogę się mylić.

Matylda rozpacza, bowiem o 24 lata starszy mąż nie jest już w stanie zaspokoić jej seksualnego apetytu. Florina w euforii przeżywa pierwsze dni małżeństwa z 17-letnim Filipem. A Klarencji zrobi krzywdę banda nieokiełznanych młodych mężczyzn. Istotną rolę odegra kuzyn Filipa Wilhelm Dubourg, handlarz futrami, w idealnym wieku, żeby pasować do każdej z tych kobiet i dziewczyn. Mama wzdycha do Wilhelma, Wilhelm wzdycha do Floriny, Klarencja niby postanawia skorzystać z sytuacji.

Schemat, który doprowadza mnie do szału, tak samo w powieści, jak i w życiu (na przykład na korytarzu uczelni albo firmy): Trzy samodzielne, inteligentne kobiety. Pojawia się Facet, przystojny Facet, mówi "Cześć", a kobiety momentalnie zamieniają się w stadko trzech uroczych gąsiątek, których jedynym celem jest Zdobyć Faceta. I to mogą być zamężne księgowe po pięćdziesiątce albo studentki podyplomówki na ILS, albo żona złotnika, bez różnicy. Jest Facet, jest impreza.

I to jaki Facet! Matka widzi go tak: "Jest w nim jakaś brutalna cielesność, siła, trochę zwierzęcy urok, które to składniki męskiego wdzięku działają na mnie, niestety! Może to jego profesja sprawiła, że mając do czynienia przez cały dzień ze skórami dzikich zwierząt, przejął od nich coś okrutnego, gwałtownego i swobodnego jednocześnie, co jest cechą drapieżników..."* (str. 19-20). Starsza córka, na razie niezainteresowana (dzień wcześniej wyszła za mąż) dostrzega: "szerokie czoło okolone ciemnymi, gęstymi włosami, bardzo czarne, regularne brwi, które prostą linią podkreślały harmonijną architekturę twarzy, nos stworzony do wąchania z lubością wszystkiego, co się nawinie, szczękę o niemal zbyt mocnym zarysie, zdrowe zęby w zmysłowych ustach i oczy tak ciemne, że niemal niebieskawe, jak u jeleni, które widziała podczas polowania w ruwrejskim lesie." (str. 28-29). Słowem, facet napakowany testosteronem po uszy (ta szczęka!), kipiący seksem, dziki (te dzikie zwierzęta, tu drapieżniki, tam jelenie, w końcu co za różnica, mają być duże, dzikie i z lasu!) a w dodatku niby rodzina, ale bezpiecznie daleka (kuzyn wymoczkowatego nastoletniego męża Floriny), więc można go bezkarnie zaprosić do domu i wzdychać (mama) albo bronić się przed westchnieniami (córka). Żeby nie było, że to po prostu przystojny neandertalczyk obdarzony prymitywną mocą uwodzenia, autorka dorzuca mu trochę psychologicznej głębi: "Dziwna rzecz, mimo wysokiego wzrostu i wyraźnej siły fizycznej wydał jej się jednocześnie mocny i bezbronny." (str. 29), "Te niewinne słowa sprowokowały nowe spojrzenie, w którym zobaczyła zarówno wyrzut, niemal ból, jak i zainteresowanie." (str. 29).  Facet silny i bezbronny, wysoki i nieszczęśliwie zakochany. Czytelniczki "Elle" wydają w tym miejscu zbiorowy jęk rozkoszy.

Poza Facetem, dramatem niespełnionej seksualnie żony, spełnionej córki i skrzywdzonej córki mamy tu tzw. Średniowieczne Realia, które przejawiają się głównie w opisach. Sam początkowy opis kąpieli Matyldy zajmuje dobre pięć stron, ze szczegółową listą użytych kosmetyków. Kiedy żona złotnika się ubiera, poznamy każdą możliwą część garderoby, kiedy idzie ulicą, autorka nie oszczędzi nam opisu żadnego sklepiku czy straganu. Może to jest barwne i plastyczne, może oddaje "ducha epoki" - dla mnie natłok szczegółów jest śmiertelnie nudny, a na usta ciśnie się stwierdzenie "tak się już nie pisze!".

Podsumowując - rozczarowanie roku a na pewno rozczarowanie wakacyjne. Liczyłam na barwną, relaksową powieść historyczną, zamiast tego brnęłam przez średniowieczny Paryż wśród tunik, sukni wierzchnich i bielideł w towarzystwie mocnego i bezbronnego zarazem faceta pachnącego dzikim zwierzem, znosiłam jego wybuchy namiętności godne dwunastolatka na szkolnej dyskotece i opisywane na przykład tak: "Niech cały świat się zapadnie! Florina jest tutaj, obok mnie, uśmiechnęła się, podziękowała, czas stanął w miejscu!" (str. 81)*.  I wreszcie nie zniosłam, i rzuciłam w kąt. Kobietom złotnika już dziękujemy.

 ---

* To by było na tyle, jeśli chodzi o plastyczny język i lekkie pióro.

 

czwartek, 15 sierpnia 2013
Raport z przerwy część 1

Na początek odkrycia, zachwyty i to, co dobre, część pierwsza. W telegraficznym, fejsbukowym skrócie, bo nadrabianie teraz wszystkich recenzji byłoby porażką. I chyba lekko koślawo - wyszłam z wprawy. A więc - co, subiektywnie, według zmanipulowanej Młodej Pisarki, warto było przeczytać. Nawet jeśli to Lipton zamiast senchy czy innego gunpowdera na wagę.

Odkrycie najważniejsze - Czeskie Klimaty.

I dwie książki, jedna słowacka, druga czeska.

Pavol Rankov opowiada historię trzech przyjaciół na przestrzeni trzydziestu lat, rok po roku. Niby zwyczajna książka, napisana prostym, trochę suchym, trochę reporterskim stylem, a jednak - tyle życia, tyle historii naszej, wspólnej, środkowoeuropejskiej. Tyle wiedzy, tyle faktów a w tym wszystkim - trzy życia. Splecione, rozplecione, dziewczyna, wojna, narodowość, język, polityka i symboliczne dla przyjaźni coroczne zawody pływackie. Trzeba.

 

 

 

 

 Z kolei Jaroslav Rudis snuje opowieść o barze w nieokreślonym do końca post-enerdowskim mieście, w którym wegetują pomalutku starzy punkowcy, na zmianę z fragmentami pamiętnika czeskiej nastolatki z lat 80. Tu punkowa brygada, ponury socjalizm, koncerty, wąchanie kleju i wyrzucanie ze szkoły, tam czterdziestoparolatkowie wspominający, próbujący układać sobie życie w upiornym krajobrazie rozkopanego, postkomunistycznego miasta. Wszystkich łączy pewien pamiętny koncert. Aż żal, że w istotnym dla powieści 1987 roku słuchałam Modern Talking a die Toten Hosen odkryłam wiele lat później. Aż żal, że nikt u nas tak nie pisze (i to dotyczy obydwu książek).

 

  

 

Odkrycie drugie - polskie pisarki.

Tym razem nie koleżanki z forum, żadnej nie znam, więc chwalę (mam nadzieję) zupełnie obiektywnie.

"Dziunia" Nowakowskiej, "Niebieski autobus" Kosmowskiej, "Second Hand" Fabickiej.

Uwaga - nie należy czytać jednej po drugiej, jak ja to zrobiłam, bo zleją się w jedną wielką powieść o dziwnych, nieprzystosowanych dziewczętach dorastających na ponurej PRL-owskiej prowincji. Podczas, gdy każda zasługuje na uwagę.

 Pierwsza ironiczna, z dystansem spoglądająca na perypetie Dziuni, dziecka niechcianego, nielubianego w upiornej rodzinie, obdarzonego wybitną inteligencją i talentem do pakowania się w społeczne kłopoty. Jest śmiesznie i strasznie. Byłoby super, gdyby nie jedna wada - miałam podejrzenia, że specjalnie jest trochę tak napisana, żebyśmy chciały i mogły się z Dziunią identyfikować - my, takie trochę wyjątkowe jak ona czytelniczki. Guzik prawda, nie możemy, ale łatwo się na to złapać. Pół książki z tym walczyłam.

 

 

  

 Druga - niby spokojnie napisana opowieść o dorastaniu w zapyziałym miasteczku, w rodzinie na granicy tego, co dziś nazwalibyśmy patologią, o wyrwaniu się i korzeniach. Nostalgiczna, czasem smutna, chwilami nieodparcie zabawna (np. postać wuja Romana, jeśli ja się śmieję na głos, czytając coś, to to musi być już naprawdę śmieszne). Ta się najlepiej czyta z tego zestawu.

 

 

 

  

 Trzecia - gęsta, bardzo kobieca w dobrym słowa znaczeniu, pełna symboliki i zaludniona nietypowymi, okaleczonymi przez życie postaciami, chyba najtrudniejsza w odbiorze z tych trzech. I możliwe, że najlepsza.

Tak czy owak, fajnie, że u nas można tak pisać. Fajnie, że powstają książki, przy których mogę autorkom szczerze i pozytywnie zazdrościć talentu.

 

 

 

 

Odkrycie trzecie, bardzo przewidywalne - nowy King, zupełnie jak nie King. Bez kosmitów czy innych strażników czasu, bez dziewięciuset stron opisów, bez dziesiątek aluzji do własnych wcześniejszych książek, bez setek postaci drugo- i trzecioplanowych z siostrzeńcem sekretarki burmistrza włącznie :) Niewyjaśniona zbrodnia, duchy, śmiertelnie chore dziecko i student po zawodzie miłosnym. Jako miejsce akcji wesołe miasteczko, które samo w sobie tworzy tyle skojarzeń z horrorem, że nie wymaga dopowiedzeń. Najlepsze w książce - opisy pracy i relacji międzyludzkich w wesołym miasteczku. "Lubię to".

 

 

 To na razie tyle, rzutem na taśmę, przed kolejnym wyjazdem, tym razem kierunek - rzeka i las. Po powrocie będzie o reklamowanej nowości dla kobiet, której absolutnie nie warto kupować, o magicznej Nowej Fundlandii, o tym, że Szwedzi potrafią pisać nie tylko kryminały i o tym, dlaczego skomplikowana historia pewnych skrzypiec pozostawiła mi poczucie lekkiego niedosytu.

 

 

sobota, 10 sierpnia 2013
Lipton czy Saga? Dylematy zmanipulowanego czytelnika

Na rozgrzewkę, zanim zacznę kręcić nosem na literackie arcydzieła dekady i bestsellery, temat powiedzmy, ogólny.

Uważam się za czytelnika wyrobionego i stosunkowo ambitnego. I uważam, że mam do tego święte prawo, podobnie, jak większość blogerów z jakimś-tam dorobkiem. Kupuję nałogowo, ale coraz bardziej starannie wybieram to, co kupuję, czytam nowości (głównie dlatego, że starocie przeczytałam dawno temu i nie muszę teraz "odkrywać" Jane Austen czy innych oczywistości, ale zaległości uzupełniam - te, które nie dają spokojnie zasnąć), ale omijam masówkę, najczęściej szukam w książce czegoś więcej niż chwila odpoczynku dla mózgu - od tego mam telewizor i internet.

Sama sobie wybieram lektury, nikt mi nic nie narzuca. Z nikim nie współpracuję, czytam więc bez zobowiązań, to, co chcę. Byłam dumna, że tak sama steruję swoim czytaniem, mam swój własny, wyrobiony gust i tak dalej. Czytelnik świadomy, czytelnik dojrzały, w odróżnieniu od ciemnej masy, która kupi wszystko, co jej się wciśnie, byleby miało napisane na okładce "Światowy bestseller!" i zalegało stosami w empiku.

Po przejrzeniu listy wakacyjnych lektur dopadły mnie wątpliwości.

Czy my, "wyrobieni", nie jesteśmy czasem w sytuacji klienta w supermarkecie. Klient chce kupić herbatę. Jeśli chce po prostu napić się herbaty po obiedzie, wybierze tani, masowo reklamowany produkt. Dajmy na to, Sagę, tak fajnie rodzinnie się kojarzy w reklamach, da się ją wypić bez przykrości i do tego jest tania. Klient, który chce czegoś lepszego, stanie przed półką z pozornie ogromnym wyborem i dostanie oczopląsu - tu zielona z dodatkiem opuncji figowej, tam czarna z aromatem owoców leśnych, obok specjalna seria w eleganckich pudełkach, z napisem "dla konesera", żeby nikt się nie pomylił. Sięga więc po markę z wyższej półki, polecaną i reklamowaną przy programach telewizyjnych dla ambitnych, którą będzie zachwycony, dopóki się nie zorientuje, że w rzeczywistości wybierał między takimi samymi produktami wytwarzanymi przez 2-3 ogromne korporacje, a wszystko, co kupi, smakuje prawie tak samo.

Doszłam do wniosku, że wpadam w pułapkę reklamy i promocji tak samo, jak czytelnik masowy, oraz, że nie ma przed tym ucieczki. Smakosz herbaty może przynajmniej iść do małego sklepiku, gdzie pani nasypie mu z wielkiej puszki do celofanowej torebki garść młodych listków zerwanych o porannej rosie przez jakieś chudziutkie azjatyckie dziecko, nabije na kasę kwotę typu 42,50 za 100g i zaproponuje do tego konfiturę pomarańczową prościutko z deszczowej Anglii.

A wielbiciel dobrych książek? Podsuwa mi się przecież wartościowe tytuły. Media prześcigają się w tworzeniu list i rankingów - książki na urlop, 10 nowości, które musisz znać. Gazetki reklamowe supermarketu z kulturą pękają od ofert opatrzonych gwiazdką: Arcydzieło! Nowość roku! Musisz to przeczytać! Stoję przed półką, omijam masówkę i tani produkt dla mało wymagających, i wybieram między arcydziełami i "misternymi katedrami literatury", między "nowym Marquezem" a "godnym następcą Faulknera"... i cały czas mam wrażenie, że wybieram między Liptonem a Dilmah, wyprodukowanymi z tych samych liści w tej samej czy bliźniaczo podobnej fabryce jakiegoś Unilevera albo Nestle, specjalnie dla takich łatwowiernych poszukiwaczy jak ja.

Mam wrażenie, że ktoś zbadał, jakie nazwiska i treści będą mi się kojarzyć z prestiżem i dadzą mi delikatne poczucie wyższości, jaka lektura sprawi, że poczuję się przyjemnie "na czasie", co utwierdzi mnie w przekonaniu, że jestem właśnie tak wyrobiona i ambitna, jak mi się wydaje, a może nawet bardziej. A potem czytam na plaży takiego Cabre czy innego Karpowicza, zupełnie jak ktoś, kto częstuje rodzinę "mieszanką najszlachetniejszych czarnych herbat" prosto z torebki z żółtym papierkiem na końcu sznurka.

Nie mówię, że proponowane mi książki są złe. Najczęściej nie są. Są dobre, czasem bardzo dobre, zostawiają dokładnie taki efekt, jakiego oczekuję, czuję się po nich jak po kremie dla skóry szczególnie wrażliwej albo czekoladzie dla wielbicieli wyrafinowanych smaków. Zawierają starannie dobrane składniki, wyprodukowano je z najwyższą troską o środowisko, posiadają certyfikaty jakości, przyjemnie niwelują niedoskonałości intelektualne i dają poczucie świeżości nawet przez 48 godzin. Chętnie polecę je znajomym, podobnie jak 87% użytkowników.

Tylko, że wciąż są reklamowanym produktem z wyższej półki dla intelektualnej klasy średniej z aspiracjami. Ktoś zbadał rynek, ktoś je dla mnie wybrał, ktoś podsunął i odpowiednio wypromował.

Efekt jest widoczny i działa - konsumuję produkt wysokiej jakości, odczuwam satysfakcję i przynależność do starannie wyselekcjonowanej, elitarnej grupy odbiorców.

Czego więc się czepiam?

Za czym tęsknię?

Może za małym sklepikiem z ręcznie zrywaną herbatą i domową konfiturą z pomarańczy? Sklepikiem starannie ukrytym gdzieś w małej uliczce, gdzie przychodzą tylko wtajemniczeni, żeby posłuchać opowieści starego właściciela i powąchać zawartość wielkich szklanych słojów? Sklepikiem, którego nie ma w żadnych rankingach, który nie ma strony internetowej, nie wydaje gazetek reklamowych i nie stosuje promocji?

 

 

 

Tagi: o niczym
11:56, mdl2
Link Komentarze (22) »
czwartek, 08 sierpnia 2013
rozstania i powroty

Jak powrót do domu po urlopie. Otwieram drzwi, w twarz uderza lekko nieświeży, zakurzony zapaszek dawno niewietrzonych pomieszczeń, do których zaglądano tylko po to, żeby nakarmić koty i podlać kwiatek. Kwiatek, nie kwiatki, bowiem jedyną rośliną w mieszkaniu, która przeżyła moje zabiegi pielęgnacyjne i ataki kotów, jest zrezygnowane pnącze, wyhodowane lata temu z liścia, który dała mi sąsiadka. Pnącze (nawet nie znam jego nazwy, takie typowe polskie pnącze, grube sercowate liście na pojedynczej łodydze, które wiją się niemrawo na nitkach pod sufitem i zwisają z regałów w każdym chyba polskim mieszkaniu, przywodząc na myśl lata 70., meblościanki i boazerie) dzielnie trwa na parapecie, obojętne na przerwy między podlewaniem, na kocie pazury, na kurz, upał, kaloryfer i wszystko inne. Czasami podejmuje heroiczny wysiłek i wypuszcza parę nowych listków, po czym znowu wpada w hibernację.

A na dworze dzikie wino-mutant porasta płot, murek i większość alejki za płotem, liliowce obsypane kwiatami, dwumetrowy oset na środku trawnika i tak dalej. W domu - pustynia.

Po wejściu ujawnia się dyskretny, normalnie niezauważany bałagan - jakieś papiery zostawione do decyzji wyrzucić czy schować, jakieś monety pozbierane z podłogi, tu gazeta, tam napoczęta książka, rzeczy rzucone byle gdzie w ferworze wyjazdu, coś, co nie zmieściło się do walizki. Pierwsza myśl - trzeba posprzątać, wstawić pranie. Druga myśl - wyprowadzić się z urlopowym bagażem i spalić to wszystko do gołej ziemi, albo przepuścić owce, żeby wyjadły cały ten syf.

Pierwsza rzecz - wietrzenie, prania, porządki.

W ramach pierwszych porządków oświadczam, że nie chce mi się dalej uczestniczyć w dyskusji pod wpisem o Baśnioborze (która jest, stety albo raczej niestety, najbardziej aktywną dyskusją, jaka się tu przez prawie cztery lata rozwinęła). Dlaczego - bo zdania nie zmieniłam, i właściwie dlaczego miałabym zmieniać? Poza tym skończyły mi się nowe argumenty, a powtarzanie tych samych w kółko jest nudne. Komu się podoba, to trudno, tego też nie zmienię swoją gadaniną, niech się więc dobrze czyta, a potem przez całe dorosłe życie niech Wam się dobrze czytają kolejne twarze Greya, czy co tam producenci książek zmontują dla Was w swoich fabrykach. Złośliwie dodam, że moje dziecko czyta w te wakacje Rok 1984, Buszującego w zbożu i Zabić drozda i wcale nie dlatego, że ma wredną matkę, więc temat przestał mnie jakoś specjalnie interesować. My już z Baśnioboru uciekliśmy, na szczęście.

W ramach wietrzenia i prania też pewnie powinnam coś zrobić, tylko, że po powrocie do domu zapał do porządkowania ulatnia się równie gwałtownie, jak się pojawił, i pozostaje już tylko siedzenie na rozgrzebanych walizkach, tępe wgapianie się w zakurzone kąty i leniwe marzenie o owcach, które przejdą i zjedzą to wszystko, albo o dużym kanistrze benzyny i pudełku zapałek. A potem się powolutku jakoś tam ogarnia, aby było.

Krótkie sprawozdanie z odkryć, zachwytów i niewypałów czytelniczych już wkrótce, dzisiejszą notkę potraktujcie proszę jak odpowiednik sms-a o treści "jesteśmy już na miejscu". I do zobaczenia.

sobota, 11 maja 2013
wiosenne lenistwo

Podobno straciłam serce do bloga.

No, może i tak. Przynajmniej trochę. Albo całkiem.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że mój naturalny cykl zainteresowania czymkolwiek wynosi mniej więcej 3 lata. 3 lata w jednej pracy, 3 lata na forum, 3 lata znajomości z różnymi ludźmi, 3 lata zainteresowań, 3 lata blogowania. 3 lata od ekscytacji przez radość, umiarkowane znudzenie, przesyt i nudę po wypalenie i zespół swędzących nóg. Potem jeszcze kilka miesięcy na próby wskrzeszenia dawnego zainteresowania, dociąganie, bez serca i radości, do jakiegoś smętnego końca, wreszcie trzaśnięcie drzwiami i coś nowego.

Jak tzw. "naturalny okres synoptyczny".

Poza tym jest wiosna. A czytanie jest mocno przereklamowane.

Wiosna to nie jest czas na to, żeby w gorące, jasne do późna weekendy "towarzyszyła nam lektura". Nie jest to czas na zwijanie się w kłębek na jakimś wysiedzianym fotelu i wdychanie kurzu ze starego papieru. Wiosna to jest czas na rower, bieganie, badmintona, spacer, lody w cukierni, piwo w kawiarnianym ogródku, grzebanie w ziemi, odnawianie balkonowych mebli i patrzenie jak trawa rośnie. Wiosna to jest czas, kiedy pojawia się tysiąc ciekawszych zajęć niż czytanie, a to ostatnie spada na koniec kolejki, jako całkiem przyjemne zajęcie do zabicia czasu, kiedy nie ma nic lepszego do roboty.

A poza tym, czy to czytanie książek i pisanie o czytaniu nie jest strasznie autotematyczne i monotonne? I strasznie jałowe. Tym bardziej, że tak rzadko ewoluuje w prawdziwą, niebanalną rozmowę, najczęściej pozostaje strumieniem monologów albo, co gorsza, prymitywnych pytań, których jedynym celem jest "policzenie się" czy "wpisanie miast". Wolicie czytać książki w twardej czy miękkiej okładce? Gdzie wam się lepiej czyta, w autobusie podmiejskim czy w kolejce SKM? I czy to całe czytanie rzeczywiście jest jakimś tytułem do dumy? Czy rzeczywiście jest o tyle szlachetniejsze od innych zabijaczy czasu? Czy nie lepiej pobiegać zamiast pilnie pracować na kolejne dioptrie w okularach i kolejne zwyrodnienia kręgosłupa a przy okazji kolejny tysiąc odsłon bloga?

Wreszcie prowadzenie bloga rozwija takie okropne zadaniowe podejście do niewinnej przyjemności. Muszę dokończyć Bolano. Muszę wziąć się za Pilcha. Powinnam opisać nowego Rylskiego. Muszę przeczytać wreszcie tę Fallaci. Muszę zamieścić jakąś notkę w tym tygodniu. Czy to nie brzmi jak: "Muszę dokończyć tę umowę dystrybucji, muszę wziąć się za to świadectwo homologacji, powinnam sczytać instrukcję do telefonów, muszę w poniedziałek oddać felieton?" Chyba mam dość zadaniowości w życiu, nawet jeśli narzuciłam ją sobie sama, wystarczą mi zadania i terminy w pracy zawodowej.

W sumie nie wiem, czy to jest pożegnanie, czy przerwa do momentu, kiedy czytanie i pisanie o czytaniu nagle znowu wydadzą mi się atrakcyjne. Dla porządku: Rylskiego skończyłam, Wallraffa kończę, przeczytałam jeszcze w międzyczasie Marka Haddona, którego następnie podrzuciłam Synowi (nic mnie bardziej nie cieszy, niż świadomość, że mój Syn wyszedł wreszcie z błyszczącej i pustej pułapki Baśnioborów i innych produktów masowych dla dzieci, z tej całej papki w słoiczku dla dzieci od lat 10 do 14, zawierającej 99% dodatków smakowych i 1% literatury i zażądał "prawdziwej książki o prawdziwych ludziach". Teraz Syn czyta Whartona i Schmitta, pierwsza gimnazjum to doskonały moment na tych pisarzy, żeby potem móc z nich wyrosnąć we właściwym czasie.) Może coś sobie teraz poczytam w wolnej chwili, a może nie? A kto chce pogadać, niekoniecznie o książkach, wiecie, gdzie mnie szukać.

 

 

środa, 01 maja 2013
The Midwife of Hope River - Patricia Harman

A dzisiaj, dla odmiany, trochę fikcji, w dodatku fikcji lekkiej i stosunkowo przyjemnej. Czyli chwila oddechu albo książka do torebki.

"The Midwife of Hope River" to debiut powieściowy Patricii Harman, amerykańskiej położnej, autorki dwóch książek wspomnieniowych. Temat-pewniak - co najmniej od serialu "Call the Midwife" położne cieszą się sporym zainteresowaniem, zresztą która kobieta nie ma ochoty czasem poczytać pięknych, strasznych, krwawych, radosnych, smutnych historii o cudzych porodach?

Znalazłam w sieci recenzję, której autor napisał, że w tej książce "Call the Midwife" spotyka się ze "Służącymi" i sporo w tym racji. Akcja osadzona jest w pierwszym roku Wielkiego Kryzysu w wiejskich, górniczych rejonach Zachodniej Wirginii, a bohaterka, położna Patience Murphy, wspólnie z młodziutką czarnoskórą pomocnicą Bitsy odbiera porody, walczy o przetrwanie w prymitywnych wiejskich warunkach i biedzie, starając się uciec od swojej trudnej przeszłości, związanej z ruchem związkowym.

W tle toczy się życie małego miasteczka, narasta kryzys - zamykane są kolejne kopalnie i firmy - czarnoskórzy mieszkańcy Liberty czują się coraz bardziej zagrożeni przez ponownie rosnący w siłę Ku-Klux-Klan. Segregacja rasowa teoretycznie prawie nie istnieje, w praktyce jednak funkcjonuje niemal we wszystkich dziedzinach życia, a dwie położne - stara pani Potts (czarna) i Patience (biała) stanowią element spajający niewielką społeczność.

Życie toczy się zgodnie z rytmem pór roku, przetrwanie zależy od zbiorów warzyw z ogródka, kondycji jedynej krowy i nędznych zarobków często wypłacanych w naturze, telefon i samochód wciąż są nowinkami niedostępnymi dla wszystkich. Patience, ze swoimi liberalnymi poglądami, z jednej strony wnosi do miasteczka powiew świeżości, z drugiej żyje w nieustannej obawie, że ktoś odkryje jej przeszłość.

Oczywiście nie można zapomnieć o porodach i szczegółach medycznych, czyli o tym, co tygryski lubią najbardziej :) Jest ich tu obfitość, z krwawymi detalami, porody szpitalne z ówczesnym znieczuleniem opisywane jako koszmar i porody domowe, które czasami (ale rzadko) w koszmar się zmieniają. Krew i wody płodowe leją się obficie, co kilkanaście stron, poznajemy techniki badania, znieczulania i leczenia sprzed 80 lat i dowiadujemy się, jak położne radziły sobie w sytuacjach zagrażających życiu rodzącej. Chociaż jak na tamte czasy, prymitywne warunki i dostępne środki medyczne, jest tych sytuacji zaskakująco mało, a przeważająca większość porodów odebranych przez bohaterkę to wydarzenia radosne.

Bardzo przyjemna, wciągająca powieść, która powinna spodobać się zarówno wielbicielkom serialu o londyńskich położnych, jak i fankom "Służących".

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli