niedziela, 07 lutego 2010
Fioletowy hibiskus - Chimamanda Ngozi Adichie
Piętnastoletnia Kambili dorasta w Nigerii, w domu ojca, Eugene - powszechnie szanowanego działacza, wydawcy opozycyjnej gazety i zamożnego przedsiębiorcy, człowieka bardzo religijnego i filantropa. Na pozór niczego rodzinie nie brakuje - nie muszą się zmagać z problemami, jakie dotykają uboższe warstwy społeczeństwa nigeryjskiego, dzieci uczą się w elitarnej szkole, a cała rodzina otoczona jest szacunkiem.

Jednak to tylko pozory. W rzeczywistości książka jest przerażającym studium fanatyzmu religijnego i przemocy domowej. Ojciec - na zewnątrz filantrop, z tytułem Omelora - Tego, Który Dba o Społeczność, hojny dobroczyńca dla swoich pracowników i współziomków, w domu rządzi żelazną ręką tyrana. Stosuje okrutne kary za każde przewinienie wobec bardzo rygorystycznie pojmowanej wiary i za każde odstępstwo od ustalonych przez siebie zasad.

Najstraszniejszy dla czytelnika jest kult, mieszanka bezgranicznej miłości i przerażenia, jakim otaczają okrutnego ojca Kambili i jej brat, Jaja. Również ich matka zachowuje się zgodnie z mechanizmem typowym dla ofiar przemocy domowej - uparcie trwa przy swoim prześladowcy, nie jest w stanie obronić ani siebie ani dzieci przed jego atakami, usprawiedliwia go przed otoczeniem i nie przyjmuje do wiadomości możliwości uwolnienia się. Na jednym z blogów przeczytałam, że wzbudza to bunt nas, kobiet wychowanych w innej kulturze. Myślę jednak, że w każdej kulturze znajdziemy tego typu przemoc i takie mechanizmy zachowań. Nie mają nic wspólnego z afrykańską specyfiką - to uniwersalny mechanizm uzależnienia ofiary od kata, który można spotkać i na polskim osiedlu.

Na ratunek bratankom przychodzi siostra Eugene'a, owdowiała ciotka Ifeoma. Zabiera Kambili i Jaję do swojego ubogiego, lecz szczęśliwego domu, w którym mieszka z trojgiem dzieci, pracując jako wykładowca na uniwersytecie. Dopiero tam, w spartańskich warunkach, Kambili uczy się, że można roześmiać się, odezwać bez pytania, żyć bez strachu o karę. Tam poznaje też inne, pozytywne i radosne oblicze wiary katolickiej, uosobione w postaci księdza Amadiego.

Książka jest pełna kontrastów - bogaty lecz nieszczęśliwy dom w porównaniu z ubogim, lecz pełnym śmiechu i radości. Purytańska, surowa wiara kontra radosna afirmacja i miłość, albo "pogańska" lecz równie prawdziwa religijność dziadka Kambili. Kult angielszczyzny i narzuconych przez kolonializm obyczajów w domu Eugene'a przeciwstawiony dumie z afrykańskiej kultury i tradycji jaką żywi Amaka, najstarsza córka Ifeomy. Wreszcie dwa oblicza Eugene'a, wzorowego chrześcijanina i okrutnego tyrana.

Zakończenie - jedyne możliwe, ostateczny akt buntu i rozpaczy udręczonej matki i ogrom poświęcenia jej syna. Iskierka nadziei dla wyzwolonej od cierpień rodziny.

Adichie poświęca też dużo uwagi szczegółom, realiom nigeryjskiego życia. Chwilami książka aż niemal pachnie nigeryjskimi potrawami i tytułowymi hibiskusami, aż czuje się upał i nadchodzące gwałtowne ulewy. Tym razem, inaczej niż w "Połówce żółtego słońca" wydarzenia polityczno-historyczne nie wysuwają się na pierwszy plan, są raczej tłem dla opowieści o dojrzewaniu i uwalnianiu się spod władzy okrutnego ojca.
Ocena 9/10
Łańcuszek
 

Zostałam zaproszona do zabawy przez Kasię.eire .

Zawsze mam problem z odpowiedziami, bo dziwnym trafem te najciekawsze książki wylatują mi z głowy i przypominam sobie o nich dopiero po wszystkim. Ale spróbuję.

1. Jakie trzy powieści poleciłabyś koleżance idącej na patologię ciąży z informacją, że będzie musiała tam spędzić miesiąc do porodu?

Hmm, kiedy sama byłam w tej sytuacji, sięgnęłam po prostu po najgrubszą książkę jaką miałam w domu - na patologii jest śmiertelnie nudno :-) - i była to "Blondynka" Joyce Carol Oates. Dobry wybór ale nie dla każdego (jak wszystkie książki).

Na pewno poleciłabym Hakawatiego, bo doskonale odrywa od rzeczywistości. Może jeszcze "Dom w Riverton", bo jest grubaśna i nie trzeba się przy niej wysilać. Albo cokolwiek z "serii z miotłą" WAB - znaczek serii gwarantuje mądrą, ciekawą książkę o kobietach dla kobiet. I oczywiście trochę sadystycznie, "Stulecie chirurgów", albo "Pacjentów", żeby koleżanka mogła docenić nowoczesny szpital i zobaczyć, że współczesne zabiegi medyczne to pikuś przy tym, przez co musieli przechodzić nasi przodkowie jeszcze 100 lat temu :) 

2. Jaka książkę chciałabyś zobaczyć zekranizowaną, a która powinna zostać tylko na papierze, bo jej ekranizacja tylko by ją spłyciła?

Ciarki chodzą mi po plecach na myśl o planowanej ekranizacji "Peanatemy" - już sobie wyobrażam mądrą fantastykę przetworzoną w ciąg wymyślnych walk, pościgów po dachach i efektownych wybuchów w wykonaniu np. przystojniaka ze "Zmierzchu" owiniętego w prześcieradło.

Ale ja jestem ortodoksem - ekranizacji nie lubię i zwykle nie oglądam, bo uważam, że spłycają książkę i prawie nigdy nie dorównują "filmowi" jaki mam w głowie, kiedy czytam. Ewentualnie mogę obejrzeć ekranizację jakiegoś czytadła, ciekawa byłaby też porządnie zekranizowana trylogia  husycka.

3. Jaka powieść poleciłabyś mężczyźnie, a jaką kobiecie, osobom, które nigdy nie czytały nic oprócz lektur, a teraz chcą zacząć swoją przygodę z książką? (staję przed takim pytaniem często w tej bibliotece, którą prowadzę społecznie, ale mam ograniczony wybór do tych, które tam dostępne, ale wy możecie oczywiście wybrać ze wszystkich, nawet tych nie tłumaczonych na polski.

Dawno temu jako studentka z poczuciem misji chciałam ukulturalnić mojego narzeczonego - przystojnego troglodytę, który od szkoły nie czytał nic poza "Auto-moto" i gazetkami "dla panów" :) Poleciłam mu "Mistrza i Małgorzatę" z grubej rury, i tym sposobem P. zakończył "przygodę z książką" po ok. 50 stronach marudzenia, że nudne, dziwne i nie wiadomo o czym.

Pewnie trzeba by więc na początek polecić coś lekkiego. Z czytanych niedawno  a ciekawych dla kobiety mogłabym polecić "Sekretne życie pszczół", "Srebrną zatokę". Każdemu poleciłabym Kinga na początek, czyta się szybko, straszy, wzrusza, wciąga, nie wymaga wielkiego myślenia a z drugiej strony jego książki sporo mówią o ludziach.

Uff, teraz trudniejsza część zadania, czyli moje 3 pytania...

1. Jaka niedawno przeczytana książka "nie pozwoliła Ci zasnąć" - bo tak mocno wzruszyła, zainspirowała, wystraszyła, albo pobudziła do myślenia?

2. Którego autora (może być nieżyjący) chciał(a)byś poznać osobiście i zasypać pytaniami na temat życia, wszechświata i całej reszty? ;-)

3. Jaką dawno przeczytaną i zapomnianą książkę chciał(a)byś odkryć na nowo, po latach, albo zobaczyć wydaną ponownie w księgarni?

Do zabawy zapraszam Agawę, Jasoxa, i Kota_kreskowego


poniedziałek, 01 lutego 2010
Nocna zamieć - Johan Theorin


Rzadko się zdarza, żeby książka, która budzi ogromne oczekiwania, później ich nie zawiodła. Zwykle bywa "nie tak" - nie tak dobra, nie tak ciekawa, nie tak mądra, jak się spodziewam.

"Nocna zamieć" nie zawodzi, wręcz przeciwnie, była jeszcze lepsza, niż się spodziewałam. Dawno mi się nie zdarzyło pochłonąć książki w niecałe 2 dni, dawno nie miałam tego uczucia żalu, że trzeba ją odłożyć na noc, a potem - że to już koniec.

"Nocna zamieć" to druga część cyklu nazwanego przez recenzentów Kwartetem Olandzkim. Pierwsza część - "Zmierzch" była kryminałem z wątkiem obyczajowym i społecznym, bardzo dobrym zresztą, ale druga część jest jeszcze lepsza. W pierwszej części Olandia była względnie spokojnym pustkowiem, o umiarkowanie ponurym klimacie. Tutaj jest mroczną wyspą wystawioną na pastwę szalejących zimowych żywiołów i demonów przeszłości. Tytułowa zamieć to zjawisko specyficzne dla wyspy, które potrafi zabić.

Joakim i Katrina Westinowie wraz z dwojgiem małych dzieci sprowadzają się do dawnego gospodarstwa latarnika położonego na wyspie. Domostwo od początku jest naznaczone tragedią - zbudowano je z drewna pochodzącego z zatopionego statku. O kolejnych zgonach i nieszczęściach jakie nawiedziły dom na przestrzeni półtora stulecia, dowiadujemy się stopniowo w miarę czytania. Jednak, zgodnie ze szwedzkimi wierzeniami ludowymi, zmarli nie odchodzą na zawsze, a w noc Bożego Narodzenia zbierają się na nabożeństwie.

Gdy rodzinę Westinów dotknie tragedia, dom zacznie stopniowo odsłaniać swoje tajemnice, a pozostali przy życiu członkowie rodziny będą musieli zmierzyć się zarówno z własną rozpaczą, jak i z duchami przeszłości. A kulminacja dokona się w tytułowej zamieci.

To nie jest typowy kryminał - chociaż jest tu i młoda policjantka, i dwa zabójstwa, i trio włamywaczy zajmujących się kradzieżami w opuszczonych domach letniskowych, i pojawia się, tym razem w roli drugoplanowej, Gerlof Davidsson, stary marynarz. To przede wszystkim powieść psychologiczna - o stracie, rozpaczy, żałobie. O tajemnicach przeszłości i ich wpływie na teraźniejszość. Wątek nadnaturalny - duchów zmarłych - też nie znajduje przyziemnego rozwiązania, jest raczej otwartym zaproszeniem dla czytelnika, żeby sam zastanowił się nad ich istnieniem.

I wreszcie wiem, czego mi brakowało w pierwszej części Millenium. Uczuć! Psychologii! Empatii! Książka Larssona była w moim odczuciu zimna jak te wszystkie opisywane komputery, jak ciekawy ale nie wstrząsający artykuł w gazecie, gdy tymczasem Theorin sięga do psychiki bohaterów, straszy i wzrusza czytelnika, pozwala mu przeżywać emocje opisywanych postaci. Może tak jest po części dlatego, że łatwiej mi utożsamić się z bohaterami "Nocnej zamieci" - młodym małżeństwem z dziećmi, niż z wziętym dziennikarzem, rozwodnikiem, i pokręconą hakerką?

W każdym razie, z mojego punktu widzenia, "Nocna zamieć" to absolutna rewelacja, a teraz będę niecierpliwie czekać na trzecią część "Kwartetu".

Tylko okładka jest mocno paskudna :)
10/10
niedziela, 31 stycznia 2010
Lunatyk - Jonathan Barnes


"Należy się wam ostrzeżenie. Niniejsza książka nie posiada żadnej wartości literackiej. Składa się na nią stek bzdur obliczonych na tani efekt, fabuła jest zagmatwana i niewiarygodna, postaci nie przekonują, a marny i monotonny styl, pełen zbędnych udziwnień, nazwać trzeba żałosnym. Wątpię zatem głęboko, czy uwierzycie w zawarte tu treści." - ostrzega narrator w pierwszych zdaniach. Wszystko stanie się jasne pod koniec, gdy okaże się, kim jest ten tajemniczy narrator, pojawiający się co pewien czas we wtrąceniach.

Książka jest przedziwna, pokręcona i zabawna. Już okładka, przypominająca afisz podrzędnego teatrzyku, wprowadza w nastrój - to nie tylko zabawa konwencją, ale szalona jazda bez trzymanki w koleinach wyżłobionych przez konwencję.

Akcja rozgrywa się w Londynie na początku XX wieku, niedługo po śmierci królowej Wiktorii, od której wzięła nazwę epoka i powieść wiktoriańska. Para głównych bohaterów to podstarzały iluzjonista i detektyw-amator Edward Moon oraz jego milczący towarzysz/asystent, czyli tytułowy Lunatyk. Prowadząc śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa podrzędnego aktora, Moon wpada na trop tajemniczego spisku, którego celem jest zniszczenie Londynu.

Prawdziwym bohaterem powieści jest Londyn. Londyn wiktoriański, znany z Dickensa, ale przede wszystkim jego mroczna strona, rodem z koszmarnych snów, Londyn, który poprzez smród w metrze "ujawnia swoje prawdziwe "ja", swoją wewnętrzną, kloaczną naturę" (s. 303), Londyn, który trwa od czasów legendarnego króla Luda, skrywając pod powierzchowną warstwą ulic i budynków ciemne siły zła.

Mamy tu i mroczne więzienie, w którym dogorywa niejaki Barabasz, i odrażające przybytki, w których dżentelmeni zaznają zakazanych rozkoszy z dziwadłami w rodzaju kobiety z brodą, mamy tajną agencję rządową, sektę przygotowującą rewolucję, kierowaną przez czarny charakter jak rodem z kreskówek, człowieka, którego życie płynie nie z biegiem czasu a pod prąd, seanse spirytystyczne, demony zła przebrane w szkolne mundurki, wreszcie słynnego nieżyjącego poetę w roli odrażającego monstrum. Wszystko to miesza się i splata w skomplikowaną pajęczynę, trochę jak w koszmarnym śnie. Bywa wiktoriańsko, bywa zabawnie, a bywa przerażająco albo obrzydliwie.

O dziwo ta mieszanka jest strawna i bardzo przyjemnie się czyta, pod warunkiem, że nie oczekuje się schematycznego rozwiązania zagadki i typowego przebiegu akcji. Trzeba się raczej nastawić po prostu na zabawę tą wybuchową mieszanką Dickensowskich motywów, horroru, powieści detektywistycznej i thrillera.

Ocena 8/10
piątek, 29 stycznia 2010
książka zbliża ludzi
czyli o kreatywnej modyfikacji "podrywu na cukinię".
Siedzenie w hallu basenu, podczas gdy dziecko ma zajęcia, jest jednym z najnudniejszych zajęć, jakie można sobie wyobrazić.

Można popijać kawę z automatu, można obserwować wchodzących i wychodzących, można ewentualnie gadać z innymi rodzicami, o ile jest się osobą śmiałą i towarzyską.

Nie jestem, ale rytualne pogawędki w szkolnej szatni trochę zaprawiły mnie w bojach. Rozmawiam więc o tym że mój Piotrek to, a mój Dawid tamto, a jak dzisiaj znowu zimno, a od czwartku śnieg ma padać, a dokąd na ferie.

W ostatni wtorek na basenie nie było prawie nikogo. Tylko jedna, już wstępnie znajoma mama, ukryta za jakąś grubą i - sądząc ze skupienia - bardzo ciekawą książką. Kiedy widzę kogoś z książką w szatni albo przy piaskownicy, to od razu wiem, że to bratnia dusza, ktoś, kto "zna Józefa". I natychmiast wykręcam szyję, usiłując dojrzeć, co ten ktoś czyta.

Wypróbowałam sposób z cukinią, pytając: co pani czyta ciekawego?

Pani czytała "Rio Anaconda" Cejrowskiego.

I zaczęłyśmy rozmawiać.

I nagle się okazało, że nasze 45 minut dyżuru w szatni już minęło, a nasi synowie czekają aż skończymy gadać i wysuszymy im włosy.

A przy okazji chyba przytłumiły się moje negatywne uczucia w stosunku do książek Cejrowskiego. Bo do tej pory autor wydawał mi się tak odrażająco niesympatyczny jako człowiek, że czułam prawie fizyczny wstręt do sięgnięcia po jego książki. Sami wiecie, tekst o szmatach i tak dalej. A tymczasem po tej rozmowie na pewno sięgnę.

Na marginesie - to fascynujące, jak bardzo sama osoba autora wpływa na nastawienie. Może lepiej jednak, żeby pisarze - osoby trzymali się w cieniu, pozwalając przemawiać przede wszystkim swoim dziełom? Nie będzie PR? Rzeczywiście, nie będzie, ale będzie też mniej zniechęconych jeszcze przed przeczytaniem...

środa, 27 stycznia 2010
To przecież proste. Towarzyskie umiejętności, które ułatwiają życie
W trosce o mój rozwój, a może w ramach procesu zbliżonego do uczłowieczania Tytusa, mój zapracowany Mąż kupił mi książkę.

Jest to prezent z tego gatunku, że w zasadzie należałoby się za niego obrazić.

Książka nosi bowiem tytuł: "To przecież proste. Towarzyskie umiejętności, które ułatwią życie". Autorzy - Allan i Barbara Pease, znani z bestsellerów w rodzaju "Dlaczego mężczyźni kłamią a kobiety płaczą".

Trochę tak, jakby dać grubasowi książkę pod tytułem: "Schudnij, to takie proste. Skuteczna dieta dla każdego".

Ale książka dostarczyła mi tyle uciechy, że postanowiłam się jednak nie obrażać. Podziękuję więc za nią mojemu Mężowi, jasno i wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy, nie używając zaimków "ja, mój, mnie", lekko dotknę jego łokcia i nie będę już mówić o nim per mój mąż, bo taka forma depersonalizuje partnera. Przy okazji podam mu kilka faktów i danych, bo mężczyźni mają zaprogramowany taki sposób rozmowy, co udowodniły badania przepływu krwi w mózgu. Użyję też kilku wyrazów z listy 12 najbardziej przekonywujących słów w języku mówionym, na przykład: sprawdzony, rezultat, nowy, bezpieczeństwo, zdrowie. Będę unikać stosowania zwrotu "coś w tym rodzaju" bo wywołuje wrażenie, że nie wiem, o czym mówię. Będę mówić entuzjastycznie, tryskając optymizmem, aby pomyślał, że za chwilę spotka mnie coś wspaniałego. Na koniec zgodzę się z jego prawem do własnej opinii, albowiem ludzie zgodni są bardziej lubiani, należy więc zawsze zgadzać się ze wszystkim i nigdy niczego nie krytykować.

A kiedy mój syn dostanie kolejną tróję minus z WF, powiem mu: Gratulacje kochanie, dziś jesteś już o krok dalej niż wczoraj!

A potem wybiorę się na bazar poszerzyć grono moich przyjaciół, bo w książce najbardziej spodobała mi się rada z rozdziału pt. jak rozpocząć rozmowę (z nieznajomym):

Na rynku:
O, zauważyłam, że kupuje pani cukinię. Nigdy nie miałam pojęcia, co można z niej zrobić. W jaki sposób pani ją przyrządza?

Sukces towarzyski gwarantowany, z pewnością moje grono przyjaciół znacznie się poszerzy, mogę też stać się lokalną ursuską atrakcją jako Ta Wariatka Która Zaczepia Ludzi. W końcu wszyscy pragniemy, aby nas dostrzegano, czyż nie?

Mój Mąż (i znowu go zdepersonalizowałam...) twierdzi, że jak zwykle się bezsensownie wyzłośliwiam zamiast przyswoić sobie jakieś wartościowe wskazówki. W ramach tryskania optymizmem mogę przyznać, że książka zawiera 2 lub 3 mądre i ciekawe porady. Niestety, giną w masie tych wszystkich entuzjastycznych banałów w sam raz dla nierozgarniętego akwizytora. A jeśli pojawia się cokolwiek, co przypomina ciekawe odkrycie naukowe, to jest uproszczone do granic idiotyzmu. (Swoją drogą bardzo ciekawe, jak seksistowskim bredniom w rodzaju "kobiety mówią wszystkie naraz a mężczyźni po kolei" można dodać powagi zwrotem "jak wykazują badania tomografem")

Wszystkie fragmenty kursywą pochodzą z książki, myślę, że oceny tym razem nie trzeba.

wtorek, 26 stycznia 2010
Podaj.net - jednak rozczarowanie
Na początku była euforia. Wreszcie miejsce, gdzie można wymieniać książki! Pozbyć się zalegających na półkach "jednorazówek" (głownie wszystkich tych thrillerów o templariuszach, masonach, zamaskowanych królowych itp., kupowanych na podróż pociągiem) i książek, które nie trafiły w moje upodobania - i do tego dostać coś fajnego w zamian.

Do pozbywania się to jest miejsce absolutnie idealne. Wszystko, co wystawiłam (templariusze, Ondaatje, jakieś kryminały i powieści historyczne, podwójne egzemplarze książek dla dzieci) było wydane w ostatnich 3-4 latach, stosunkowo zadbane, rozeszło się na pniu, szybciutko zdobylam sobie punkty i zaczęłam szukać.

I wtedy się okazało, że jeśli chodzi o to Coś w Zamian to miejsce jest jednak, mówiąc delikatnie, średnio idealne.

Można wyszukać perełkę sprzed lat, jeśli ma się nietypowy gust (ja znalazłam sobie dwóch zapomnianych Skandynawów, i Saville Davida Storey). Ale książki sprzed kilku, nie kilkudziesięciu lat? Znani autorzy? Słabo. Słabiutko. Bardzo słabo. Prawie nic.

Jeśli już na liście pojawia się popularne nazwisko, znany tytuł, bestseller to kliknięcie na niego prawie zawsze prowadzi do magicznej informacji: Transakcja prywatna. Co wywołuje uczucia podobne do tych, jakie towarzyszą wejściu nosem w zamknięte drzwi.

Jeśli prawdą jest to, co odkryła Abiela , że książki ciekawsze, nowsze i bardziej chodliwe niż na przykład "Badania operacyjne w przykładach i zadaniach" (1993) albo "Matematyka w pigułce dla klas III i IV", wymienia się z konkretnymi osobami po prywatnych ustaleniach na forum... to taki proceder wypacza całą ideę. To byłoby typowo polskie zachowanie, takie z lat komuny, nawyk wypracowany latami omijania list społecznych i przynoszenia Podwawelskiej. Zamiast społeczności - sieć prywatnych układów. Może to tylko teoria spiskowa rozczarowanych, ale niestety brzmi bardzo znajomo... podobnie do tych maili od allegrowiczów ("za ile pani sprzeda telefonik poza aukcją?" "ile muszę zalicytować żeby pani zamknęła aukcję i mi sprzedała kurteczkę?")

I tak się rozczarowałam Podajem, w zaledwie parę dni po euforii. I chyba zakończę moją "karierę" podajową w chwilę po rozpoczęciu - nie będę przecież naiwnie puszczać w obieg stosunkowo nowych, poszukiwanych książek jeśli w zamian, jako niewtajemniczona, mogę liczyć głównie na rozmówki angielskie i matematykę w pigułce.

sobota, 23 stycznia 2010
Powieść dla kobiet - Michal Viewegh
Najwyraźniej nie jestem kobietą, bo to nie jest powieść dla mnie. Ale to żadna nowość :)

Przeglądając recenzje w sieci, zauważyłam, że wypada wspomnieć, że książka ma przewrotny, intrygujący tytuł, oraz, że gra z konwencją.

To jest kobiecy odruch obronny, bo gdyby tę książkę odczytywać na poważnie, należałoby przyjąć, że jesteśmy pustymi idiotkami. Bezpieczniej jest odczytywać ją jako parodię i kpinę. Bezpieczniej i dla autora, jeśli uznamy, że prowadzi inteligentną grę. Ale i tak "Powieść dla kobiet" jest mocno denerwująca.

Ze wstępu autora wynika, że "Powieść dla kobiet" narodziła się jako przedłużenie dość oryginalnego pomysłu publikowania literatury na powierzchniach reklamowych w metrze. Najpierw powstało więc kilka zamieszczonych w powieści listów, które pojawiły się na plakatach, a dopiero później Viewegh dopisał do nich powieść.

Listy pisze Oliver, czterdziestoletni pracownik agencji reklamowej, do Laury - dziewczyny, która go porzuciła, redaktorki pisma kobiecego, tuż po 20-ce. Przez resztę książki narratorką jest Laura, która opowiada o swoim związku z Oliverem i o rozstaniu, o romansowych przygodach swojej wciąż młodej i atrakcyjnej mamy i o różnych innych perypetiach.

Na pewno plusem jest dowcip, dystans i ironiczne spojrzenie na rozmaite środowiska - autor nie oszczędza nikogo - kobiet, mężczyzn, prostaków, snobów, intelektualistów. Miałam tu wtrącić zdanie o słynnym czeskim humorze, ciepłym i lubiącym ludzi... ale nie do końca tak jest, chwilami jest ostro i złośliwie. Drugi plus to bezpretensjonalny i nie popadający w pornografię ani w egzaltowaną tandetę sposób pisania o seksie. Tego polscy autorzy nie potrafią, z niżej podpisaną włącznie.

A sama historyjka... trochę uczuć, trochę rozterek, trochę zazdrości, szczypta egzotyki w środkowoeuropejskim wydaniu czyli wycieczka na Kanary i chorwackie wakacje, trochę dywagacji o mężczyznach idealnych, trochę telenowelowy zbieg okoliczności z gatunku "jaki ten świat mały!", wszystko z przymrużeniem oka. Nie bardzo męczy przy czytaniu, specjalnie nie nudzi. Gdybym lubiła konwencję, to pewnie bawiłaby mnie zabawa konwencją, ale że jestem nadętą snobką, która organicznie nie znosi zabawnych książeczek o wolnych związkach atrakcyjnych lecz niestałych młodych kobiet, to po pewnym czasie miałam serdecznie dość. Jedyną postacią, z którą mogłam się jako-tako utożsamić był lekko zgorzkniały, brutalnie szczery, znużony życiem Oliver. Infantylizm i głupota głównej bohaterki doprowadzały mnie do szału, niestety autor zadbał o to, żebym nie mogła poczuć się od niej lepsza, bo przy okazji bezlitośnie wyśmiał też środowisko tych, którzy uważają się za lepszych.

Książka do torebki, autobusu, poczekalni u dentysty i szkolnej szatni, raczej dla lubiących konwencję.

Ocena: 6/10
PS Nowy Rok zaczęłam od książek ważnych, mądrych, porywających, świetnie napisanych. Może dlatego jakoś od tamtej pory nic nie chce mnie naprawdę zachwycić ani oczarować, nawet książki stosunkowo dobre wydają mi się jakoś gorsze niż mogłyby być.
środa, 20 stycznia 2010
Taras z uroczynem - Mia Couto
Mozambik po wojnie i wyzwoleniu spod rządów Portugalii. W starej, opuszczonej nadmorskiej fortecy funkcjonuje przytułek dla starców. Pewnego dnia ginie kierownik przytułku, Vasto Excelencio. Na miejsce przybywa komisarz policji żeby poprowadzić śledztwo.

Ermelindo, który zmarł w tym miejscu wiele lat wcześniej, nie może zaznać spokoju, ponieważ nie został pochowany zgodnie z tradycją. Postanawia więc wejść w ciało komisarza. Razem z nim słucha kolejnych opowieści starych ludzi, z których każdy po kolei przyznaje się do zabicia kierownika... Jest tam dziecko-starzec, który umrze, gdy tylko dokończy swoją opowieść, jest stary Portugalczyk spędzający całe dnie na wpatrywaniu się w morze, kobieta - zwana czarownicą. Każde z nich ma swoją historię, nierozłącznie powiązaną z dawnymi afrykańskimi tradycjami, które nieodwołalnie odchodzą w przeszłość.

Dziwna to książka, magiczna i smutna. Mieszkańców przytułku łączy przeraźliwa samotność. Należą do przeszłości, ze swoimi wierzeniami i opowieściami, mieszkańcy zewnętrznego świata, przeoranego wojną, która "rozdarła świat, w którym starcy zajmowali poczesne miejsce." (str.116), odrzucają ich, wykorzystują. "Na całym świecie bliscy, odwiedzający starców w przytułkach, przekazują im pozdrowienia, żeby ich pocieszyć. W naszym kraju jest na odwrót. Rodzina odwiedza starych po to, żeby kraść im żywność." (str.103)

Czasem mam wrażenie, że wszystkie najlepsze książki z egzotycznych miejsc są takimi kronikami ginących światów, rozdartych między swoją dawną tożsamością a narzuconą - przez kolonizatorów, Europejczyków, postęp - "nowoczesnością". O tym, co stare, prawdziwe i rdzenne, a teraz zepchnięte na margines, dogorywające gdzieś na uboczu. Tu też jest świat rozdarty wojną i wyzwoleniem na "stary" i "nowy", tu rządzą reprezentanci "miasta" w rodzaju policjanta. Policjant jest jak dziecko we mgle, jego sposób widzenia świata nie przystaje do rzeczywistości przytułku, próbuje zrozumieć ale jest odrzucany, a mieszkańcy zabawiają się jego kosztem. Na koniec starcy odnoszą wprawdzie ostatnie zwycięstwo, lecz później definitywnie odchodzą, wraz z duchem Ermelinda, który opowiedział całą tę historię. Jak metafora dawnej Afryki.

Czy tak nie jest i w naszym świecie? Czy nasi dziadkowie, ze swoimi wartościami, wierzeniami i zwyczajami też nie są spychani do jakichś odizolowanych "przytułków" - kiedyś mędrcy, dzisiaj żałośni bajarze, którzy zaminowują swoją przestrzeń jak Salufo, żebyśmy nie odwiedzali ich po to, żeby kraść?

Bardzo przejmująca książka, która zarazem uwodzi egzotyką opowieści i stawia uniwersalne pytania o kształt dzisiejszego świata. Szkoda tylko, że taka króciutka.

Ocena 9/10
niedziela, 17 stycznia 2010
Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson
Zgodnie z regułami gry powinnam teraz pokajać się za moją nieufność w stosunku do "Millenium", przyznać że bestsellery bywają znakomite i napisać pean :)

Streszczenie sobie podaruję - skoro Wszyscy to już kupili to Wszyscy doskonale wiedzą o czym to jest. Streszczenie wydawcy wygląda tak:
"Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, redaktor czasopisma Millennium, przechodzi kryzys wartości i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka, Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć..."

Jest to niewątpliwie sprawnie napisany kryminał plus coś w rodzaju sagi pewnej wpływowej rodziny plus powieść obyczajowa pokazująca współczesne życie Szwedów.

Na pewno dwie pozytywne cechy w moim przypadku się potwierdziły - szybko się to czyta i wciąga, ale dopiero po jakimś czasie. Od razu się przyznam że cały wątek dotyczący afery Wennerstroma, funkcjonowania czasopisma i procesu Blomkvista był dla mnie śmiertelnie nudny, przez chwilę bałam się nawet, że większość książki będzie o machinacjach finansowo-giełdowych, czego bym nie zniosła. Zaciekawiła mnie tylko zagadka zniknięcia Harriet, a po jej rozwiązaniu znowu straciłam zainteresowanie i ostatnie 80 czy 100 stron przeczytałam z obowiązku, byleby skończyć.

Sama zagadka, śledztwo, i rozwiązanie, są poprowadzone bardzo ciekawie, autor sprawnie układa kolejne kawałki puzzli. Chociaż nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Lisbeth Salander, z jej nadnaturalnymi zdolnościami komputerowo-pamięciowymi jest tu czymś w rodzaju deus ex machina, czarodziejskiego gadżetu, który ułatwia bohaterowi to co normalnie byłoby trudne, i umożliwia to, co niemożliwe.

Ogólnie postaci są jak na mój gust troszkę przejaskrawione - taki duet Najbardziej Prawy Dziennikarz plus Najlepsza Hakerka Świata, za bardzo jak superbohaterowie. Wolę, kiedy śledztwo prowadzi ktoś bardziej zwyczajny - dziennikarka w "Księżniczce z lodu" albo stary, schorowany marynarz w "Zmierzchu". No ale powiedzmy, że mimo to są dość wiarygodne i właściwie jedyną rzeczą, jaka skłoni mnie do sięgnięcia po kolejne tomy, jest chęć poznania przeszłości Lisbeth - czyli "Całego Zła" i tego, co przyczyniło się do jej obecnych problemów w kontaktach z ludźmi. Pozgaduję sobie - na 90% chodzi o molestowanie w dzieciństwie, mam wrażenie że to jeden z obowiązkowych szwedzkich tematów, który zresztą i tu znalazł swoje miejsce. Za jakiś czas przekonam się, czy miałam rację.

Zdarzało mi się gubić w koligacjach rodziny Vangerów, choć trzeba przyznać, że autor poświęcił sporo miejsca na ich przedstawienie. Z rozwiązaniem zagadki minęłam się, ale niewiele - myślałam, że Anita to w rzeczywistości dorosła Harriet.

Podobał mi się opis "życia i obyczajów" współczesnych Szwedów, z naciskiem na bujne, niczym nie skrępowane życie seksualne systemem "każdy z każdym", opisywane w tonie beznamiętnym, jakby chodziło o zakładanie butów czy inne codzienne czynności bez większego znaczenia. Z ciekawością przeczytałam o systemie opieki społecznej nad takimi "odstającymi od normy" jak Lisbeth, zainteresowały mnie wzmianki o wciąż nie do końca zapomnianych czy rozliczonych wojennych nazistowskich sympatiach części społeczeństwa.

Bardzo przeszkadzał mi za to komputerowy "product placement" czyli opisywanie ze szczegółami parametrów, nazw i elementów używanego przez bohaterów sprzętu komputerowego i oprogramowania, zupełnie niekonieczne dla rozwoju akcji, bo co to ma w zasadzie za znaczenie czy Salander włamuje się gdzieś z ibooka czy z peceta i na czym Mikael pisze swoją kronikę? Chwilami miałam wrażenie, że "sponsorem książki jest firma Apple".

Na koniec, żeby już nie rozwlekać: pierwsza część Millenium okazała się dość ciekawą, sprawnie napisaną książką, która pozwoliła mi w przyjemny sposób wypełnić trzy-cztery dni życia. Jednak pomimo, że chwilami okazywała się prawdziwym "page-turnerem", to cały czas czytałam ją na chłodno, jakby "z zewnątrz", bez specjalnego zaangażowania emocjonalnego, takiego jak odczuwałam czytając choćby, żeby pozostać przy Szwedach, Axelsson.

Ocena - 7/10
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
Blog-matka
Inni czytają
Napisałam
Niedoczytane
Przeczytane 2010
Przeczytane w 2009
Przeczytane z dziećmi
Teraz czytam
Lubię czytać Spis moli