niedziela, 13 maja 2012
Papillon - Henri Charriere
"Papillon" to wspomnienia z francuskiej kolonii karnej spisane pod koniec lat 60 ubiegłego wieku przez uciekiniera. Na podstawie książki powstał doskonały film, ale książka jest ciekawsza. W końcu to autentyk, relikt epoki, kiedy obozy pracy były normą w cywilizowanym kraju i kiedy nikt nie zawracał sobie zbytnio głowy prawami człowieka, oskarżonego, więźnia. Henri trafił do Gujany Francuskiej w wieku 26 lat, skazany za morderstwo, którego nie popełnił, na karę dożywotniego zesłania. Szczerze mówiąc, tu miałam pierwszy moment wahania. Trudno mi było uwierzyć w absolutną niewinność, więzienia są pełne niewinnych i wrobionych. Dlatego zapewnienia o niewinności brałam w nawias. Od chwili aresztowania jedynym co utrzymywało Papillona przy życiu była chęć ucieczki. Początkowo po to, żeby zemścić się na oskarżycielach, później już po to, żeby po prostu żyć na wolności. Od początku wiadomo, że ucieczka w końcu musi się udać - książkę pisał przecież człowiek wolny - pytanie tylko jak i kiedy. Henri pomysłów na ucieczki miał wiele, wszystkie starannie przemyślane, a że szybko wyrobił sobie reputację wśród skazańców, zawsze otaczali go chętni do pomocy. Porażki i kary przyjmował godnie, nie poddając się, z każdej z nich wychodził mocniejszy i bardziej zdeterminowany. Nie ma w książce ani jednego akapitu, w którym stwierdziłby: zrezygnowałem, wiedziałem, że się nie uda, umrę w więzieniu. W chwilach zwątpienia uciekał w marzenia i wspomnienia. Charyzma i otaczająca go legenda pomagały mu znaleźć sojuszników i towarzyszy do ucieczki. Próby wyrwania się na wolność opisał niesamowicie barwnie, a było co opisywać. Jedna zawiodła go aż do Kolumbii, gdzie przez kilka miesięcy żył w plemieniu Indian, inne kończyły się katastrofą na samym początku, aż wreszcie, za którymś razem, starannie obmyślony plan przyniósł efekty. Opisy przygotowań i wypraw czyta się z zapartym tchem, jak rasową powieść przygodową, i trudno się dziwić, że człowiek, którzy przy tak skromnych możliwościach realizował takie plany, zawsze znajdował pomoc i wsparcie. Podobnie barwnie i szczegółowo opisany jest świat kolonii karnej, z jego codziennymi rytuałami, społeczeństwem i hierarchią. Czasem kolonia wydaje się piekłem, a czasem z kolei aż trudno uwierzyć, ile więźniowie mieli względnej swobody i możliwości poprawiania warunków życia. Tak czy owak, jest to świat niezwykle brutalny, w którym jedna cięta uwaga przy grze w karty może sprawić, że następnej nocy ktoś skończy z poderżniętym gardłem, a reszta bloku zgodnie stwierdzi, że nic nie widziała. Dlatego też, w obliczu opisywanej brutalności i przemocy zgrzytały mi trochę pojawiające się co jakiś czas sentymentalne zapewnienia autora o szlachetności skazanych, w przeciwieństwie do okrutnych strażników i nieludzkich przedstawicieli prawa. Mimo wszystko nie był to przecież obóz gdzie wykańczano wrażliwych poetów, którzy zawinili tylko tym, że ośmielili się opowiedzieć dowcip o Stalinie, tylko zsyłka dla niebezpiecznych bandytów i morderców. A ci byli zdolni zarówno do wyjątkowej solidarności i wsparcia, jak i do przemocy, zależnie od swoich potrzeb. Na szczęście tego typu fragmenty nie zdarzają się zbyt często, a autor potrafi też uczciwie opisać zbrodnie jakich dopuścił się ten czy ów towarzysz niedoli. ZWL napisał, że to przede wszystkim książka o dążeniu do wolności, dla mnie ostatecznie to książka o determinacji i realizacji marzeń. Temat dziś wałkowany do znudzenia, czasem wydaje się że obowiązkiem każdego człowieka jest realizacja marzeń, zawzięte dążenie do celu, walka o swoje pomysły. Papillon jest tu modelowy, działa jak biznesmen z amerykańskiego poradnika: opracowuje szczegółowy plan, "zaraża" nim innych wykorzystując swoją charyzmę i dar przekonywania, zdobywa potrzebne zasoby, deleguje zadania, realizuje plan z pomocą przyjaciół, niepowodzenia przyjmuje z podniesioną głową i już w chwili porażki zaczyna obmyślać nowy plan, na koniec osiąga sukces. Przy okazji plany realizuje bardzo skromnymi środkami, przy użyciu dostępnych akurat narzędzi, wykorzystując lokalne zasoby i uwarunkowania, dostosowuje swoje pomysły do rzeczywistości, a gdy napotyka przeszkody, modyfikuje plan. Cechuje go niezwykła wręcz cierpliwość i nieustępliwa determinacja w dążeniu do celu, jest przywódcą bardzo lojalnym wobec przyjaciół i bezlitosnym dla wrogów, nie ulega jednak impulsom powodowany chęcią zemsty, zawsze rozważa, jakie konsekwencje będą miały jego działania dla nadrzędnego planu. Każdy, kto chciałby cokolwiek osiągnąć, powinien tę książkę przeczytać jak instruktaż, dowie się więcej niż z kolejnej biografii Jobsa i przyjemność z czytania większa. Tym bardziej, że jest niesamowicie wprost wciągająca. W posłowiu pojawia się określenie "literatura mówiona" i rzeczywiście, czułam się jakbym słuchała gawędy, tym ciekawszej, że prawdziwej. Podoba mi się polskie tłumaczenie (niestety w tym akurat języku nie potrafię czytać w oryginale), bo jest bardzo delikatnie wystylizowane, elementy gwary więziennej pojawiają się tylko od czasu do czasu, nigdy w nadmiarze. W samym języku i sposobie opowiadania czuje się jednak, że autorem jest człowiek prosty ale mający wiele do powiedzenia. Jest tu taka specyficzna mieszanka dobrej, mocnej historii, brutalności, bardzo prosto pojmowanych najważniejszych wartości (honor, zdrada, lojalność) i czasem naiwnego rozczulania się, która od razu przywodzi na myśl piosenki więzienne itp. Bardzo macho, i, niestety, ale sposób opisywania kobiet na wolności przez bohatera wydał mi się odstręczający. Zupełnie, jakby opowiadał o zwierzątkach, o stworzeniach kierujących się prawie wyłącznie instynktem i żadzą. Ale czy mogłam spodziewać się czegoś innego? W końcu sama chciałam prawdziwie męskiej literatury. A teraz zamierzam zdobyć film i obejrzeć go raz jeszcze, bo ostatni raz widziałam go ze 20 lat temu...
piątek, 04 maja 2012
gdzie te chłopy? czyli plan na maj
Chłopa mi trzeba, doszłam do wniosku, faceta z krwi i kości, niekoniecznie Beara Gryllsa pożerającego dżdżownice, albo Cormaca McCarthy'ego rozwalonego pod drzewem obwieszonym zwłokami wypatroszonych niemowlaków, ale faceta. Do czytania, żeby rozwiać wątpliwości :) Mam ostatnio wrażenie, że sferę książkową zdominowały kobiety. Nic w tym złego, wiele z nich to osoby mądre, błyskotliwe i godne szacunku, a poza tym tyle lat egzystowałyśmy gdzieś na marginesach... tyle, że wbrew politycznej poprawności odczuwam pewien przesyt kobiecą wrażliwością, kobiecym widzeniem świata, miękkością, obrazowymi opisami, uczuciami i ich analizami. Kiedyś narzekałam, że faceci nie piszą blogów - to się na szczęście trochę zmieniło, choć do parytetu wciąż daleko i bliska mi blogosfera wciąż jest w dużej części babosferą - dzisiaj spostrzegam, że podczas wizyty w empiku z każdej półki atakowały mnie kobiece nazwiska albo nazwiska facetów, którzy nauczyli się pisać tak, żeby nam, kobietom się podobało. Poniekąd słusznie z punktu widzenia rynku, skoro każda statystyka wskazuje, że czytamy więcej od panów, ale, przy okazji, jednostajnie i bez ikry. Czyżby prawdziwych mężczyzn zepchnięto w ciemny kąt działu kryminał i fantastyka? Chłopa mi trzeba, chłopa jak z "Przeminęło z wiatrem" - pachnącego whisky, tytoniem i końskim nawozem a nie najnowszym Calvinem Kleinem i lawendową saszetką do szafy, więc zamierzam maj spędzić w czysto męskim towarzystwie - Wikingowie, więźniowie, podróżnicy, bokser, prokurator, mizantrop. Jak zwykle nie szarżuję, plan to podstawowa czwórka plus jedna dodatkowa, nie ma sensu planować za dużo a potem się tłumaczyć.
1. Papillon - Henri Charriere czyli autentyczne wspomnienia legendarnego więźnia francuskich kolonii karnych, książka, na podstawie której powstał słynny film. Spisane w latach 60, wydane chwilkę później więc tropikalne perypetie na szczęście jeszcze zupełnie wolne od postkolonialnego bicia się w piersi i eko-smrodku, ot, przygodówka, więzienie, ucieczki, lochy, dżungla i dzicy Indianie, a w tym niewinnie skazany, trochę może zbyt kryształowy bohater.
Wybór był bardzo trudny, znacznie trudniejszy niż ułożenie alternatywnego planu "kobiecego", bo... nie bardzo było z czego wybierać. A teraz się okaże, czy dobrze wybrałam sobie męskie towarzystwo na najbliższy miesiąc :) --- PS i okaże się, kto pierwszy zrówna mnie z ziemią na dzielenie literatury według płci i pielęgnowanie stereotypów...
wtorek, 01 maja 2012
The Sealed Letter - Emma Donoghue
"The Sealed Letter" to książka oparta (bardzo ściśle oparta, jak twierdzi autorka w posłowiu) na autentycznych wydarzeniach z drugiej połowy XIX wieku, przede wszystkim na relacjach z pewnej głośniej sprawy rozwodowej i na historii ruchu feministycznego. Wszyscy główni bohaterowie istnieli naprawdę, zarówno małżeństwo Helen i Harry'ego Codringtonów, jak i przyjaciółka Helen, "Fido" Faithfull, aktywna działaczka ruchu walki o prawa kobiet. Autorka wprowadza nas więc w epokę wiktoriańską w pełnym rozkwicie. W świat, gdzie kobieta nie ma żadnych praw, dzieci są własnością męża tak samo jak majątek, średnie i wyższe sfery postrzegają pracę kobiet jako coś uwłaczającego ich godności, a małżeństwo jest dożywotnim wyrokiem, nawet po wprowadzeniu nowej, liberalnej na swoje czasy, ustawy o rozwodach. Jest to wlaściwie powieść sądowa, bo od momentu gdy podejrzenia admirała Codringtona wobec żony okazują się słuszne, większość akcji rozgrywa się w gabinetach prawników i na sali sądowej. Publika przychodzi tam posłuchać, jak adwokaci i prokuratorzy rozprawiają o potrzebach kobiet i pożyciu małżeńskim nigdy nie nazywając sprawy wprost, z użyciem tysięcy eufemizmów i niedomówień. Gazety z kolei relacjonują proces nie ustępując wiele dzisiejszym tabloidom. Główną rolę w sprawie odgrywa tytułowy zapieczętowany list, który ma skrywać tajemnicze oskarżenie na temat Helen i jej przyjaciółki. Natomiast relacje między kobietami okazują się bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać. Mimo to nie jest to lektura pasjonująca, trzymająca w napięciu ani nawet ciekawa. Może dlatego, że nie należę do grona wielbicieli "dawnej Anglii", którzy pochłoną wszystko, byleby się działo na tle ładnie opisanej dawnej epoki. A może dlatego, że postacie są drewniane, nieprzekonujące (choć podobno prawdziwe - ale płaskie: manipulantka, kobieta postępowa, kostyczny starszy mąż) rozterki są przewidywalne a przede wszystkim - niewiele się dzieje, i w sferze faktów i w sferze rozwoju wewnętrznego bohaterów. Tajemniczy list zaskakuje umiarkowanie, skandal jest mało skandaliczny, zwrotów akcji jak na lekarstwo. Jak widać, literatura "bliska życiu", fabularyzowana relacja z prawdziwych wydarzeń, wcale niekoniecznie musi być ciekawa, nawet jeżeli do gazetowych wycinków doda się opis londyńskiego metra zaraz po otwarciu, garść ciekawostek obyczajowych i jakże szokujące dla dzisiejszych purytan spostrzeżenie, że kiedyś astmatyków leczono... papierosami. W pierwszej połowie miałam nadzieję, że coś jeszcze mnie zachęci, w drugiej czytałam już tylko dla języka prawniczego, w końcu nieczęsto czyta się książkę, w której definicje terminów prawniczych są tytułami kolejnych rozdziałów. Już wiem na pewno, że nigdy nie zostanę wielbicielką Emmy Donoghue, ta autorka pisze dla zupełnie innych ludzi, którym co innego się podoba i co innego ciekawi, a nie umie pisać na tyle porywająco, żeby przekonać do tego i mnie. Kto ciekaw, niech się sam przekona, książka wędruje na allegro w nadziei na odzyskanie przynajmniej części wydanych na nią pieniędzy:
sobota, 28 kwietnia 2012
Córki gór - Anna Jorgensdotter
"Córki gór" zdecydowanie należą do drugiego gatunku. W odróżnieniu zresztą od drugiej powieści, przez którą się mozolnie przedzieram teraz już wyłącznie z poczucia obowiązku i żalu nad wydanymi w amazonie funtami. Saga, opowieść o pewnej rodzinie, historia prosta i skomplikowana jak samo życie. Rodzeństwo z małej wioski w górach: poważny samotnik Edwin, zamknięta w sobie Emilia, roześmiana, pełna życia Karin, rozmarzona Sofia, łobuziak Otto. I ich życie, w małej wiosce, potem w mieście, na przestrzeni dwudziestu lat, między 1938 a 1958 rokiem. W tle wojna, związki zawodowe, ruch socjalistyczny, cudze tragedie, inne losy splecione na lata. Karin umiera tuż po porodzie, strata spaja resztę rodzeństwa, ale więź jest trudna, nieoczywista. Każde buduje swój los na pomyłkach, stratach, złych i dobrych decyzjach. Kolejne pokolenie będzie go powtarzać, a może nie, to kwestia otwarta. Wszystkich bohaterów łączy jakaś wewnętrzna, nie do pokonania samotność, wyobcowanie, nieprzystawalność do rzeczywistości. Przez niezdolność do porozumienia z najbliższymi, do wyrażenia swoich uczuć, rozpada się pozornie udane małżeństwo Sofii, Emilia więdnie spełniając się w rozpaczliwej miłości do osieroconej siostrzenicy, samotny Edwin żyje samotnie w chacie na górze, a towarzystwa dotrzymuje mu tylko telewizor i przypadkowi goście, którzy wpadają na wspólne oglądanie. Otto udaje szczęście w związku z elegancką Niemką. Zupełnie jakby ze śmiercią Karin umarła cała radość życia. Samo życie, aż tyle i tylko tyle. Autorka zbadała historię rodzinnej miejscowości, wykorzystała opowieści i umiejętnie splota je w całość. Małżeństwo, dzieci, albo ich brak, te chwile, kiedy orientujemy się, że "to już wszystko, nic więcej nie będzie" ale musimy żyć dalej. Próby odnajdywania sensu w drobnych czynnościach i przedmiotach. A to z kolei znajduje doskonałe odbicie w języku, jakim ta książka jest napisana. Niby jest to saga, ale saga kojarzy się z wartką, barwną historią. Natomiast "Córki gór" to mozaika króciutkich scen, obrazów, historii, przemyśleń, zbudowana z oszczędnych a jednak nasyconych treścią zdań. To też jedna z tych powieści, gdzie najważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz, to, co nie do końca powiedziane, choć osadzona na wyraźnym, historycznym tle. Ta książka wymaga namysłu, oddechu, przerw. Czasami bjący od niej chłód męczy, czasem męczy przedzieranie się przez krótkie zdania i przeskoki. Mimo to mam satysfakcję i poczucie, że warto było poświęcić jej niemal dwa tygodnie i cieszę się że znowu pojawiła się wybitna autorka skandynawska, na miarę Axelsson albo nawet lepsza.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Smuga krwi - Johan Theorin
Czy to zasługa charakterystycznego, ponurego krajobrazu Olandii, w którym rozgrywa się akcja już trzeciej powieści z cyklu, czy umiejętnego splatania przeszłości z teraźniejszością, czy może bohaterów, z których każdy ma osobną, godną uwagi historię - nie wiem, wiem, że dla mnie cykl olandzki wybija się ponad wszystko inne, co serwują nam wydawcy kryminałów. Chociaż, dodam z niejaką przykrością, "Smuga krwi" jest według mnie częścią najsłabszą, "Nocnej Zamieci" nie dorównuje (co już napisała przede mną chyba Chiara76). Wszystkie części cyklu spaja postać Gerlofa, emerytowanego marynarza, który dożywa swoich dni w domu opieki. W "Smudze krwi" Gerlof postanawia wrócić do swojego dawnego domu, skąd, siedząc w fotelu i czytając dzienniki swojej zmarłej żony, obserwuje wydarzenia, żeby na koniec jak zwykle odegrać w nich decydującą rolę. Główną rolę odgrywa jednak rodzina niedawno przybyła na wyspę, lecz związana z nią od wielu lat. Per, samotny ojciec nastoletnich bliźniaków, wprowadza się do domu nieżyjącego stryja przy kamieniołomie. Do zbudowanych obok nowych domów przybywają bogaci mieszkańcy stałego lądu, w tym toksyczne i nieszczęśliwe małżeństwo, Vendela i Max. On pisze poradniki, ona od lat interesuje się dawnymi legendami o elfach. Jak się okazuje, i jej przeszłość wiąże się z tym miejscem. Per musi zająć się swoim ojcem, kiedyś rekinem pornobiznesu, teraz niedołężnym starcem po udarze, którego ktoś usiłuje zabić. Dodajmy do tego legendę o bitwie elfów z trollami, po której pozostała tytułowa "smuga krwi" w kamieniołomie, smutną i traumatyczną przeszłość wszystkich bohaterów i mamy typową theorinowską mieszankę wybuchową - 500 stron, które przewraca się z zapartym tchem, długo w noc, nawet nie po to, żeby wiedzieć "kto zabił", ale żeby nie opuszczać tej tajemniczej wyspy. Ojcowie odgrywają w tej książce ważną rolę, ojcowie troskliwi jak Per, zmagający się z chorobą córki i ojcowie zupełnie niedbali jak Jerry. Grzechy ojców mszczą się na synach, a smuga krwi znaczy kolejne pokolenia. Wyspa nie wypuszcza łatwo tych, których kiedyś naznaczyła. Dlaczego jednak ta część wydała mi się najsłabsza? Może dlatego, że Olandia wiosną traci trochę groźny, niszczycielski pazur i melancholijny nastrój. Może jednak dlatego, że w tej części za bardzo podkreślony jest "temat społeczny" czyli przemysł porno, opisany w stylu "dziennikarskim", którego u pisarzy nie lubię. Osobiście zawsze wolę trudne jednostkowe wybory wynikające z dawnych traum, od opisu szerszych zjawisk społecznych, nawet jeżeli są reprezentowane przez jednostki. Moim, bardzo subiektywnym zdaniem, ten wątek jest najsłabszą częścią książki, i, choć bez niego nie byłaby ona wcale kryminałem, najchętniej pominęłabym go przy czytaniu, bo autor zupełnie nie zainteresował mnie losem modeli i fotografów Jerry'ego, wydawali mi się jednowymiarowi. Choć oczywiście pomysł, żeby ważnym świadkiem wydarzeń uczynić starca po udarze, bełkoczącego pojedyncze słowa, jest znakomity. Mimo powyższych zastrzeżeń jest to książka nadal bardzo dobra, choć nie będzie moją ulubioną częścią cyklu. Dalej natomiast będę niecierpliwie czekać na kolejne książki autora. Przy okazji - te koszmarne, zdaniem wielu, okładki serii zaczęły mi się podobać, tak konsekwentnie są utrzymane w przerysowanej konwencji retro :) --- PS Skuszona świetną propozycją - "pracą marzeń" - chwilowo wyrzuciłam się z kieratu, od końca kwietnia, co oznacza albo: więcej czasu na czytanie i mniej na pisanie od maja (dłuższy dojazd i dłuższe godziny pracy), albo: mniej czasu na czytanie a więcej na pisanie (w opcji: praca zdalna). Opcja niedługo się wyjaśni, mam nadzieję.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Gwiazdy nad Afryką - Ilona Maria Hilliges
Rzecz dzieje się w roku 1907, a bohaterką jest młodziutka niemiecka lekarka świeżo po studiach w Zurychu (w Niemczech w tamtych czasach kobiety nie mogły jeszcze studiować).Doktor Amelia Freyer, berlińska sierota adoptowana przez zamożne małżeństwo i wychowana na afrykańskiej plantacji, wraca do Afryki Wschodniej, żeby założyć tam szpital. W podróży poznaje jednak ludzi, którzy wpłyną na zmianę tych planów, i tak oto Amelia wyruszy z rodzinnej plantacji nad jezioro Tanganika, żeby badać i leczyć chorych na śpiączkę afrykańską. Amelia przez cały czas zmaga się z uprzedzeniami - tymi, jakie mężczyźni lekarze żywią w stosunku do niej, lekceważąc jej autorytet i kompetencje na każdym kroku i utrudniając jej pracę swoją postawą, a także z uprzedzeniami kolonizatorów w stosunku do miejscowej ludności, którą traktują jak jak gorszy gatunek człowieka, materiał do eksperymentów i tanią siłę roboczą. Członkowie niemieckiej wyprawy wręcz przypominają nazistów w swojej pogardzie dla Innych i rasistowskiej postawie. Tymczasem Amelia dzięki znajomości Afryki i otwartości umysłu zyskuje zaufanie afrykańskiego uzdrowiciela, nawiązuje przyjaźnie z podobnymi do niej członkami wyprawy, zdobywa uznanie niechętnych i ostatecznie udaje jej się osiągnąć cel, choć nie bez przeszkód. Jest tu rozbudowany wątek romansowy, ale najciekawsza jest oczywiście medycyna. Chyba każdy, kto czytał "W pustyni i w puszczy" (czyli każdy Polak powyżej V klasy :) ) czytał o śpiączce wywoływanej przez muchy tse-tse, tematyka jest więc lekko oswojona ale nie mniej fascynująca. Fascynujące są dawne próby pokonania tej choroby (a przy okazji innych, jak syfilis) i badania nad jej rozprzestrzenianiem. Śpiączka nie jest jednak jedynym medycznym zagadnieniem, gdyż bohaterów trapią też inne choroby, w owych czasach nieuleczalne bądź niosące ze sobą ogromne ryzyko. Najciekawszy jest jednak wątek tradycyjnej medycyny afrykańskiej, głęboko powiązanej z religią, którą mamy okazję poznać w momencie, gdy Amelia walczy z chorobą zagrażającą jej życiu. Opisywana Afryka żyje, zmieniające się krajobrazy i ludzie są namalowane tak barwnie, że ożywają pod wzrokiem czytelnika. Jedno mnie tylko męczyło, coś, co męczy mnie zawsze gdy czytam powieści historyczne napisane obecnie. Otóż postać Amelii jest tak postępowa, feministyczna i otwarta na odmienne kultury, że na swoje czasy aż troszkę niewiarygodna. Łatwiej było mi uwierzyć w bezmyślne okrucieństwo i pogardę doktora Klemma, w instrumentalne traktowanie rdzennych mieszkańców przez kupca Messingnagela, w niechęć berlińskich lekarzy do młodziutkiej koleżanki po fachu niż w słuszne, postępowe i... tak bardzo XXI-wieczne poglądy Amelii. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że postęp nie przyszedł znikąd, że i w epoce kolonizacji musiały trafiać się jednostki światłe, nowoczesne i otwarte, inaczej postępu nigdy by nie było, a jednak bardziej wierzyłabym młodej lekarce, gdyby miała jakieś brzydkie rysy na charakterze i przezwyciężyła je dopiero dzięki trudnym przejściom. Jednym słowem - Amelia jest w zasadzie od początku ucieleśnieniem pewnej słusznej postawy, a za takimi bohaterami nie przepadam. (to samo na razie dotyczy powieści Emmy Donoghue, gdzie występuje wiktoriańska bojowniczka o prawa kobiet, ale ta przynajmniej ma ciasne, purytańskie i odpowiednie do epoki zapatrywania na małżeństwo). Mimo to książka jest wciągająca, czyta się doskonale (to jedna z tych lektur, przy których "zapomina się o otaczającym świecie"). Widać, że autorka zna Afrykę (mieszkała tam przez wiele lat), a medycyna nie jest potraktowana jako pretekst do przygody.
sobota, 07 kwietnia 2012
życzenia i plan na kwiecień
Pierwszy kwietniowy tydzień upłynął pod znakiem monotonnego kieratu i braku czasu na cokolwiek. Uroki prawdziwego życia, czyż nie? Teraz dopiero wychodzi to, że nigdy nie pracowałam "na zawsze", zawsze miałam jakiś horyzont czasowy, za którym pojawiał się odpoczynek, jakieś ferie czy skończenie książki, pracy, projektu, nigdy nie żyłam w rytmie: 5 dni kieratu, 2 dni wolności i jestem do tego rozpaczliwie nieprzyzwyczajona. Czytać czytam, w autobusie, jeżdżę w takich porach, że da się usiąść, i jest to solidne półtorej godziny dziennie, w domu gorzej bo czeka nawał obowiązków domowych, na które dawniej był cały dzień. Gorzej z pisaniem o czytaniu, obawiam się więc trochę, że blog zmieni się w weekendowy i powoli zacznie kurzem zarastać - albo może wreszcie się przyzwyczaję i zacznę znajdować czas. Albo szef wyrzuci mnie z pracy, co nie jest wykluczone, albo się sama wyrzucę, co też nie jest, sama sobie pensję przelewam to mogę się i sama wyrzucić :) Plan na kwiecień jakiś tam mam, powiedzmy. Na pewno na kwiecień przechodzi "Ninety Degrees North", mimo wiosny. Czy Wam też literatura faktu dłużej i wolniej się czyta niż beletrystyka? A poza tym:
5... nie wiem. Może "Rozwiązła", żeby było coś z literatury polskiej, a może "Miedzianka. Krótka historia znikania", żeby nie tylko powieści, a może coś innego, do wyboru w ostatniej chwili...
I tyle jeśli chodzi o plany i ich realizację, a poza tym, ponieważ Wielkanoc jak zwykle przyszła z zaskoczenia :) życzę Wam wszystkim w ostatniej chwili, do wyboru, zdrowych i spokojnych Świąt, wesołego Alleluja, miłych spotkań w gronie rodzinnym albo po prostu leniwego długiego weekendu z mnóstwem czasu na odpoczynek!
niedziela, 01 kwietnia 2012
Zły wpływ - Ramsey Campbell
Zapragnęłam horroru, a może raczej opowieści grozy, w klimacie historii o duchach, bez krwi i masakry, za to z dreszczykiem strachu, jaki odczuwamy siedząc wieczorem w pustym domu, gdy zaskrzypi podłoga. Nic nie straszy lepiej niż dziecko - o tym twórcy horrorów wiedzą już od dawna. Autystyczne dzieci, chore dzieci, zwyczajne dzieci, które "widzą więcej", zwyczajne dzieci, które nagle zaczynają wymiotować na zielono i wywrzaskiwać obelgi, dzieci u Kinga, które rysują to, co dopiero się wydarzy, chłopczyk z "Szóstego zmysłu"... "Zły wpływ" to historia o ośmioletniej dziewczynce. Gdy umiera jej okrutna cioteczna babcia Queenie, mała Rowan poznaje Vicky. Nowa przyjaciółka jest nieco staroświecka, dojrzała na swój wiek i bardzo tajemnicza. Dziewczynka ulega jej urokowi, co niepokoi całą rodzinę, zwłaszcza siostrę matki, Hermione, która w dzieciństwie była krzywdzona i straszona przez Queenie. Czy zła staruszka wróciła w ciele małej dziewczynki? Dlaczego pochowano ją z medalionem zawierającym pukiel włosów małej Rowan? Wszystko dzieje się w Liverpoolu, w ponurym, rozpadającym się domiszczu należącym dawniej do Queenie. Dom, przesiąknięty wspomnieniami o chorobie i śmierci, w którym książki rozpadają się ze starości, tapeta odłazi, drzwi znienacka się zamykają, a światła gasną, tworzy atmosferę grozy. Nie ma tu - poza sceną na cmentarzu - żadnej krwi ani straszydeł, a mimo to coś jest bardzo nie tak i to uczucie z każdą stroną nabiera intensywności. Motyw starości, lęku przed starzeniem i śmiercią, jest zwielokrotniony, dotyczy i domu, i Queenie, i jej od lat nieżyjącego ojca, i wreszcie małego pacjenta matki Rowan, dotkniętego progerią. Czytałam z lekkim dreszczykiem, pewnie też dlatego, że moja córka jest w tym samym wieku, co małe bohaterki powieści. Oczywiście to jest czytadełko, lektura na deszczowe popołudnie, nie ma co dorabiać ideologii, ale w swoim gatunku czytadełko bardzo miłe i akurat tak ponure, jak powinno być. Dłużyzny i opisy mi nie przeszkadzały, natomiast podobał mi się specyficzny brytyjski klimat leniwie rozwijającej się historii. Dla mnie największą zaletą książki było to, z czego jedna z recenzentek na Merlinie zrobiła koronny zarzut: "Utwór ten przypomina bardziej opowieść obyczajową z elementami fantastycznymi w postaci nadprzyrodzonych zjawisk aniżeli horror. Usprawiedliwia go jednak fakt, że powstał pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, a wtedy horrory przybierały znacznie łagodniejszą postać niż te powstające w czasach dzisiejszych." Jeśli o mnie chodzi - żadne protekcjonalne usprawiedliwienie nie jest tu potrzebne, bo dostałam akurat to, czego chciałam - parę godzin przyjemności z lekko staroświeckim dreszczykiem. Ale jeśli ktoś preferuje parujące flaki, szybką akcję i strugi krwi, to poczuje się zawiedziony :) --- W marcu zboczyłam z drogi, odbiłam od ustalonego planu (choć Biegun Północny dzielnie ciągnę a "Dziewczynkę..." Wardy przeczytałam, odpuściłam tylko "Call the Midwife" na razie). Plan na kwiecień będzie zdecydowanie luźniejszy i bardziej relaksowy, z zaczętą dziś Emmą Donoghue w roli głównej "cegły" i Theorinem w roli gwiazdy (o ile wydawca nie przesunie premiery na jeszcze późniejszy termin...) .
czwartek, 29 marca 2012
Tunel - Magdalena Parys
"Tunel" to skomplikowana opowieść o pewnej ucieczce z Berlina Wschodniego. Opowieść jak puzzle, do poskładania z pojedynczych relacji i wspomnień wszystkich uczestników tamtego wydarzenia. Początkowo poznajemy tylko jednego z nich, który po latach zbiera relacje i dokumenty dawnych współuczestników wydarzenia, żeby odkryć całą prawdę, później autorka oddaje głos pozostałym - Berlińczykom ze Wschodu i Zachodu, Polakom, uchodźcom z wojennego Gdańska. Powoli odkrywają prawdę - do czego naprawdę posłużył wykopany przez nich tunel? Jak to się stało, że służby specjalne NRD nie przeszkodziły im? Jaką rolę odegrały poszczególne osoby? Wszystko splata się w niesamowitą historię, po części thriller polityczny, po części skomplikowaną sagę dwóch rodzin, od czasów wojennych do upadku Muru i do dziś. W to wszystko wpleciona historia niespełnionej miłości i losy Madzi, polskiej emigrantki, która całe życie oddała mężczyźnie, któremu wcale na niej nie zależało... I Berlin. Berlin Wschodni, pachnący grahamką i kawą zbożową (ach, ta gorzka, czarna kawa zbożowa, wspomnienie przedszkolnej stołówki i kolonijnych śniadań...), zamknięte stacje metra, przez które mkną zachodnie pociągi, odrapane kamienice. Mój Berlin pachniał Eintopfem, gęstą zupą z ziemniaków i soczewicy, w którą w szkolnej stołówce kucharka wkładała parówkę - i ta parówka stała prawie pionowo w gęstej mazi. Mój Berlin to Kartoffelbrei, kartofle rozciapane z mlekiem na gładką masę. Parówki z musztardą na papierowych tackach, drożdżówki z kruszonką i lepkim lukrem kupowane w cukierni przy szkole, jabłka w skorupce czerwonego karmelu. Grahamka oczywiście też :) To jedna z tych książek, po których mam ochotę wybrać się na wycieczkę szlakiem bohaterów, znaleźć działkę Petera i opuszczoną fabrykę, kamienicę gdzie mieszkali rodzice Franza. A przy tym autentycznie wciąga, może nie od początku, ale mniej więcej w jednej trzeciej, kiedy wszystko zaczyna splatać się ze sobą. Możnaby autorce zarzucić, że jedno pytanie zostawiła bez odpowiedzi (albo zbyt starannie ukryła odpowiedź), że niektórych bohaterów porzucała bez żalu biorąc pod lupę następnych, ale mimo to zdecydowanie warto przeczytać. Też dlatego, że autorka, Polka od lat mieszkająca w Niemczech, patrzy z wyjątkowej perspektywy i potrafi połączyć dwa punkty widzenia, tak, że każdy z bohaterów jest wiarygodny.
niedziela, 25 marca 2012
Paryski ekspres - Georges Simenon
"Paryski ekspres" nie jest więc kryminałem, choć jest morderstwo, trup i zabójca. Jest nawet paryski komisarz, który jednak wcale nie jest tu najważniejszy. Książka jest raczej studium psychiki zabójcy z przypadku, może socjopaty, a może po prostu mężczyzny złapanego w pułapkę wieku średniego, rodziny i pracy. Mężczyzny, który marzy o wolności, symbolizowanej tu przez nocne pociągi mknące po torach, a nie potrafi jej osiągnąć. Kees Popinga należy do klasy średniej i posiada wszystkie jej atrybuty: wygodny dom, dobrą choć monotonną pracę, miłą żonę, dwoje dorastających dzieci, najnowszy model pieca, "wypasioną" łódkę. Żyje życiem mieszczańskim, regulowanym przez spotkania klubu szachowego i wieczorne palenie cygara, życiem porządnym, spokojnym i... śmiertelnie nudnym. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że jego szef zamierza popełnić coś niewyobrażalnego, ukraść pieniądze firmy i zerwać z dotychczasowym życiem, i... podąża w jego ślady. Kryzys wieku średniego, powiedzielibyśmy dzisiaj, kiedy kryzys ten jest wygodnym usprawiedliwieniem dla wymiany żony na młodszy model, samochodu na sportowy, nudnego hobby na bardziej ekstremalne. Kees postanawia spełnić swoje marzenie, rusza nocnym pociągiem, żeby zdobyć pewną tancerkę, o której względach marzył od kilku lat - i zostaje odrzucony i wyśmiany. Z hotelu wychodzi już jako morderca, którego gazety nazwą "szaleńcem z Groningen". Cała reszta książki to opowieść o ucieczce i prowadzeniu gry z gazetami, policją, o ukrywaniu się a zarazem walce z przemożnym pragnieniem ujawnienia się ze swoim czynem. Wymarzona wolność zmienia się w swoją karykaturę, w życie ściganego przestępcy w Paryżu, a przypadkowe morderstwo nagle okazuje się jedyną znaczącą i istotną rzeczą, jakiej Kees dokonał w ciągu 40 lat swojej wegetacji, jedynym, co odróżnia go od tłumu. Uciekinier próbuje przechytrzyć policję rezygnując z nawyków, po których możnaby go rozpoznać, obsesyjnie pilnuje swoich min, spojrzeń, gestów, a jednocześnie nie może oprzeć się pokusie ujawnienia się, pochwalenia, choćby w liście do gazety. Gazety odgrywają tu bardzo istotną rolę, Kees Popinga staje się odpowiednikiem naszej "mamy Madzi", zbrodniarzem-celebrytą, o którym codziennie publikuje się artykuły opatrzone fotografiami i sążniste analizy psychiatryczne. Bohater podejmuje grę z mediami, pisząc listy, w nadziei na to, że stanie się jednym z tych przestępców, o których gazety piszą ciepło, z sympatią.W listach odsłania pustkę swojej dotychczasowej egzystencji, ale na próżno, bo wyrok został już wydany. "Gdy jestem u siebie, albo raczej u swojej żony, zazdroszczę od szesnastu lat wszystkim, którzy wychodzą wieczorem, nie mówiąc dokąd, których można spotkać idących pod ramię z piękną kobietą, którzy wsiadają do pociągu i jadą dokądś... (...)" "Jeśli ktoś mówi, że jestem dobrym ojcem, dlatego, że wymyślam im zabawy, to jest w błędzie, bo wymyślam je dla siebie, gdy nudzę się wieczorami. Zawsze się nudziłem. Kupiłem willę nie dlatego, że chciałem mieszkać w willi, lecz dlatego, że gdy byłem młody, zazdrościłem kolegom, którzy mieszkali w willach." (str. 150-151) Zadaje rozpaczliwe pytanie: "(...) niech Pan tylko pomyśli, że po raz pierwszy w życiu, patrząc w lustro, zadałem sobie pytanie: Czy jest jakiś powód, żebyś nadal żył w ten sposób?" (str. 152) I choć książka napisana jest na chłodno, sucho, bez nadmiernych emocji, językiem dość oszczędnym i bardzo precyzyjnym, choć od początku znamy mordercę i wiemy, że zakończenie jest w zasadzie przesądzone, to trudno było mi powstrzymać się od "kibicowania" Popindze, od żalu, że jego próba ucieczki od życia została tak głupio przekreślona już na samym początku, przez bezsensowne morderstwo, czyn godny dziecka, które nie dostało upragnionej zabawki...
Bo któż z nas nigdy nie patrzył na przejeżdżające pociągi dalekobieżne z nadzieją, że któryś z nich pozwoli nam nareszcie wyrwać się z szarzyzny życia w mieszczańskim ładzie, niezależnie od tego, czy mamy najnowszy model pieca i łódeczki, czy nie... ? |
Archiwum
Zakładki:
Blog-matka
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2012
Przeczytane 2: 2011
Przeczytane 3: 2010
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane z dziećmi
Teraz czytam
Tagi
|