Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
wtorek, 25 stycznia 2011
Nikt nie widział, nikt nie słyszał - Małgorzata Warda

Bardzo lubię, kiedy przy czytaniu książki polskiej autorki odczuwam taką pozytywną zazdrość, przez głowę przebiega myśl "o, też chciałabym tak umieć!". Rzadko się to zdarza, dlatego tym bardziej cieszy.

 Podobno to książka z pogranicza kryminału, a ja podobno kryminałów nie lubię, więc już okładkowe nawiązanie do Mankella powinno mnie odstraszyć. Jednak jeśli to kryminał, to z całą pewnością nie klasyczny, taki, jakiego nie lubię, ze smętnym typem poszukującym przestępcy, raczej powieść z bardzo szeroko rozumianego pogranicza.

Osiemnaście lat temu na gdyńskim blokowisku zaginęła siedmioletnia Sara. Jej zniknięcie zmieniło życie starszej siostry, Leny, modelki, i ojca, muzyka rockowego. Matka opuściła rodzinę dużo wcześniej.

Równolegle we Francji dorasta Agnieszka, początkująca piosenkarka, w dzieciństwie oddana przez toksyczną, depresyjną matkę na wychowanie obcej osobie, później zabrana z powrotem. Agnieszka usiłuje poznać swoją przeszłość, z której co pewien czas wychodzą prześladujące ją "upiory". W pewnym momencie orientuje się, że kobieta, którą uważa za matkę, może wcale nią nie być.

Jednocześnie za murem pewnej willi rozgrywa się przerażający dramat innej młodej kobiety.

Losy Leny i Agnieszki splatają się, łączą je pewne drobiazgi, z których początkowo obie nie zdają sobie sprawy.

Nic jednak nie jest tu tak oczywiste, jak się początkowo wydaje, proste rozwiązanie, które pojawia się w głowie czytelnika po kilkudziesięciu stronach, okazuje się jednym z wielu mylących tropów, którymi autorka umiejętnie zwodzi. Historia wciąga, intryguje, sprawia, że książkę czyta się jednym tchem, przechodząc od lęku przez nadzieję do przygnębienia i ponownej ulgi, żeby ostatecznie odkryć, że nic nie było tym, czym się wydawało.

Sama zagadka i pomysł, inspirowany, jak przyznaje autorka we wstępie, historią Nataschy Kampusch, to jednak tylko jedna warstwa, choć bogata, wiarygodna psychologicznie. Druga to przeszłość, jej wpływ na nasze życie i tożsamość, upiory i zatarte wspomnienia z najwcześniejszych lat. Trzecią były dla mnie różnorodne formy uprzedmiotowienia i zniewolenia kobiet. Niekoniecznie w postaci tak drastycznej, jak przywołana we wstępie historia więzionej nastolatki. Bohaterki to kobiety zniewolone przez toksyczne związki, przez władzę jaką mają nad nimi mężczyźni, menedżer zespołu, niewierny kochanek, pierwszy chłopak. I wreszcie kobieta jako obiekt, modelka, temat dzieła różnie rozumianej "sztuki", z potworną, wstrząsającą sceną upokorzenia Leny podczas wernisażu. Czym tak naprawdę różni się bankiet, na którym młoda półnaga dziewczyna pełni rolę ozdoby stołu i półmiska, od trzymania kobiety w szczelnie zamkniętym więzieniu? Lena, godząc się na upokorzenia, symbolicznie powtarza los, jaki mógł stać się udziałem jej siostry...

Bardzo dobrze czyta się też fragmenty retrospekcyjne. Mieliśmy już wspomnienia dzieciństwa w latach 70 (Plebanek), 80, teraz mamy szansę poczytać o dzieciństwie w pierwszych latach po transformacji, na granicy, niby podobnie, a jednak troszkę inaczej.

Gdybym miała się czepiać, czepiłabym się dwóch spraw. Pierwsza to nierozwiązany, zawieszony wątek matki Sary i Leny. Odeszla - ale dokąd? dlaczego? co się z nią stało? przecież powinna być pierwszą podejrzaną po zaginięciu córki?! Książka zamknięta, a pytania zostały, poczułam się trochę rozczarowana. Jeśli odpowiedź jest gdzieś między wierszami, to jest za dobrze ukryta. Chyba że... może jednak i na samym końcu nie wszystko jest tak oczywiste, jak się wydaje? Druga - to trafiające się gdzieniegdzie błędy w zwrotach obcojęzycznych. Nie mam pewności, czy to nie jest świadomy zabieg, (bo który korektor puściłby coś takiego jak "famme fatalle" albo "beautyfull dream"?) ale nie mam też pomysłu, czemu miałby służyć, tym bardziej, że dłuższe teksty angielskie są w porządku (co do francuskich nie mam pewności).

 Mimo tych drobiazgów zdecydowanie warto przeczytać, bo Małgorzata Warda osiągnęła coś, co rzadko się udaje, w świetnie skomponowanej, wciągającej i zagadkowej historii kryje się coś więcej, coś co zmusza do myślenia.

---

PS bezczelnie podkradnę Agawie hasło "gdzie jestem, kiedy mnie nie ma" - otóż w każdej wolnej chwili jestem w Anglii, na zamku Milderhurst, w roku 1941, a to dzięki Kate Morton i nieocenionej Kasi.eire. Szczegóły wkrótce :)

niedziela, 09 stycznia 2011
Reanimacja - Danuta Mikołajewska

Mam ogromny problem z tą książką. Może na wyrost w jednej z poprzednich notek nazwałam ją "gniotem", ale coś jest z nią nie tak. Mimo entuzjastycznych opinii takich sław, jak śp. Krzysztof Kolberger i Juliusz Machulski, nie potrafię się do niej przekonać.

"Reanimacja", jak wynika z notki na okładce, jest przerobioną wersją (próbą reanimacji?) tekstu, który w 1989 r. powstał z myślą o serialu telewizyjnym.

Historia młodej lekarki, idealistki, zatrudnionej najpierw w prowincjonalnym szpitalu, później w ośrodku badawczym, a na koniec w hospicjum, opowiedziana jest z punktu widzenia jej męża. Sama w sobie - jako studium olbrzymiego zaangażowania w pracę, dylematów, wypalenia, mogłaby być bardzo ciekawa, niestety zamiast zainteresować, zmęczyla mnie.

Po pierwsze, mam wrażenie, że zamiar był zbyt ambitny. Próba zmieszczenia na 400 stronach wszechstronnego portretu środowiska lekarskiego, ze wszystkimi możliwymi patologiami (łowcy skór, korupcja, protekcja, układy, podkradanie sobie wyników badań, itp.) opisu dwóch ustrojów politycznych i okresu transformacji, studium rozpadu małżeństwa i czegoś w rodzaju "powieści moralnego niepokoju" jest praktycznie skazana na niepowodzenie. W efekcie wszystkiego jest w tej książce za dużo, a zarazem za mało, bohaterowie drugoplanowi pojawiają się tylko na chwilę, żeby zilustrować jakieś zjawisko (skorumpowany, opieszały chirurg, chciwy sanitariusz, małomiasteczkowa karierowiczka), po czym znikają niemal bez śladu. Może w serialu takie rozwiązanie sprawdziłoby się doskonale, w książce denerwuje.

Po drugie, "Reanimacja" zatrzymała się gdzieś w połowie między powieścią a wykładem poglądów narratora. Prawie każdy fragment kończy się lub zaczyna oceną, zwykle bardzo jednostronną i czarno-białą: albo potępiającą, albo idealistyczną. Konsumpcja jest zła, firmy farmaceutyczne wciskają ludziom truciznę, lekarze zapracowują się za marne pieniądze, dziennikarze to hieny i tak dalej. Po przeczytaniu całości można zrozumieć sens tego zabiegu, mimo to jednak zdecydowanie wolę książki, które pozwalają mi samodzielnie wyrobić sobie opinię na jakiś temat, zamiast podsuwać mi gotowy zestaw ocen, zresztą ani szczególnie przenikliwych, ani pogłębionych.

Po trzecie - jak na powieść osadzoną w środowisku lekarskim, za mało tu dla mnie szpitalnego "mięsa" i krwi, zwłaszcza w części drugiej. Odniosłam wrażenie, że sceny szpitalne z rzadka tylko przerywają napuszony słowotok. Zakończenie po części rekompensuje te braki, i jest jedynym fragmentem książki, który autentycznie "wbija w fotel". Niestety, trzeba do niego dobrnąć.

Po czwarte - język. Utrzymany w nieznośnej manierze, w dodatku niekonsekwentnie. Z jednej strony urywane, krótkie zdania, z drugiej wykwity w rodzaju: "Głowę w tył odchylając, obrożę rąk na mej szyi zawiesza" (s. 12) i męcząco nadużywany szyk przestawny, którego osobiście nie znoszę. Równie manieryczne stosowanie terminów w rodzaju: Metropolia, Korporacja, Ubezpieczalnia, mających zastąpić prawdziwe nazwy miejsc i instytucji. I znowu niekonsekwencja - albo realizm, albo wymyślony-świat-bez-nazw-własnych.

Podsumowując, "Reanimacja" to jedna z tych książek, które obiecują zbyt wiele, po czym nie są w stanie ani jednej z tych obietnic dotrzymać. Książka niezdecydowana, czym właściwie ma być, stojąca w niepewnym rozkroku między traktatem a powieścią, realizmem a uniwersalnymi prawdami, między 1989 a 2010, między serialem a epopeją, w efekcie rozczarowuje. Szkoda, bo chętnie przeczytałabym powieść lekarską na miarę serialu "Ostry dyżur", ale na razie pozostanie mi zadowolić się archiwalnymi odcinkami tego ostatniego na DVD.

sobota, 01 stycznia 2011
na Nowy Rok

Oczywiście przede wszystkim życzę Wam (i sobie też) wielu wspaniałych lektur, nowości, odkryć i fascynacji książkowych.

Ale i więcej.

Jakiś czas przed Świętami natrafiłam przypadkiem w sieci na artykuł podsumowujący rok 2010 w gospodarce. W którym było wyraźnie napisane, że sprzedaż "sprzętu RTV" wzrosła o ponad 20%, podczas, gdy w tym samym okresie sprzedaż książek spadła o 17%.

Tak mi to siedzi w głowie. Podobno ludzie nie mają pieniędzy na książki... ale na nowy telewizor pieniądze zawsze jakoś się znajdą. Cóż by szkodziło do wydanego tysiąca złotych dorzucić jeszcze dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt, żeby mieć co poczytać w przerwie na reklamy?

Życzę sobie i Wam, żeby w 2011 ludzie kupowali książki, a nie telewizory.

Życzę sobie i Wam, żeby w 2011 powrócili prawdziwi krytycy i prawdziwe recenzje. Żeby to, czego można się dowiedzieć o książkach z mediów mniej przypominało teksty marketingowe przygotowane w dziale promocji wydawnictwa, a bardziej - uczciwe wskazówki. Żeby książek nie upychano na samym końcu działu "kultura", po płytach, dvd i grach komputerowych, a za nimi już tylko krzyżówka i horoskop.

Życzę polskim autorom, żeby pisali jak najwięcej dobrych, ciekawych książek, ambitnych i popularnych, i tych pośrodku. I żeby polscy czytelnicy je kupowali, wypożyczali i czytali z przyjemnością. Życzę polskim pisarkom i pisarzom mądrych redaktorów i sumiennych korektorów, otwartych czytelników i troskliwych wydawców. I tego, żeby nie musieli na listach bestsellerów rywalizować z produkcjami ładnych pań i panów znanych tylko z tego, że często widać ich w telewizji.

Życzę sobie i Wam, skoro już wszyscy kupiliśmy sobie tyle telewizorów, żebyśmy w tych nowych telewizorach, zamiast kolejnego popisu tanecznego albo serialu, mogli obejrzeć ciekawy program o książkach, nadany w porze dużej oglądalności, na ogólnodostępnym kanale. Żeby nie trzeba było na niego polować w środku nocy ani dowiadywać się, że zniknął z anteny po kilku wydaniach.

Życzę sobie i Wam jak najmniej "światowych bestsellerów", "hitów wydawniczych" i "przebojów sezonu", a jak najwięcej ciekawych, dobrze napisanych książek, które nas wzbogacą, zachwycą i uczynią lepszymi, mądrzejszymi, bardziej otwartymi.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli