Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 31 stycznia 2010
Lunatyk - Jonathan Barnes


"Należy się wam ostrzeżenie. Niniejsza książka nie posiada żadnej wartości literackiej. Składa się na nią stek bzdur obliczonych na tani efekt, fabuła jest zagmatwana i niewiarygodna, postaci nie przekonują, a marny i monotonny styl, pełen zbędnych udziwnień, nazwać trzeba żałosnym. Wątpię zatem głęboko, czy uwierzycie w zawarte tu treści." - ostrzega narrator w pierwszych zdaniach. Wszystko stanie się jasne pod koniec, gdy okaże się, kim jest ten tajemniczy narrator, pojawiający się co pewien czas we wtrąceniach.

Książka jest przedziwna, pokręcona i zabawna. Już okładka, przypominająca afisz podrzędnego teatrzyku, wprowadza w nastrój - to nie tylko zabawa konwencją, ale szalona jazda bez trzymanki w koleinach wyżłobionych przez konwencję.

Akcja rozgrywa się w Londynie na początku XX wieku, niedługo po śmierci królowej Wiktorii, od której wzięła nazwę epoka i powieść wiktoriańska. Para głównych bohaterów to podstarzały iluzjonista i detektyw-amator Edward Moon oraz jego milczący towarzysz/asystent, czyli tytułowy Lunatyk. Prowadząc śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa podrzędnego aktora, Moon wpada na trop tajemniczego spisku, którego celem jest zniszczenie Londynu.

Prawdziwym bohaterem powieści jest Londyn. Londyn wiktoriański, znany z Dickensa, ale przede wszystkim jego mroczna strona, rodem z koszmarnych snów, Londyn, który poprzez smród w metrze "ujawnia swoje prawdziwe "ja", swoją wewnętrzną, kloaczną naturę" (s. 303), Londyn, który trwa od czasów legendarnego króla Luda, skrywając pod powierzchowną warstwą ulic i budynków ciemne siły zła.

Mamy tu i mroczne więzienie, w którym dogorywa niejaki Barabasz, i odrażające przybytki, w których dżentelmeni zaznają zakazanych rozkoszy z dziwadłami w rodzaju kobiety z brodą, mamy tajną agencję rządową, sektę przygotowującą rewolucję, kierowaną przez czarny charakter jak rodem z kreskówek, człowieka, którego życie płynie nie z biegiem czasu a pod prąd, seanse spirytystyczne, demony zła przebrane w szkolne mundurki, wreszcie słynnego nieżyjącego poetę w roli odrażającego monstrum. Wszystko to miesza się i splata w skomplikowaną pajęczynę, trochę jak w koszmarnym śnie. Bywa wiktoriańsko, bywa zabawnie, a bywa przerażająco albo obrzydliwie.

O dziwo ta mieszanka jest strawna i bardzo przyjemnie się czyta, pod warunkiem, że nie oczekuje się schematycznego rozwiązania zagadki i typowego przebiegu akcji. Trzeba się raczej nastawić po prostu na zabawę tą wybuchową mieszanką Dickensowskich motywów, horroru, powieści detektywistycznej i thrillera.

Ocena 8/10
piątek, 29 stycznia 2010
książka zbliża ludzi
czyli o kreatywnej modyfikacji "podrywu na cukinię".
Siedzenie w hallu basenu, podczas gdy dziecko ma zajęcia, jest jednym z najnudniejszych zajęć, jakie można sobie wyobrazić.

Można popijać kawę z automatu, można obserwować wchodzących i wychodzących, można ewentualnie gadać z innymi rodzicami, o ile jest się osobą śmiałą i towarzyską.

Nie jestem, ale rytualne pogawędki w szkolnej szatni trochę zaprawiły mnie w bojach. Rozmawiam więc o tym że mój Piotrek to, a mój Dawid tamto, a jak dzisiaj znowu zimno, a od czwartku śnieg ma padać, a dokąd na ferie.

W ostatni wtorek na basenie nie było prawie nikogo. Tylko jedna, już wstępnie znajoma mama, ukryta za jakąś grubą i - sądząc ze skupienia - bardzo ciekawą książką. Kiedy widzę kogoś z książką w szatni albo przy piaskownicy, to od razu wiem, że to bratnia dusza, ktoś, kto "zna Józefa". I natychmiast wykręcam szyję, usiłując dojrzeć, co ten ktoś czyta.

Wypróbowałam sposób z cukinią, pytając: co pani czyta ciekawego?

Pani czytała "Rio Anaconda" Cejrowskiego.

I zaczęłyśmy rozmawiać.

I nagle się okazało, że nasze 45 minut dyżuru w szatni już minęło, a nasi synowie czekają aż skończymy gadać i wysuszymy im włosy.

A przy okazji chyba przytłumiły się moje negatywne uczucia w stosunku do książek Cejrowskiego. Bo do tej pory autor wydawał mi się tak odrażająco niesympatyczny jako człowiek, że czułam prawie fizyczny wstręt do sięgnięcia po jego książki. Sami wiecie, tekst o szmatach i tak dalej. A tymczasem po tej rozmowie na pewno sięgnę.

Na marginesie - to fascynujące, jak bardzo sama osoba autora wpływa na nastawienie. Może lepiej jednak, żeby pisarze - osoby trzymali się w cieniu, pozwalając przemawiać przede wszystkim swoim dziełom? Nie będzie PR? Rzeczywiście, nie będzie, ale będzie też mniej zniechęconych jeszcze przed przeczytaniem...

środa, 27 stycznia 2010
To przecież proste. Towarzyskie umiejętności, które ułatwiają życie
W trosce o mój rozwój, a może w ramach procesu zbliżonego do uczłowieczania Tytusa, mój zapracowany Mąż kupił mi książkę.

Jest to prezent z tego gatunku, że w zasadzie należałoby się za niego obrazić.

Książka nosi bowiem tytuł: "To przecież proste. Towarzyskie umiejętności, które ułatwią życie". Autorzy - Allan i Barbara Pease, znani z bestsellerów w rodzaju "Dlaczego mężczyźni kłamią a kobiety płaczą".

Trochę tak, jakby dać grubasowi książkę pod tytułem: "Schudnij, to takie proste. Skuteczna dieta dla każdego".

Ale książka dostarczyła mi tyle uciechy, że postanowiłam się jednak nie obrażać. Podziękuję więc za nią mojemu Mężowi, jasno i wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy, nie używając zaimków "ja, mój, mnie", lekko dotknę jego łokcia i nie będę już mówić o nim per mój mąż, bo taka forma depersonalizuje partnera. Przy okazji podam mu kilka faktów i danych, bo mężczyźni mają zaprogramowany taki sposób rozmowy, co udowodniły badania przepływu krwi w mózgu. Użyję też kilku wyrazów z listy 12 najbardziej przekonywujących słów w języku mówionym, na przykład: sprawdzony, rezultat, nowy, bezpieczeństwo, zdrowie. Będę unikać stosowania zwrotu "coś w tym rodzaju" bo wywołuje wrażenie, że nie wiem, o czym mówię. Będę mówić entuzjastycznie, tryskając optymizmem, aby pomyślał, że za chwilę spotka mnie coś wspaniałego. Na koniec zgodzę się z jego prawem do własnej opinii, albowiem ludzie zgodni są bardziej lubiani, należy więc zawsze zgadzać się ze wszystkim i nigdy niczego nie krytykować.

A kiedy mój syn dostanie kolejną tróję minus z WF, powiem mu: Gratulacje kochanie, dziś jesteś już o krok dalej niż wczoraj!

A potem wybiorę się na bazar poszerzyć grono moich przyjaciół, bo w książce najbardziej spodobała mi się rada z rozdziału pt. jak rozpocząć rozmowę (z nieznajomym):

Na rynku:
O, zauważyłam, że kupuje pani cukinię. Nigdy nie miałam pojęcia, co można z niej zrobić. W jaki sposób pani ją przyrządza?

Sukces towarzyski gwarantowany, z pewnością moje grono przyjaciół znacznie się poszerzy, mogę też stać się lokalną ursuską atrakcją jako Ta Wariatka Która Zaczepia Ludzi. W końcu wszyscy pragniemy, aby nas dostrzegano, czyż nie?

Mój Mąż (i znowu go zdepersonalizowałam...) twierdzi, że jak zwykle się bezsensownie wyzłośliwiam zamiast przyswoić sobie jakieś wartościowe wskazówki. W ramach tryskania optymizmem mogę przyznać, że książka zawiera 2 lub 3 mądre i ciekawe porady. Niestety, giną w masie tych wszystkich entuzjastycznych banałów w sam raz dla nierozgarniętego akwizytora. A jeśli pojawia się cokolwiek, co przypomina ciekawe odkrycie naukowe, to jest uproszczone do granic idiotyzmu. (Swoją drogą bardzo ciekawe, jak seksistowskim bredniom w rodzaju "kobiety mówią wszystkie naraz a mężczyźni po kolei" można dodać powagi zwrotem "jak wykazują badania tomografem")

Wszystkie fragmenty kursywą pochodzą z książki, myślę, że oceny tym razem nie trzeba.

wtorek, 26 stycznia 2010
Podaj.net - jednak rozczarowanie
Na początku była euforia. Wreszcie miejsce, gdzie można wymieniać książki! Pozbyć się zalegających na półkach "jednorazówek" (głownie wszystkich tych thrillerów o templariuszach, masonach, zamaskowanych królowych itp., kupowanych na podróż pociągiem) i książek, które nie trafiły w moje upodobania - i do tego dostać coś fajnego w zamian.

Do pozbywania się to jest miejsce absolutnie idealne. Wszystko, co wystawiłam (templariusze, Ondaatje, jakieś kryminały i powieści historyczne, podwójne egzemplarze książek dla dzieci) było wydane w ostatnich 3-4 latach, stosunkowo zadbane, rozeszło się na pniu, szybciutko zdobylam sobie punkty i zaczęłam szukać.

I wtedy się okazało, że jeśli chodzi o to Coś w Zamian to miejsce jest jednak, mówiąc delikatnie, średnio idealne.

Można wyszukać perełkę sprzed lat, jeśli ma się nietypowy gust (ja znalazłam sobie dwóch zapomnianych Skandynawów, i Saville Davida Storey). Ale książki sprzed kilku, nie kilkudziesięciu lat? Znani autorzy? Słabo. Słabiutko. Bardzo słabo. Prawie nic.

Jeśli już na liście pojawia się popularne nazwisko, znany tytuł, bestseller to kliknięcie na niego prawie zawsze prowadzi do magicznej informacji: Transakcja prywatna. Co wywołuje uczucia podobne do tych, jakie towarzyszą wejściu nosem w zamknięte drzwi.

Jeśli prawdą jest to, co odkryła Abiela , że książki ciekawsze, nowsze i bardziej chodliwe niż na przykład "Badania operacyjne w przykładach i zadaniach" (1993) albo "Matematyka w pigułce dla klas III i IV", wymienia się z konkretnymi osobami po prywatnych ustaleniach na forum... to taki proceder wypacza całą ideę. To byłoby typowo polskie zachowanie, takie z lat komuny, nawyk wypracowany latami omijania list społecznych i przynoszenia Podwawelskiej. Zamiast społeczności - sieć prywatnych układów. Może to tylko teoria spiskowa rozczarowanych, ale niestety brzmi bardzo znajomo... podobnie do tych maili od allegrowiczów ("za ile pani sprzeda telefonik poza aukcją?" "ile muszę zalicytować żeby pani zamknęła aukcję i mi sprzedała kurteczkę?")

I tak się rozczarowałam Podajem, w zaledwie parę dni po euforii. I chyba zakończę moją "karierę" podajową w chwilę po rozpoczęciu - nie będę przecież naiwnie puszczać w obieg stosunkowo nowych, poszukiwanych książek jeśli w zamian, jako niewtajemniczona, mogę liczyć głównie na rozmówki angielskie i matematykę w pigułce.

sobota, 23 stycznia 2010
Powieść dla kobiet - Michal Viewegh
Najwyraźniej nie jestem kobietą, bo to nie jest powieść dla mnie. Ale to żadna nowość :)

Przeglądając recenzje w sieci, zauważyłam, że wypada wspomnieć, że książka ma przewrotny, intrygujący tytuł, oraz, że gra z konwencją.

To jest kobiecy odruch obronny, bo gdyby tę książkę odczytywać na poważnie, należałoby przyjąć, że jesteśmy pustymi idiotkami. Bezpieczniej jest odczytywać ją jako parodię i kpinę. Bezpieczniej i dla autora, jeśli uznamy, że prowadzi inteligentną grę. Ale i tak "Powieść dla kobiet" jest mocno denerwująca.

Ze wstępu autora wynika, że "Powieść dla kobiet" narodziła się jako przedłużenie dość oryginalnego pomysłu publikowania literatury na powierzchniach reklamowych w metrze. Najpierw powstało więc kilka zamieszczonych w powieści listów, które pojawiły się na plakatach, a dopiero później Viewegh dopisał do nich powieść.

Listy pisze Oliver, czterdziestoletni pracownik agencji reklamowej, do Laury - dziewczyny, która go porzuciła, redaktorki pisma kobiecego, tuż po 20-ce. Przez resztę książki narratorką jest Laura, która opowiada o swoim związku z Oliverem i o rozstaniu, o romansowych przygodach swojej wciąż młodej i atrakcyjnej mamy i o różnych innych perypetiach.

Na pewno plusem jest dowcip, dystans i ironiczne spojrzenie na rozmaite środowiska - autor nie oszczędza nikogo - kobiet, mężczyzn, prostaków, snobów, intelektualistów. Miałam tu wtrącić zdanie o słynnym czeskim humorze, ciepłym i lubiącym ludzi... ale nie do końca tak jest, chwilami jest ostro i złośliwie. Drugi plus to bezpretensjonalny i nie popadający w pornografię ani w egzaltowaną tandetę sposób pisania o seksie. Tego polscy autorzy nie potrafią, z niżej podpisaną włącznie.

A sama historyjka... trochę uczuć, trochę rozterek, trochę zazdrości, szczypta egzotyki w środkowoeuropejskim wydaniu czyli wycieczka na Kanary i chorwackie wakacje, trochę dywagacji o mężczyznach idealnych, trochę telenowelowy zbieg okoliczności z gatunku "jaki ten świat mały!", wszystko z przymrużeniem oka. Nie bardzo męczy przy czytaniu, specjalnie nie nudzi. Gdybym lubiła konwencję, to pewnie bawiłaby mnie zabawa konwencją, ale że jestem nadętą snobką, która organicznie nie znosi zabawnych książeczek o wolnych związkach atrakcyjnych lecz niestałych młodych kobiet, to po pewnym czasie miałam serdecznie dość. Jedyną postacią, z którą mogłam się jako-tako utożsamić był lekko zgorzkniały, brutalnie szczery, znużony życiem Oliver. Infantylizm i głupota głównej bohaterki doprowadzały mnie do szału, niestety autor zadbał o to, żebym nie mogła poczuć się od niej lepsza, bo przy okazji bezlitośnie wyśmiał też środowisko tych, którzy uważają się za lepszych.

Książka do torebki, autobusu, poczekalni u dentysty i szkolnej szatni, raczej dla lubiących konwencję.

Ocena: 6/10
PS Nowy Rok zaczęłam od książek ważnych, mądrych, porywających, świetnie napisanych. Może dlatego jakoś od tamtej pory nic nie chce mnie naprawdę zachwycić ani oczarować, nawet książki stosunkowo dobre wydają mi się jakoś gorsze niż mogłyby być.
środa, 20 stycznia 2010
Taras z uroczynem - Mia Couto
Mozambik po wojnie i wyzwoleniu spod rządów Portugalii. W starej, opuszczonej nadmorskiej fortecy funkcjonuje przytułek dla starców. Pewnego dnia ginie kierownik przytułku, Vasto Excelencio. Na miejsce przybywa komisarz policji żeby poprowadzić śledztwo.

Ermelindo, który zmarł w tym miejscu wiele lat wcześniej, nie może zaznać spokoju, ponieważ nie został pochowany zgodnie z tradycją. Postanawia więc wejść w ciało komisarza. Razem z nim słucha kolejnych opowieści starych ludzi, z których każdy po kolei przyznaje się do zabicia kierownika... Jest tam dziecko-starzec, który umrze, gdy tylko dokończy swoją opowieść, jest stary Portugalczyk spędzający całe dnie na wpatrywaniu się w morze, kobieta - zwana czarownicą. Każde z nich ma swoją historię, nierozłącznie powiązaną z dawnymi afrykańskimi tradycjami, które nieodwołalnie odchodzą w przeszłość.

Dziwna to książka, magiczna i smutna. Mieszkańców przytułku łączy przeraźliwa samotność. Należą do przeszłości, ze swoimi wierzeniami i opowieściami, mieszkańcy zewnętrznego świata, przeoranego wojną, która "rozdarła świat, w którym starcy zajmowali poczesne miejsce." (str.116), odrzucają ich, wykorzystują. "Na całym świecie bliscy, odwiedzający starców w przytułkach, przekazują im pozdrowienia, żeby ich pocieszyć. W naszym kraju jest na odwrót. Rodzina odwiedza starych po to, żeby kraść im żywność." (str.103)

Czasem mam wrażenie, że wszystkie najlepsze książki z egzotycznych miejsc są takimi kronikami ginących światów, rozdartych między swoją dawną tożsamością a narzuconą - przez kolonizatorów, Europejczyków, postęp - "nowoczesnością". O tym, co stare, prawdziwe i rdzenne, a teraz zepchnięte na margines, dogorywające gdzieś na uboczu. Tu też jest świat rozdarty wojną i wyzwoleniem na "stary" i "nowy", tu rządzą reprezentanci "miasta" w rodzaju policjanta. Policjant jest jak dziecko we mgle, jego sposób widzenia świata nie przystaje do rzeczywistości przytułku, próbuje zrozumieć ale jest odrzucany, a mieszkańcy zabawiają się jego kosztem. Na koniec starcy odnoszą wprawdzie ostatnie zwycięstwo, lecz później definitywnie odchodzą, wraz z duchem Ermelinda, który opowiedział całą tę historię. Jak metafora dawnej Afryki.

Czy tak nie jest i w naszym świecie? Czy nasi dziadkowie, ze swoimi wartościami, wierzeniami i zwyczajami też nie są spychani do jakichś odizolowanych "przytułków" - kiedyś mędrcy, dzisiaj żałośni bajarze, którzy zaminowują swoją przestrzeń jak Salufo, żebyśmy nie odwiedzali ich po to, żeby kraść?

Bardzo przejmująca książka, która zarazem uwodzi egzotyką opowieści i stawia uniwersalne pytania o kształt dzisiejszego świata. Szkoda tylko, że taka króciutka.

Ocena 9/10
niedziela, 17 stycznia 2010
Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson
Zgodnie z regułami gry powinnam teraz pokajać się za moją nieufność w stosunku do "Millenium", przyznać że bestsellery bywają znakomite i napisać pean :)

Streszczenie sobie podaruję - skoro Wszyscy to już kupili to Wszyscy doskonale wiedzą o czym to jest. Streszczenie wydawcy wygląda tak:
"Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, redaktor czasopisma Millennium, przechodzi kryzys wartości i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka, Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć..."

Jest to niewątpliwie sprawnie napisany kryminał plus coś w rodzaju sagi pewnej wpływowej rodziny plus powieść obyczajowa pokazująca współczesne życie Szwedów.

Na pewno dwie pozytywne cechy w moim przypadku się potwierdziły - szybko się to czyta i wciąga, ale dopiero po jakimś czasie. Od razu się przyznam że cały wątek dotyczący afery Wennerstroma, funkcjonowania czasopisma i procesu Blomkvista był dla mnie śmiertelnie nudny, przez chwilę bałam się nawet, że większość książki będzie o machinacjach finansowo-giełdowych, czego bym nie zniosła. Zaciekawiła mnie tylko zagadka zniknięcia Harriet, a po jej rozwiązaniu znowu straciłam zainteresowanie i ostatnie 80 czy 100 stron przeczytałam z obowiązku, byleby skończyć.

Sama zagadka, śledztwo, i rozwiązanie, są poprowadzone bardzo ciekawie, autor sprawnie układa kolejne kawałki puzzli. Chociaż nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Lisbeth Salander, z jej nadnaturalnymi zdolnościami komputerowo-pamięciowymi jest tu czymś w rodzaju deus ex machina, czarodziejskiego gadżetu, który ułatwia bohaterowi to co normalnie byłoby trudne, i umożliwia to, co niemożliwe.

Ogólnie postaci są jak na mój gust troszkę przejaskrawione - taki duet Najbardziej Prawy Dziennikarz plus Najlepsza Hakerka Świata, za bardzo jak superbohaterowie. Wolę, kiedy śledztwo prowadzi ktoś bardziej zwyczajny - dziennikarka w "Księżniczce z lodu" albo stary, schorowany marynarz w "Zmierzchu". No ale powiedzmy, że mimo to są dość wiarygodne i właściwie jedyną rzeczą, jaka skłoni mnie do sięgnięcia po kolejne tomy, jest chęć poznania przeszłości Lisbeth - czyli "Całego Zła" i tego, co przyczyniło się do jej obecnych problemów w kontaktach z ludźmi. Pozgaduję sobie - na 90% chodzi o molestowanie w dzieciństwie, mam wrażenie że to jeden z obowiązkowych szwedzkich tematów, który zresztą i tu znalazł swoje miejsce. Za jakiś czas przekonam się, czy miałam rację.

Zdarzało mi się gubić w koligacjach rodziny Vangerów, choć trzeba przyznać, że autor poświęcił sporo miejsca na ich przedstawienie. Z rozwiązaniem zagadki minęłam się, ale niewiele - myślałam, że Anita to w rzeczywistości dorosła Harriet.

Podobał mi się opis "życia i obyczajów" współczesnych Szwedów, z naciskiem na bujne, niczym nie skrępowane życie seksualne systemem "każdy z każdym", opisywane w tonie beznamiętnym, jakby chodziło o zakładanie butów czy inne codzienne czynności bez większego znaczenia. Z ciekawością przeczytałam o systemie opieki społecznej nad takimi "odstającymi od normy" jak Lisbeth, zainteresowały mnie wzmianki o wciąż nie do końca zapomnianych czy rozliczonych wojennych nazistowskich sympatiach części społeczeństwa.

Bardzo przeszkadzał mi za to komputerowy "product placement" czyli opisywanie ze szczegółami parametrów, nazw i elementów używanego przez bohaterów sprzętu komputerowego i oprogramowania, zupełnie niekonieczne dla rozwoju akcji, bo co to ma w zasadzie za znaczenie czy Salander włamuje się gdzieś z ibooka czy z peceta i na czym Mikael pisze swoją kronikę? Chwilami miałam wrażenie, że "sponsorem książki jest firma Apple".

Na koniec, żeby już nie rozwlekać: pierwsza część Millenium okazała się dość ciekawą, sprawnie napisaną książką, która pozwoliła mi w przyjemny sposób wypełnić trzy-cztery dni życia. Jednak pomimo, że chwilami okazywała się prawdziwym "page-turnerem", to cały czas czytałam ją na chłodno, jakby "z zewnątrz", bez specjalnego zaangażowania emocjonalnego, takiego jak odczuwałam czytając choćby, żeby pozostać przy Szwedach, Axelsson.

Ocena - 7/10
czwartek, 14 stycznia 2010
Nagroda im. Olofa Palme dla Carstena Jensena
The Olof Palme Prize 2009 dla Carstena Jensena
Duński pisarz Carsten Jensen, autor powieści "My, topielcy", został uhonorowany The Olof Palme Prize 2009.
Nagroda przyznawana jest od 1987 r. za działania na polu wspierania demokracji, międzynarodowego porozumienia i wspólnego bezpieczeństwa oraz obrony praw człowieka. Wśród laureatów Nagrody im. Olofa Palmego są między innymi czeski prezydent Vaclav Havel i organizacja obrony praw człowieka Amnesty International.
Ceremonia wręczenia nagrody - dyplomu i 75 000 USD odbędzie się 29 stycznia w Sztokholmie.

Carsten Jensen (ur. 1952) pochodzi z duńskiego miasta portowego Marstal. Studiował literaturę na uniwersytecie w Kopenhadze. W latach osiemdziesiątych zyskał rozgłos jako eseista i krytyk społeczny. Współpracował m.in. z dziennikiem „Politiken”. Zadebiutował w 1988 roku humorystycznym romansem Kannibalernes nadver. Jest autorem powieści Jorden i munden (1991), a także relacji z podróży do Rosji, Chin, Kambodży, Wietnamu, Hongkongu, wysp Pacyfiku i Ameryki Łacińskiej – Jeg har set verden begynde (1996) oraz Jeg har hort et stjerneskud (1997). Pisarstwo Jensena charakteryzuje uniwersalizm spojrzenia na problemy egzystencjalne. Powieść My, topielcy (2006) tuż po opublikowaniu weszła na listy duńskich bestsellerów. Została nominowana do kilku prestiżowych nagród, a prawa do jej tłumaczenia nabyli wydawcy m.in. z Włoch, Francji, Niemiec, Holandii i Anglii.
Strona internetowa autora:
www.vi-de-druknede.dk

Wydana w Polsce powieść Jensena "My, topielcy" rozgrywa się w Marstal, duńskim mieście portowym. Mężczyźni wypływają dla zysku i przygód w długie, egzotyczne rejsy. Wielu nie wraca.
Jest rok 1848, wybucha wojna z Niemcami ze Szlezwika i Holsztynu. Wśród dymu i pyłu, huku wystrzałów z dział, mieszkańcy portu heroicznie walczą na morzu. Najzuchwalszy z obrońców, Laurids Madsen, znika wkrótce w niewyjaśniony sposób. Po latach jego syn, Albert, wyrusza na poszukiwanie śladów ojca. Dopiero na starość wróci do domu i wychowa kolejnego marynarza, który – jak i jego przodkowie – wypłynie w morze wbrew woli matki.

"My, topielcy" to losy czterech pokoleń żeglarzy i ich rodzin, tworzące niezwykle barwną kronikę ewolucji współczesnej Danii – od wojny niemiecko-duńskiej w 1848 roku po kapitulację Niemiec w 1945. To również zbiorowa opowieść wilków morskich, dzięki której możemy odbyć podróż od wybrzeży Danii, poprzez Morze Białe i Nową Funlandię, aż po Samoa.


źródło: http://wiadomosci.onet.pl/2110510,19,the_olof_palme_prize_2009_dla_carstena_jensena,item.html
Zawsze cieszy, kiedy dobry pisarz dostaje nagrodę - a książka "My topielcy" to jedna z lepszych, jakie czytałam w ostatnich latach, niestety jeszcze przed rozpoczęciem tego bloga.
Peanatema - Neal Stephenson
Na początku odeślę was do Jasoxa, czy też Fraa Yasa  :) na taras, a po powrocie z tarasu, jeśli nadal będziecie mieć ochotę na taką zupełnie zwyczajną recenzję, możecie czytać dalej.

Wyobraźcie sobie świat istniejący od tysięcy lat. W tym świecie naukowcy i filozofowie, zwani teorami, zamieszkują matemy - rodzaj koedukacyjnych klasztorów poświęconych zgłębianiu nauki. Dzielą się one na jednoroczne, dziesięcioletnie, stuletnie i tysiącletnie. W takich odstępach czasu otwierają się bramy matemów, wtedy deklaranci ("mnisi") przez dziesięć dni mają kontakt ze światem zewnętrznym. Wyjątkiem od tej reguły są sytuacje nadzwyczajne, kiedy część z nich udaje się na konwoks, zgromadzenie zwoływane tylko w wyjątkowych sytuacjach. To też dzieje się w książce - powodem zwołania konwoksu jest pojawienie się w pobliżu statku Obcych.

Z pozoru to historia jednego z deklarantów, fraa Erasmasa, członka matemu dziesięcioletniego. Erasmas, w skrócie Ras, w drodze na konwoks podąża za swoim mistrzem, poznaje świat zewnętrzny a na koniec, wraz z innymi wybrańcami uczestniczy w przełomowym kontakcie. Mamy tu przyjaźń między kilkorgiem młodych ludzi, pierwszą miłość z obowiązkowym rozstaniem i ponownym spotkaniem, ucznia podążającego za fascynującym go mistrzem, zagadkę, tajemniczych mnichów o nadnaturalnych zdolnościach, sztuki walki, a wreszcie coś w rodzaju krótkiej wojny z Obcymi.

Ale to tylko akcja, a obok niej na tych 900 stronach znajduje się o wiele więcej.

Za co kocham dobrą fantastykę?

Za świat, zupełnie nowy, odmienny świat zamknięty wewnątrz okładek, to po pierwsze. W Peanatemie ten świat jest niesłychanie obszerny, z własną bardzo logiczną historią, systemem wartości, nauką, religią a nawet własnym słownictwem. Taki świat zawsze fascynuje mnie tym bardziej, im bardziej czuje się w nim "powiew historii" - starożytne budowle, legendy sprzed wieków, mnisi zamknięci w matemach na tysiąc lat. Tutaj jest tego pod dostatkiem, czuje się te 6 tysięcy lat historii Arbre za plecami, pokolenia dawnych mistrzów wciąż żyją w nauce. Motyw klasztoru otoczonego świecką cywilizacją, wciąż na nowo przeżywającą wzloty i upadki, kojarzył mi się nieodparcie z "Kantyczką dla Leibowitza", jedną z moich ulubionych powieści SF jakiś czas temu.

Za to, że przedstawia jakieś zdobycze nauki w atrakcyjnej formie opowieści. Czyli za to "science" ze zbitki "science fiction". Jestem upośledzona jeśli chodzi o nauki ścisłe, w szkole bezlitośnie sprowadzane do serii wzorów do wykucia i zastosowania, jestem tym, co nazywa się "humanistą" w znaczeniu: humanista to ktoś, kto nie umie liczyć. Co jest o tyle paradoksalne, o ile odkąd pamiętam interesowała mnie astronomia, fizyka,to "jak rzeczy działają" i "skąd się wzięły", a w szkole pochłaniałam książki popularnonaukowe równolegle z hard SF.
Peanatema była dla mnie wyzwaniem intelektualnym, bo przedstawiona w niej filozofia świata wywodzi się w całości i bardzo spójnie z fizyki kwantowej i teorii wszechświatów równoległych czy alternatywnych (tu zwanych polikosmosem). A te znam niestety tylko z wywiadów z naukowcami w tygodnikach. Na szczęście Stephenson ma cudowny dar łączenia atrakcyjnej opowieści z wykładem, więc choć czytając, wielokrotnie złościłam się na siebie za niedostateczną wiedzę o nauce ziemskiej, to jednak, dzięki dialogom, wyjaśnieniom i "calcom" zamieszczonym na końcu, jakoś tam nadążałam. Napisać o fizyce kwantowej tak, żeby zainteresować czytelnika - sztuka, która wielu się nie udała (całkiem niedawno znęcałam się nad "Dyscypliną" P. Ahlgrena zarzucając jej, że nie sposób niczego zrozumieć bez przeczytania bibliografii). A kiedy wczoraj późnym wieczorem zamknęłam książkę, towarzyszyła mi myśl, że ta pozornie bardzo skomplikowana (w warstwie matematycznej) fizyka, to właściwie coś więcej - to fascynująca filozofia wszechświata, która w ten czy inny sposób przenika wszystko, co nas otacza, i w ten sposób jest głęboko humanistyczna. Teraz pora nadrobić zaległości w nauce ziemskiej i sięgnąć po polecane przez Jasoxa książki Michała Hellera.

Jeszcze jedno - zafascynował mnie język. Zarówno słownik pojęć używanych na Arbre, bardzo konsekwentnie stosowanych i logicznie wynikających z przyjętego systemu filozoficzno-religijnego, jak i precyzja dialogów "teorycznych".

Zastanawiam się czy polecać tutaj "Peanatemę", bo mam świadomość, że wielu ta książka może zanudzić, dla innych - o większej wiedzy naukowej niż moja - może się pewnie z kolei okazać płytka, jeszcze inni cisną nią o ścianę po pierwszych paru "dialogach teorycznych". Polecam więc gorąco tym z Was, którzy lubią dobrą i inteligentną fantastykę, oferującą czytelnikowi coś oprócz mieczy świetlnych i zielonych ludzików, tym, którzy nie boją się zagłębić w opasłą, 900-stronicową księgę. Nie umęczycie się przy czytaniu (to specjalnie dla Agawy) ale dla mnie lektura była ciekawą przygodą (dobra, użyję tego słowa, choć nie wiem czy się nie ośmieszę) intelektualną.

Moja ocena 10/10







środa, 13 stycznia 2010
zapchajdziura
albo usprawiedliwienie, jak kto woli.

Styczeń zaczął się w takim tempie, że jak to mawia moja Mama "nie mam czasu żeby się w tyłek podrapać". Tłumaczę jednocześnie uroczą książkę o niczym i pracę naukową o geologii, co jest rozwijające ale nie zostawia wiele czasu na czytanie.

Poza tym jak zauważyła Kot_kreskowy, im więcej książek się czyta naraz, tym wolniej to idzie.

Sytuacja przedstawia się tak:

Kończę Peanatemę, a pean na jej cześć pojawi się, jak tylko znajdę dwie godziny spokoju, żeby przeczytać te ostatnie kilkadziesiąt stron, bo tego się nie da na szybko i z doskoku.

Zaczęłam wczoraj pierwszego Larssona, i na razie ani nie jestem zachwycona ani nie miałam ochoty zarwać nocy, żeby dowiedzieć się co dalej - może wciąga dopiero w miarę zagłębiania się? Mam nadzieję, że wreszcie mnie wciągnie, bo jak inaczej przeczytam niewciągające trzy grube tomiska? :)

W torebce noszę "Taras z uroczynem" Mia Couto - to z kolei wyprawa do Afryki, w dziwaczny świat obcych mitów i wierzeń.

Przy łóżku leży "Powieść dla kobiet" Michaela Viewegh(a?) ale za wcześnie, żeby cokolwiek napisać.

Więc nowe notki będą ale za jakiś czas, jak uporam się z rumoszem niegliniastym, badaniami odporności na zginanie i przesłonami hydraulicznymi.
 
1 , 2
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli