Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 26 lutego 2010
Alabama song - Gilles Leroy


"Alabama song" to powieść oparta na życiu Zeldy Fitzgerald, żony Francisa Scotta Fitzgeralda, ale, jak podkreśla autor w posłowiu, nie należy jej odczytywać jako biografii postaci historycznej, a jako powieść właśnie. Książka zostala wyróżniona prestiżową Nagrodą Goncourtów za rok 2007.


Przyznam, że miałam spory problem z tą książką. Z jednej strony bardzo dobrze napisana, z drugiej upiornie monotematyczna, chwilami okropnie egzaltowana (wiem, to mój ulubiony zarzut, który powtarzam z nużącą regularnością, ale nic nie poradzę, że z trudem wytrzymuję taki ton, takie natężenie emocji na granicy histerii). Poza tym przyznam się do czegoś wstydliwego - nie lubię książek F.S. Fitzgeralda, "Wielkiego Gatsby'ego" uważam za mocno przereklamowane czytadło i nigdy nie zrozumiem, dlaczego Amerykanie postanowili akurat tego pisarza otoczyć takim kultem. Można linczować :)

Czytałam więc z mieszanymi uczuciami aż do końca. Ale to dobrze, a w każdym razie na pewno lepiej, niż czytać obojętnie.

Narratorką jest sama Zelda Sayre, córka Sędziego z Alabamy, szalona, utalentowana dziewczyna wtłaczana przez rodziców w rolę "piękności z Południa", która (chyba w ramach buntu) młodo wychodzi za mąż za pisarza. Książka to kronika ich nieudanego małżeństwa, alkoholizmu, niespełnionych ambicji pisarskich Zeldy trawionej zawiścią o dokonania męża, romansu z "francuskim lotnikiem". Kronika rwana i chaotyczna, bo Zelda opowiada ją lekarzom w szpitalu psychiatrycznym w latach 40, mieszając czasy i wydarzenia, fantazję i rzeczywistość. A zarazem kronika "epoki jazzu" i "straconego pokolenia". Zelda i Scott byli pierwszą parą celebrytów, słynną ze swych ekscesów, skandali, hucznych przyjęć i szaleństw, protoplastami wszystkich tych dzisiejszych zaćpanych gwiazdek w rodzaju Kate Moss i jej chłopaka. Obserwujemy ich upadek, rozpad małżeństwa, ruinę i chorobę psychiczną oczyma szalonej Zeldy.

Pomysł jest znakomity - popatrzeć na znanego, otaczanego kultem pisarza oczyma jego żony, odwrócić schemat, zastanowić się, czy aby na pewno była chora psychicznie, jak mogło to wyglądać z jej perspektywy.
Gdyby tylko ta relacja nie była tak stale na najwyższych nutach, niemal histeryczna, rozedrgana od gwałtownych emocji. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie - jest to w końcu relacja kobiety chorej psychicznie, która i w pełni zdrowia nie była uosobieniem spokoju - ale w takim natężeniu drażni i już. Mnie drażni, kogoś innego może zachwycać.

Nie podobała mi się Zelda szalona, wskakująca do basenu na przyjęciach, tańcząca na stole, pijana, nie podobała mi się Zelda-kochanka przeżywająca namiętny romans, średnio mi się podobała Zelda-wariatka, ale bardzo do mnie przemówiła Zelda-niespełniona pisarka i wściekła feministka:
"Ojcostwo - powiadają. Let's father the story on him. Pisarstwo to męska sprawa. Z mocy prawa Bożego pisanie należy do mężczyzn. Macierzyństwo? Tego słowa używa się jedynie, mówiąc o noszeniu, karmieniu, podcieraniu ich spadkobierców, o czynnościach, które przedłużają trwanie ich nazwiska w przypadku, gdyby nie wystarczyły do tego ich dokonania." (s.130)

A teraz przewrotnie ocena 8/10, bo to mimo wszystko JEST naprawdę dobra książka.
wtorek, 23 lutego 2010
Nawiedzony - Shirley Jackson


Przerażona czekającym mnie w tym tygodniu ogromem pracy, stanęłam w niedzielę przed półką w poszukiwaniu "czegoś lekkiego". I możliwie cienkiego, do czytania wieczorami, kiedy będę już padać na twarz po spędzeniu dnia przed komputerem na wyłapywaniu i poprawianiu własnych błędów. I niekoniecznie zmuszającego do myślenia, bo myślenia o Różnych Ważnych Życiowych Sprawach mam chwilowo dość i bez książek. Na półce zachęcająco czerwieniła się okładka "Nawiedzonego".

Książkę Shirley Jackson kupiłam na allegro za parę złotych, zachęcona pozytywnymi recenzjami powieści tej autorki na blogach. Nawiedzony dom, horror napisany przez kobietę, sprzed kilkudziesięciu lat, o, tego mi było trzeba.

Po pierwszych kilkudziesięciu stronach wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia - przecież to zupełnie, jakbym czytała książkową wersję miniserialu "Rose Red" według scenariusza Stephena Kinga. Wszystko się zgadza: naukowiec zaprasza grupkę osób o zdolnościach parapsychicznych do opuszczonego, nawiedzonego domiszcza na odludziu w celu zbadania paranormalnych zjawisk. Dom jest dziwaczny, odpychający, zbudowany w taki sposób, że łatwo się w nim zgubić, przesiąknięty złem, unikany przez okolicznych mieszkańców. Identycznie jak w "Rose Red" w grupie gości znajduje się spadkobierca właścicieli domu i dziewczyna, na której dom spadł swego czasu niewyjaśniony deszcz kamieni... jest nawet tajemnicze samobójstwo w wieży. Dopiero po pewnym czasie znalazłam informację, że serial był rzeczywiście inspirowany tą książką.

Oczywiście King potraktował powieść jako podstawę do zbudowania własnego świata, jak to u Kinga, dopracowanego w każdym detalu, z bardzo dokładnie scharakteryzowanymi postaciami, historią, konfliktami, czasem wręcz z nużącym nadmiarem szczegółów.

Książka "Nawiedzony" jest nieco inna niż serial, ma za to wyjątkowy, delikatny klimat, wynikający prawdopodobnie z tego, że napisała ją kobieta i to pół wieku temu. Nie epatuje więc śmiercią i makabrą, koncentrując się zamiast tego na psychologii bohaterów (przede wszystkim dwóch głównych bohaterek, Eleanor i Theodory) i na budowaniu szczególnej atmosfery grozy. Trudno być pewnym, które z paranormalnych zjawisk zdarzają się rzeczywiście, a które rozgrywają się tylko w wyobraźni Eleanor, i szczerze mówiąc, najstraszniejsze są te fragmenty, w których pozornie nic strasznego się nie dzieje. Z kolei te "straszne" chwilami trącą myszką.

To, co najważniejsze, dzieje się w umyśle Eleanor, dla której jest to pierwszy wyjazd z rodzinnego domu po kilkunastu latach spędzonych na opiece nad schorowaną matką. Dom na Wzgórzu pomalutku lecz nieubłaganie przejmuje nad nią kontrolę, prowadząc ją do nieuniknionego zakończenia.

Minusem "Nawiedzonego" (albo dowodem, że to kolejna książka, która się brzydko zestarzała) są lekko egzaltowane opisy myśli i uczuć, czasem przesadnie kobiecy klimat (te muślinowe zasłonki, te lwy nad kominkiem, ten kubek z gwiazdami) i moim zdaniem dość wydumane dialogi między bohaterami. Przez to wszystko książka była momentami nużąca, choć ogólnie czyta się miło i przyjemnie.

A na koniec cytat, który wyjątkowo mnie urzekł, niekoniecznie z powodów literackich czy językowych, ale dlatego, że tak celnie opisuje pewien rodzaj wyobraźni:

"Czas zaczął się liczyć dopiero od tego czerwcowego poranka (...) Był to jednak czas dziwny i jedyny w swoim rodzaju. W przeciągu zaledwie paru sekund zdołałam przeżyć całe życie w domu z dwoma lwami u wejścia."

Ocena 7/10
czwartek, 18 lutego 2010
Rozstrojone umysły - Douwe Draaisma


To jest tak: idzie człowiek do Empiku z mocnym postanowieniem kupienia jakiejś Naprawdę Mądrej książki w rodzaju: "fizyka kwantowa dla opornych" albo "ogólna teoria wszystkiego w weekend". Żeby się dokształcić, pozbyć się opisywanego na równoległym blogu Kompleksu Głąba, a potem jeszcze zrecenzować tu Naprawdę Mądrą Książkę i zarobić parę punktów w kategorii "inteligencja".

Człowiek staje przed półką z napisem Filozofia/socjologia, nagle wzrok przyciąga jaskrawopomarańczowa okładka gdzieś w dolnych rejonach półki, ręka automatycznie sięga i...

no tak. Historia medycyny. Znaczy, przepadłam, a mądre teorie wszystkiego muszą poczekać do kolejnej wizyty, mało tego, aktualnie czytane książki też muszą poczekać bo właśnie spadły na koniec kolejki.

Tym razem historia neurologii, a właściwie kilkunastu odkryć z tej dziedziny. Autor postanowił opisać historię kilkunastu tzw. eponimów czyli nazw odimiennych. Wszyscy ich używamy - każdy miał jakąś ciotkę z "Alzheimerem", wujka chorego "na Parkinsona", wiemy, że chorzy z "zespołem Tourette'a" mają przymus wykonywania gwałtownych ruchów i przeklinania, a kiedy w "Ostrym Dyżurze" doktor Greene dowiedział się, że nowotwór mózgu "zaatakował pole Broki", wiedział, że nie ma już dla niego ratunku.

Nie wiemy jednak prawie nic o naukowcach, których imionami nazywamy te choroby i narządy. Kim był Alois Alzheimer, dlaczego obszar mózgu odpowiadający za mowę nie nazywa się "pole Daksa" tylko "pole Broki", w jaki sposób sporządzano pierwsze mapy mózgu, i jak sprawdzano, który rejon za jakie funkcje odpowiada (a wykorzystywano w tym celu chorych z urazami czaszki, odsłonięty mózg uciskano szpatułką i notowano obserwacje: przestaje mówić, mowa niewyraźna itp.).

Sama historia badań jest pasjonująca - lekarze latami obserwujący jeden przypadek, wiedza przekazywana w formie wykładów ilustrowanych pokazami pacjentów, gorące spory o takie kwestie jak teoria symetrii (bo dlaczego ośrodek mowy miałby się znajdować tylko w jednej półkuli). Lekarze, którzy zostali zapamiętani nie z opasłych publikacji na inne, ważne tematy, a z nazwy schorzenia, któremu poświęcili ledwie parę stron artykułu. Opisy chorób formułowane na przykład na podstawie charakterystycznych zachowań człowieka mieszkającego w pobliżu, nieznanego bliżej lekarzowi.

Dziwna ta dawna medycyna, bo z jednej strony brutalna, błądząca po omacku, traktująca pacjenta jak przypadek do pokazania na wykładzie, stosująca jakieś upiorne metody z grzebaniem łyżką w mózgu i hipnozą na czele, a z drugiej strony historie "przypadków" czyta się jak opowiadania, jaki nacisk kładziony na całego człowieka, nie tylko na schorzenie, ileż można się dowiedzieć o tych pacjentach, o ich życiu, pracy, zainteresowaniach, z samego opisu medycznego. Fascynujące też, w jaki sposób jednostkowe dziwactwo po zbadaniu, opisaniu, przedstawieniu zmienia się w chorobę.

Dobra, wciągająca lektura dla wszystkich, którym podobały się np. książki Olivera Sacksa. Z konieczności krótkie formy pozostawiają pewien niedosyt, autorowi brak też potoczystości Thorwalda, więc nie czyta się "jak powieść", lecz mimo to książka przedstawia masę ciekawych informacji i nie nuży.

A ja, z moim "kompleksem głąba" chyba znalazłam sobie dziedzinę, która mnie naprawdę interesuje.

Ocena 8/10
wtorek, 16 lutego 2010
ekranizacje
Pisałam w łańcuszku, że nie lubię ekranizacji.

Dwa ostatnio obejrzane filmy tylko mnie w tym utwierdziły. Odkryliśmy otóż w sąsiedztwie wypożyczalnię DVD i zrobiliśmy na nią Najazd, wypożyczając od razu max czyli 6 filmów, systemem "dla każdego coś dobrego".

Mnie trafili się "Zaklęci w czasie" i "Sekretne życie pszczół".

Hmmmmm

Taaaak...

O ile czytanie "Żony podróżnika w czasie" nie było jeszcze tak zupełnie czasem zmarnowanym, choć książka chwilami była straszliwie denerwująca, to film nie jest wart nawet tych 12 złotych za wypożyczenie.

Nudny, sentymentalny kit, w którym reżyserowi udało się zgubić nawet tę odrobinę uroku i tajemnicy, jaką miała powieść. Takie filmowe streszczenie książki, z głównymi aktorami kompletnie bez wyrazu (przepraszam, ale nigdy nie pamiętam nazwisk aktorów, nawet tych największych (czy: najlepiej opłacanych), notorycznie mylę na przykład Meg Ryan z Goldie Hawn a Meryl Streep z Glenn Close, odróżniam w zasadzie tylko George'a Clooneya i Jeffa Bridgesa i niespecjalnie mi to w życiu przeszkadza, bo jest dla mnie średnio ważne KTO, a ważniejsze JAK i CO zagrał). Wszystko przewidywalne jak po sznurku, z naciskiem na wątek prokreacyjny, który akurat był najmniej atrakcyjny w powieści, z obowiązkowym łzawym zakończeniem. Wypożyczenie akurat tego filmu w nielubiane Walentynki trąciło jakąś przewrotną, zupełnie nieplanowaną ironią :) M. kibicował z boku, zapytany dlaczego, odparł "czekam aż go wreszcie zastrzelą", i to by w zasadzie podsumowywało.

"Sekretne życie pszczół" okazało się nieco lepsze, chociaż niestety zgodne z okładką książki, to znaczy: wszystko było za ładne, a bohaterki jedna w drugą zbyt urodziwe, zbyt ugładzone, o 20 lat za młode i w ogóle wszystko-za-bardzo-i-już.

I szczerze mówiąc nie widzę najmniejszego sensu w oglądaniu tego typu ekranizacji, które są tylko mechanicznym przeniesieniem treści książki na ekran, taką ruchomą ilustracją, nie wnoszącą nic nowego, żadnej twórczej interpretacji, żadnej wartości dodanej, niczego, co by rzucało na kolana albo chociaż zmuszało do otwarcia buzi z zachwytu "a więc tak można to widzieć!" Ekranizacji, które zamiast wzbogacać treść książki tylko gubią jej urok, zawarty przecież w słowach, zastępując słowa płaskimi obrazkami. Nie wiem, dla kogo i po co w ogóle tego typu ekranizacje, na poziomie średnim pod każdym względem, czy tylko po to, żeby zapełnić kina wabiąc widzów na nazwisko znane z recenzji książek?

A może to po prostu taka ściąga ma być, dla ludzi bez wyobraźni? Dla pozbawionych tego cudownego daru wchodzenia w książkowy świat i rozwijania w głowie wielobarwnego, zachwycającego filmu podczas czytania? A może dla leniwych, którzy chcieliby niby wiedzieć o co chodzi w tej okrzyczanej książce, ale szkoda im "marnować czas" na czytanie, skoro wystarczą 2 godziny w kinie, żeby poznać treść?

Nie wiem. Jedyną ekranizacją, która mi się w ostatnim czasie podobała, była "Wojna polsko-ruska", która była i twórcza, i na poziomie, i trafiła w 10 jeśli chodzi o moje odczytanie tej książki.

W wypożyczalni na półkach zauważyłam jeszcze "Bez mojej zgody", "Pokutę" i "Drogę do szczęścia". I cóż, najzwyczajniej w świecie aż się boję to obejrzeć. Warto?




niedziela, 14 lutego 2010
Kreativ Blogger
Dostałam od Bernadetty Darskiej wyróżnienie Kreativ Blogger.



Bardzo mi miło, i dziękuję!

Jak zwykle, każda zabawa ma i trudniejszą część - powinnam wyróżnić 7 innych blogów. Trudniejszą, bo wybór jest ogromny, a poza tym wszystkie blogi, które czytam regularnie są kreatywne, ciekawe, inspirujące.

Więc po pierwsze "Ludzie, miejcie odrobinę kultury" Agawy - za wszechstronność kulturalną.
Po drugie blog Prowincjonalnej Nauczycielki za podsuwanie książek nieoczywistych.
Po trzecie Notatki coolturalneKasi.eire za świetny, gawędziarski styl i szczerą miłość do książek bijącą z każdej notki.
Po czwarte "Piszę z Wrocławia"Agnieszki Gil, bo zawsze kiedy tam zaglądam, żałuję, że mam tak daleko do Wrocławia :)
Po piąte Miasto Książek Padmy, chyba nie trzeba uzasadnienia :)
Po szóste Półeczkę z książkami Be.el - za ciekawe podpowiedzi dla rodziców i dzieci.
I po siódme blog Mamy Małego Rycerza , bo nieustannie, od początku, podziwiam Jej umiejętność pisania o takim najzwyklejszym życiu, a co najważniejsze - o wierze bez "nawracania" w sposób ciekawy nawet dla wojującej ateistki.

Uff. Oczywiście pominęłam coś koło setki innych, ciekawych, kreatywnych, inspirujących blogów... nie lubię tak wybierać tylko kilku, ale co zrobić.
piątek, 12 lutego 2010
Saville - David Storey


Książka wpadła mi w oko w spisie pozycji nagrodzonych nagrodą Bookera, i jednocześnie na Podaj.net. Pomyślałam, że zabawnie będzie dla odmiany przeczytać książkę starszą, autora, o którym nigdy nie słyszałam - coś innego.

Na początek dwie refleksje nie związane z treścią. Po pierwsze - od bardzo dawna nie czytałam takiej naprawdę starej książki, zaczytanej, zniszczonej, pożółkłej. Gonię za nowościami, a starocie omijam, czy to dobrze?

Po drugie, książkę wyróżniono w 1976 roku, a polskie wydanie jest datowane na 1982 rok. Niespełna trzydzieści lat temu... a jaka inna epoka, epoka w której trzeba było cierpliwie czekać 6 lat na zapoznanie się z ważną, nagradzaną zagraniczną pozycją. Epoka bez amazon.com i Księgarni Amerykańskiej, bez zagranicznych nowości w oryginale na allegro, epoka książek spod lady i kupowania jak leci tego, co akurat do księgarń "rzucili". Pod rozwagę wszystkim tym, którzy twierdzą, że czasy komuny były rajem książek i czytelników.

A teraz o książce. Jest to powieść podobno autobiograficzna, opisująca dorastanie w małym, górniczym miasteczku w Yorkshire. Właściwie trudno powiedzieć, kto tu jest tak naprawdę głównym bohaterem - młody Colin Saville, najstarszy z żyjących synów górniczej rodziny, czy też jego ojciec, ciężko pracujący górnik, owładnięty ambicją wykształcenia dzieci na "kogoś lepszego" niż on sam. Autor opisuje losy Colina od chwili narodzin (niedługo po śmierci kilkuletniego starszego brata, Andrew), poprzez dzieciństwo, lata szkolne w szkole średniej dla najzdolniejszych uczniów, college, związki z kobietami, przyjaźnie i pracę nauczyciela.

Z pewnością jest to książka ważna i dobra, ale należy do tych ważnych i dobrych książek, które czyta się bez przyjemności, niejako z obowiązku, rozumem a nie sercem. Autor kreśli obraz Anglii lat 40 XX wieku, rysuje panoramę losów mieszkańców miasteczka. Pokazuje kontrasty społeczne - pomiędzy ubogim, inteligentnym, ambitnym Colinem, a jego zblazowanym licealnym kolegą Staffordem. Bohaterowie toczą ważkie dyskusje - o klasie robotniczej, o przyszłości i życiu. Charakter postaci ukazany jest głównie w czynach i słowach. To także bardzo męski świat - postaci mężczyzn są o wiele bardziej wyraziste niż kobiety, ważne, ale przemykające gdzieś w tle. Te starsze pełnią tradycyjne role, te młodsze okazują pewne ambicje feministyczne, które jednak przejawiają się tylko w słowach.
Colin tkwi w potrzasku, bo choć udało mu się zdobyć wykształcenie pozwalające wyrwać się z miasteczka, nadal pozostaje w niewoli swojej rodziny - oczekuje się od niego rewanżu za inwestycję w jego naukę, teraz pomoc braciom i rodzicom ma spoczywać na jego barkach. Do tego ciąży mu świadomość istnienia przedwcześnie zmarłego, idealizowanego przez rodziców, starszego brata. Stale dąży do uwolnienia się - a zarazem do uwolnienia młodszych braci, choć oni nie wydają się zachwyceni taką perspektywą. Właściwie, gdybym miała streścić tę książkę jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest o odcinaniu tej metaforycznej "pępowiny" łączącej nas wszystkich z rodzicami.

I wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie to, że bohaterom jakoś brak głębi. Motywacje i zachowania Colina są jakieś zupełnie nie przekonujące, trudno byłoby mi nawet powiedzieć, jaki on właściwie jest - sprawia wrażenie obojętnego, trochę cynicznego, czasami znowu okazuje się idealistą, ale też jakby bez przekonania. Trudno polubić takiego bohatera, nie sposób się z nim utożsamić ani współodczuwać, dużo gada, nawet mądrze, ale niewiele robi, wydaje się wiecznie stać z boku, nawet kiedy angażuje się w spór z przełożonym czy romansuje z mężatką. Jest trochę jak Arvid z powieści Petersena, snuje się, myśli, dyskutuje i niewiele z tego wynika.
A dodatkowo książka jest długa, i co tu dużo gadać, NUDNA. Każda przejażdżka autobusem, każde zmywanie naczyń, każda sprężyna w fotelu, każda potańcówka musi być koniecznie drobiazgowo opisana. Trzeba sześćdziesiąt razy powtórzyć o zniszczonym ubraniu, sadzy na ścianach i myciu podłogi, przypomnieć czytelnikowi jeszcze raz, że ten był wysoki a tamten miał dużą głowę, zrelacjonować kilka razy niewiele różniące się od siebie dyskusje, kłótnie i rozmowy. Na prawie 700 stronach. Dlatego czytałam to, jakbym brnęła pod górkę przez hałdy węgla, coraz bardziej zniecierpliwiona. Na pewno jest to szczegółowy portret pewnej epoki i pewnej społeczności, z jej rozterkami, dylematami i przeżyciami, ale mimo to książka pozostawiła mnie obojętną, a nawet odłożyłam ją z uczuciem ulgi.

PS zdjęcie podkradłam z serwisu aukcyjnego, mój egzemplarz wygląda bardzo podobnie.
Ocena 6/10

środa, 10 lutego 2010
o starości
Książki starzeją się podobnie okrutnie i bezlitośnie jak ludzie. Atrakcyjna, pełna energii młoda kobieta po latach zmienia się w zrzędliwą, gniewną staruszkę. Mądry gawędziarz, dusza towarzystwa - w starego piernika powtarzającego stale te same, znane wszystkim dookoła opowieści na każdym świątecznym rodzinnym spotkaniu. Wypadają im zęby, garbią się do samej ziemi, dla młodszego pokolenia stają się kimś w rodzaju stworów z odległej planety.

Ostatnio przyszło mi (i dzieciom) zmagać się z klasyką i z książką nieco starszą niż kilkuletnie nowości. Czasem warto, wtedy widać wyraźnie jak bardzo zmieniliśmy się my, nasze otoczenie i tempo życia.

Dzieci uraczyliśmy "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a, głównie dlatego, że w dzieciństwie ta książka nie wpadła mi w ręce, więc i sama byłam jej ciekawa. Niestety, to nie jest książka dla współczesnych dzieci, a nawet dla współczesnych dorosłych. Zabawne postacie, przygody, akcenty humorystyczne, chwile prawdziwej grozy - to wszystko niknie, zalane słowotokiem, ginie gdzieś za tymi wszystkimi rozwlekłymi, barokowymi w formie opisami przyrody, powykręcanymi zdaniami na pół strony i sześć zdań podrzędnych, archaizmami i zwyczajnym wodolejstwem. Co bohater postawi dwa kroki, powie dwa zdania, to pojawia się opis, poranka nad rzeką, ścierniska, śniegu - tak długi, że po jego przeczytaniu ani słuchające dziecko, ani czytający dorosły nie pamięta już, o czym właściwie była mowa wcześniej.

Że to jest piękne? Że uroczy, staroświecki język? Ależ oczywiście. Piękne ale nieprzyswajalne, przerywane co chwila wyjaśnieniami, bo co to jest łacha, dlaczego chłodne palce nocy, a co to znaczy mącić wirem odmętów.

Że czytanie dzieciom właśnie temu ma służyć, poznawaniu piękna słów, przenośni, wyrafinowanych opisów? Pewnie tak - ale jak sprawić, żeby dzieci, od maleńkości multizadaniowe, koncentrujące uwagę na krótkie urywki potrzebne a to do rozwiązania zadania w grze, a to do obejrzenia bajki, a to do przeczytania którejś z tych nowych, fragmentarycznych książek jak "Dziennik cwaniaczka", potrafiły się na tym skupić? Skoro i moja, dorosła uwaga, swego czasu wyćwiczona na klasycznych cegłach, teraz odpływa, odrywa się i błądzi gdzieś podczas gdy usta machinalnie wymawiają napisane słowa?

"O czym szumią wierzby" jest jak ten pradziadek, który wabi prawnuki na rozwlekłe, pozbawione początku i końca opowieści o tym, jak za młodu spacerował po polu z kolegami, i jakie to, panie dziejku, lepsze czasy były. Wyjąć z uszu słuchawki od iPoda (najlepiej tylko jedną), grzecznie, z szacunkiem wysłuchać kiwając głową i uciec natychmiast jak tylko pradziadkowi zamkną się oczy ze znużenia.

Ja z kolei utknęłam w samym środku "Saville" Davida Storey (recenzja niebawem, jeśli uda mi się mozolnie przekopać przez pozostałe do końca 200 stron z hakiem). To z kolei książka nowsza, właściwie moja rówieśnica. I lubię grube "cegły" i nie mam nic przeciwko klasycznej, leniwej narracji - a brnę jak przez te opisywane hałdy węgla, tonę w opisach biednych miasteczek i bogatszych miasteczek, zmywania, prania i gotowania, w rozmowach na ważne tematy i szczegółowych opisach. "Nikt już dziś tak nie pisze" - zaleta to czy jednak wada? Ciekawe swoją drogą, czy dziś byłabym jeszcze w stanie przebrnąć przez te wszystkie Tessy, Młyny nad Flossą, Noce i Dnie i inne opasłe kanoniczne dzieła, które pochłaniałam kiedyś i dla nauki, i dla przyjemności? Czy jednak ta staroświeckość, powolność, opisowość byłaby przeszkodą nie do pokonania dla umysłu przyzwyczajonego do czytania urywkami, między tym a tamtym, do koncentrowania się na kilku rzeczach na raz? Te książki były napisane do czytania przy kominku, w jesienny wieczór, dla ludzi nie mających innej rozrywki, potrzebujących czymś zapełnić długie godziny, a my kradniemy minuty, ostatecznie kwadranse, z naszego zabieganego życia.

Podobno lubię książki napisane "klasycznie" ale jednak to musi być klasyczność przefiltrowana przez nowoczesne widzenie świata, klasyczność strawna dla XXI wiecznego odbiorcy. Pieczeń z dzika "na sposób szlachecki" może być smaczna, ale po pieczeni, jaką rzeczywiście jedli nasi pradziadkowie, większość z nas dostałaby potężnej niestrawności.

Oczywiście, są książki, które, podobnie jak niektórzy szczęściarze, starzeją się ładnie, pogodnie. Są staruszkowie, którzy nadal potrafią urzec swymi opowieściami. Kubuś Puchatek i Alicja na przykład, nie stracili nic ze swego dawnego uroku. Ale nie wszystkie mają takie szczęście.
niedziela, 07 lutego 2010
Fioletowy hibiskus - Chimamanda Ngozi Adichie
Piętnastoletnia Kambili dorasta w Nigerii, w domu ojca, Eugene - powszechnie szanowanego działacza, wydawcy opozycyjnej gazety i zamożnego przedsiębiorcy, człowieka bardzo religijnego i filantropa. Na pozór niczego rodzinie nie brakuje - nie muszą się zmagać z problemami, jakie dotykają uboższe warstwy społeczeństwa nigeryjskiego, dzieci uczą się w elitarnej szkole, a cała rodzina otoczona jest szacunkiem.

Jednak to tylko pozory. W rzeczywistości książka jest przerażającym studium fanatyzmu religijnego i przemocy domowej. Ojciec - na zewnątrz filantrop, z tytułem Omelora - Tego, Który Dba o Społeczność, hojny dobroczyńca dla swoich pracowników i współziomków, w domu rządzi żelazną ręką tyrana. Stosuje okrutne kary za każde przewinienie wobec bardzo rygorystycznie pojmowanej wiary i za każde odstępstwo od ustalonych przez siebie zasad.

Najstraszniejszy dla czytelnika jest kult, mieszanka bezgranicznej miłości i przerażenia, jakim otaczają okrutnego ojca Kambili i jej brat, Jaja. Również ich matka zachowuje się zgodnie z mechanizmem typowym dla ofiar przemocy domowej - uparcie trwa przy swoim prześladowcy, nie jest w stanie obronić ani siebie ani dzieci przed jego atakami, usprawiedliwia go przed otoczeniem i nie przyjmuje do wiadomości możliwości uwolnienia się. Na jednym z blogów przeczytałam, że wzbudza to bunt nas, kobiet wychowanych w innej kulturze. Myślę jednak, że w każdej kulturze znajdziemy tego typu przemoc i takie mechanizmy zachowań. Nie mają nic wspólnego z afrykańską specyfiką - to uniwersalny mechanizm uzależnienia ofiary od kata, który można spotkać i na polskim osiedlu.

Na ratunek bratankom przychodzi siostra Eugene'a, owdowiała ciotka Ifeoma. Zabiera Kambili i Jaję do swojego ubogiego, lecz szczęśliwego domu, w którym mieszka z trojgiem dzieci, pracując jako wykładowca na uniwersytecie. Dopiero tam, w spartańskich warunkach, Kambili uczy się, że można roześmiać się, odezwać bez pytania, żyć bez strachu o karę. Tam poznaje też inne, pozytywne i radosne oblicze wiary katolickiej, uosobione w postaci księdza Amadiego.

Książka jest pełna kontrastów - bogaty lecz nieszczęśliwy dom w porównaniu z ubogim, lecz pełnym śmiechu i radości. Purytańska, surowa wiara kontra radosna afirmacja i miłość, albo "pogańska" lecz równie prawdziwa religijność dziadka Kambili. Kult angielszczyzny i narzuconych przez kolonializm obyczajów w domu Eugene'a przeciwstawiony dumie z afrykańskiej kultury i tradycji jaką żywi Amaka, najstarsza córka Ifeomy. Wreszcie dwa oblicza Eugene'a, wzorowego chrześcijanina i okrutnego tyrana.

Zakończenie - jedyne możliwe, ostateczny akt buntu i rozpaczy udręczonej matki i ogrom poświęcenia jej syna. Iskierka nadziei dla wyzwolonej od cierpień rodziny.

Adichie poświęca też dużo uwagi szczegółom, realiom nigeryjskiego życia. Chwilami książka aż niemal pachnie nigeryjskimi potrawami i tytułowymi hibiskusami, aż czuje się upał i nadchodzące gwałtowne ulewy. Tym razem, inaczej niż w "Połówce żółtego słońca" wydarzenia polityczno-historyczne nie wysuwają się na pierwszy plan, są raczej tłem dla opowieści o dojrzewaniu i uwalnianiu się spod władzy okrutnego ojca.
Ocena 9/10
Łańcuszek
 

Zostałam zaproszona do zabawy przez Kasię.eire .

Zawsze mam problem z odpowiedziami, bo dziwnym trafem te najciekawsze książki wylatują mi z głowy i przypominam sobie o nich dopiero po wszystkim. Ale spróbuję.

1. Jakie trzy powieści poleciłabyś koleżance idącej na patologię ciąży z informacją, że będzie musiała tam spędzić miesiąc do porodu?

Hmm, kiedy sama byłam w tej sytuacji, sięgnęłam po prostu po najgrubszą książkę jaką miałam w domu - na patologii jest śmiertelnie nudno :-) - i była to "Blondynka" Joyce Carol Oates. Dobry wybór ale nie dla każdego (jak wszystkie książki).

Na pewno poleciłabym Hakawatiego, bo doskonale odrywa od rzeczywistości. Może jeszcze "Dom w Riverton", bo jest grubaśna i nie trzeba się przy niej wysilać. Albo cokolwiek z "serii z miotłą" WAB - znaczek serii gwarantuje mądrą, ciekawą książkę o kobietach dla kobiet. I oczywiście trochę sadystycznie, "Stulecie chirurgów", albo "Pacjentów", żeby koleżanka mogła docenić nowoczesny szpital i zobaczyć, że współczesne zabiegi medyczne to pikuś przy tym, przez co musieli przechodzić nasi przodkowie jeszcze 100 lat temu :) 

2. Jaka książkę chciałabyś zobaczyć zekranizowaną, a która powinna zostać tylko na papierze, bo jej ekranizacja tylko by ją spłyciła?

Ciarki chodzą mi po plecach na myśl o planowanej ekranizacji "Peanatemy" - już sobie wyobrażam mądrą fantastykę przetworzoną w ciąg wymyślnych walk, pościgów po dachach i efektownych wybuchów w wykonaniu np. przystojniaka ze "Zmierzchu" owiniętego w prześcieradło.

Ale ja jestem ortodoksem - ekranizacji nie lubię i zwykle nie oglądam, bo uważam, że spłycają książkę i prawie nigdy nie dorównują "filmowi" jaki mam w głowie, kiedy czytam. Ewentualnie mogę obejrzeć ekranizację jakiegoś czytadła, ciekawa byłaby też porządnie zekranizowana trylogia  husycka.

3. Jaka powieść poleciłabyś mężczyźnie, a jaką kobiecie, osobom, które nigdy nie czytały nic oprócz lektur, a teraz chcą zacząć swoją przygodę z książką? (staję przed takim pytaniem często w tej bibliotece, którą prowadzę społecznie, ale mam ograniczony wybór do tych, które tam dostępne, ale wy możecie oczywiście wybrać ze wszystkich, nawet tych nie tłumaczonych na polski.

Dawno temu jako studentka z poczuciem misji chciałam ukulturalnić mojego narzeczonego - przystojnego troglodytę, który od szkoły nie czytał nic poza "Auto-moto" i gazetkami "dla panów" :) Poleciłam mu "Mistrza i Małgorzatę" z grubej rury, i tym sposobem P. zakończył "przygodę z książką" po ok. 50 stronach marudzenia, że nudne, dziwne i nie wiadomo o czym.

Pewnie trzeba by więc na początek polecić coś lekkiego. Z czytanych niedawno  a ciekawych dla kobiety mogłabym polecić "Sekretne życie pszczół", "Srebrną zatokę". Każdemu poleciłabym Kinga na początek, czyta się szybko, straszy, wzrusza, wciąga, nie wymaga wielkiego myślenia a z drugiej strony jego książki sporo mówią o ludziach.

Uff, teraz trudniejsza część zadania, czyli moje 3 pytania...

1. Jaka niedawno przeczytana książka "nie pozwoliła Ci zasnąć" - bo tak mocno wzruszyła, zainspirowała, wystraszyła, albo pobudziła do myślenia?

2. Którego autora (może być nieżyjący) chciał(a)byś poznać osobiście i zasypać pytaniami na temat życia, wszechświata i całej reszty? ;-)

3. Jaką dawno przeczytaną i zapomnianą książkę chciał(a)byś odkryć na nowo, po latach, albo zobaczyć wydaną ponownie w księgarni?

Do zabawy zapraszam Agawę, Jasoxa, i Kota_kreskowego


11:58, mdl2
Link
poniedziałek, 01 lutego 2010
Nocna zamieć - Johan Theorin


Rzadko się zdarza, żeby książka, która budzi ogromne oczekiwania, później ich nie zawiodła. Zwykle bywa "nie tak" - nie tak dobra, nie tak ciekawa, nie tak mądra, jak się spodziewam.

"Nocna zamieć" nie zawodzi, wręcz przeciwnie, była jeszcze lepsza, niż się spodziewałam. Dawno mi się nie zdarzyło pochłonąć książki w niecałe 2 dni, dawno nie miałam tego uczucia żalu, że trzeba ją odłożyć na noc, a potem - że to już koniec.

"Nocna zamieć" to druga część cyklu nazwanego przez recenzentów Kwartetem Olandzkim. Pierwsza część - "Zmierzch" była kryminałem z wątkiem obyczajowym i społecznym, bardzo dobrym zresztą, ale druga część jest jeszcze lepsza. W pierwszej części Olandia była względnie spokojnym pustkowiem, o umiarkowanie ponurym klimacie. Tutaj jest mroczną wyspą wystawioną na pastwę szalejących zimowych żywiołów i demonów przeszłości. Tytułowa zamieć to zjawisko specyficzne dla wyspy, które potrafi zabić.

Joakim i Katrina Westinowie wraz z dwojgiem małych dzieci sprowadzają się do dawnego gospodarstwa latarnika położonego na wyspie. Domostwo od początku jest naznaczone tragedią - zbudowano je z drewna pochodzącego z zatopionego statku. O kolejnych zgonach i nieszczęściach jakie nawiedziły dom na przestrzeni półtora stulecia, dowiadujemy się stopniowo w miarę czytania. Jednak, zgodnie ze szwedzkimi wierzeniami ludowymi, zmarli nie odchodzą na zawsze, a w noc Bożego Narodzenia zbierają się na nabożeństwie.

Gdy rodzinę Westinów dotknie tragedia, dom zacznie stopniowo odsłaniać swoje tajemnice, a pozostali przy życiu członkowie rodziny będą musieli zmierzyć się zarówno z własną rozpaczą, jak i z duchami przeszłości. A kulminacja dokona się w tytułowej zamieci.

To nie jest typowy kryminał - chociaż jest tu i młoda policjantka, i dwa zabójstwa, i trio włamywaczy zajmujących się kradzieżami w opuszczonych domach letniskowych, i pojawia się, tym razem w roli drugoplanowej, Gerlof Davidsson, stary marynarz. To przede wszystkim powieść psychologiczna - o stracie, rozpaczy, żałobie. O tajemnicach przeszłości i ich wpływie na teraźniejszość. Wątek nadnaturalny - duchów zmarłych - też nie znajduje przyziemnego rozwiązania, jest raczej otwartym zaproszeniem dla czytelnika, żeby sam zastanowił się nad ich istnieniem.

I wreszcie wiem, czego mi brakowało w pierwszej części Millenium. Uczuć! Psychologii! Empatii! Książka Larssona była w moim odczuciu zimna jak te wszystkie opisywane komputery, jak ciekawy ale nie wstrząsający artykuł w gazecie, gdy tymczasem Theorin sięga do psychiki bohaterów, straszy i wzrusza czytelnika, pozwala mu przeżywać emocje opisywanych postaci. Może tak jest po części dlatego, że łatwiej mi utożsamić się z bohaterami "Nocnej zamieci" - młodym małżeństwem z dziećmi, niż z wziętym dziennikarzem, rozwodnikiem, i pokręconą hakerką?

W każdym razie, z mojego punktu widzenia, "Nocna zamieć" to absolutna rewelacja, a teraz będę niecierpliwie czekać na trzecią część "Kwartetu".

Tylko okładka jest mocno paskudna :)
10/10
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli