Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
poniedziałek, 28 lutego 2011
wstrząsające objawienia czyli przerost formy nad treścią

Zapchajdziura ponieważ czytam dwie grube-i-ciekawe książki na raz*, szkoła znowu zajmuje mi wszystkie dostępne weekendy, a telefon "służbowy" się urywa.

Wydawnictwo W.A.B. reklamuje książkę pt. "Pływanie" sloganem: autorkę okrzyknięto objawieniem jeszcze przed premierą.

Jeśli chcieli mnie zniechęcić i zagwarantować sobie, że nie tknę tej książki najdłuższym kijem świata, to osiągnęli cel.

Zdjęłam z półki pięć losowo wybranych książek, wydanych niedawno. Jest tu "wybitna powieść", "wstrząsająca historia", "fascynująca opowieść", "hipnotyzujący thriller" i "jedno z największych wydarzeń literackich ostatnich lat". Z tego jedna jest nudna jak flaki z olejem, dwie umiarkowanie przyzwoite, jedna dość ciekawa, a piątą można uznać za fascynującą (to ta "wybitna"). Nie będę podawać tytułów - założę się, że cokolwiek sami zdejmiecie z domowej półki, będzie miało na okładce podobny katalog przymiotników na najwyższej nucie, zupełnie niezależnie od zawartości.

Jeśli wszystko jest wybitne, porywające i fascynujące, to nic już takie nie jest. Z marketingowej rozwrzeszczanej histerii nie sposób wyłowić książek naprawdę wartościowych. Nikt nie popełni marketingowego samobójstwa pisząc: to jest umiarkowanie ciekawa, ale za to napisana ładnym językiem historia o miłości. Nie, to musi być zawsze poruszająca do głębi historia namiętności i zdrady albo porywający romans okrzyknięty objawieniem przez sześć milionów czytelników jeszcze przed przeczytaniem.

A ja marzę o odrobinie powściągliwości. Niech książka będzie "okrzyknięta" objawieniem PO premierze, kiedy ktokolwiek będzie miał szansę ją w ogóle przeczytać. Niech marketingowcy przestaną wciskać nam ten kit, bo powoli robi się tak, że im więcej przymiotników, tym potem większe rozczarowanie, a hasło "wydarzenie literackie" stosowane z uporem godnym lepszej sprawy do każdej książki, którą da się bez bólu przeczytać i trzy dni później zapomnieć, staje się równie pozbawione treści jak kolejne zapewnienia o przewadze "niezwykłego proszku" nad "zwykłym". "Objawienia" i "wydarzenia" nie pojawiają się stadami, co dwa tygodnie.

---

* 1. Paul Theroux - The Happy Isles of Oceania

2. Salman Rushdie - Dzieci północy

wtorek, 22 lutego 2011
The Distant Hours - Kate Morton

 

 "All true readers have a book, a moment like the one I describe, and when Mum offered me that much-read library copy mine was upon me. For although I didn't know it then after falling deep inside the world of the Mud Man, real life was never going to compete with fiction again." (s.31)

Teraz wiem już na pewno - mam nieuleczalną słabość do powieści Kate Morton. "Distant Hours" dostałam w prezencie od Kasi.eire, w zamian za inną książkę. Wyobraźcie sobie ponury, styczniowy poranek, z gatunku tych "najbardziej depresyjnych w roku...", dzwonek do drzwi, paczkę w tekturowym opakowaniu z Amazon, niecierpliwy szczęk nożyczek, bo prezent miał być niespodzianką, a w środku...

przepięknie wydana, gruba, pachnąca nowością książka, czy raczej Księga. Nie żaden paperback do noszenia w torebce i zakładania skasowanym biletem, ale Księga, taka do czytania w przepastnym fotelu, z kubkiem gorącej herbaty i opakowaniem wiśni w czekoladzie, wieczorem, kiedy leje deszcz albo sypie śnieg, a dzieci odrabiają lekcje, a człowiek powinien, teoretycznie, uczyć się do zaliczenia z prawa.

Walczą we mnie dwie czytelniczki. Jedna zblazowana, pozująca na pseudointelektualistkę, która kręci nosem na wszystko poniżej Nobla i nosi w torebce "Pianistkę", i druga, która chce po prostu usiąść wygodnie i zagłębić się w Opowieść. Chce wzdychać, uśmiechać się, podkreślać ołówkiem to, co ją wzruszy, obgryzać paznokcie ze strachu, chce wejść w opisywany świat tak głęboko, żeby go zobaczyć, usłyszeć i poczuć, żeby na koniec, po odwróceniu ostatniej kartki, zamrugać oczami, rozejrzeć się nieprzytomnie dookoła nie wiedząc, skąd się wziął ten jasno oświetlony pokój i gdzie się podziały ostatnie trzy godziny. Chce czytać w łóżku, odwlekając sen, choć następnego dnia budzik znowu zadzwoni o siódmej, bo czuje się, jakby znowu miała piętnaście lat, a książki były dla niej po prostu oknem na inny świat, inne czasy, inne życie.

Kate Morton pisze dla tej drugiej. Dla tej, która gdzieś tam w głębi odrzuca czarno-biały podział na książki dobre i te, które się dobrze czytają. Dla tej, która pragnie Opowieści. Tajemnicy.

W miasteczku Milderhurst stoi ponure zamczysko. Mieszkają w nim trzy siostry-staruszki, córki dawno zmarłego Raymonda Blythe'a, autora nieśmiertelnej książki dla dzieci "The True Story of the Mud Man". Najmłodsza i najbardziej utalentowana literacko żyje we własnym świecie, odkąd pięćdziesiąt lat wcześniej jej ukochany nie przyszedł na kolację, podczas której miał się oficjalnie oświadczyć. Wciąż czeka, ubrana w odświętną suknię. Dwie starsze, bliźniaczki, poświęciły całe życie opiece - nad ojcem, nad zamkiem, a na koniec nad młodszą, przyrodnią siostrzyczką.

Trzydziestoletnia Edith dzięki pewnemu zagubionemu listowi przypadkiem odkrywa, że jej matka, Meredith, spędziła w zamku pewien czas podczas drugiej wojny światowej, jako jedno z dzieci ewakuowanych z bombardowanego Londynu. Odwiedza zamek, po czym wraca do niego, żeby napisać wstęp do nowego wydania książki Blythe'a. Siostry powierzą jej strzeżone od wielu lat tajemnice... a przy okazji młoda kobieta spojrzy inaczej na swoją matkę i pozna ją na nowo.

Podobnie jak w "Domu w Riverton" i "Zapomnianym ogrodzie" Morton sprawnie buduje akcję, przeskakując od teraźniejszości do przeszłości, pokazuje bohaterów na różnych planach czasowych, pomalutku uchylając rąbka tajemnicy. Tym razem bawi się klimatami powieści gotyckiej: mroczne, rozsypujące się zamczysko, ponura tajemnica, zagubione listy, obłąkanie, i tajemniczy "Człowiek z błota" z powieści dla dzieci tworzą niesamowitą atmosferę, choć oczywiście wszystkie zagadki i sekrety mają najzupełniej realne rozwiązanie. Tym razem pisarce udało się mnie zaskoczyć - niby się domyślałam, niby przeczuwałam, a jednak nie do końca zgadłam.

Na planie współczesnym Edith odbudowuje relacje z matką, dostrzega w niej zupełnie inną osobę. Z kolei Meredith przechodzi przemianę, przede wszystkim dzięki temu, że odważyła się spojrzeć na dawno zamkniętą przeszłość, przyznać się do ówczesnych marzeń i zacząć je realizować. Ale, przyznam z pewnym wstydem, dużo bardziej zaciekawił mnie wątek sióstr Blythe i tajemnica zamku, może dlatego że w tym odkrywaniu siebie na nowo i realizowaniu się poprzez pisanie nie znalazłam nic szczególnie nowego. Natomiast "ta druga" czytelniczka we mnie ze wszystkich sił chciała się dowiedzieć, dlaczego Thomas w 1941 roku nie przyszedł na kolację :)

Autorka ma dar opowiadania, tworzenia sugestywnych postaci i obrazów. Odwykłam od czytania po angielsku, z lenistwa czytam przekłady, więc na myśl o przeczytaniu 650 stron w oryginale trochę się bałam. Niepotrzebnie, bo książka wciąga od pierwszej strony, i kiedy już weszłam w opisany świat, przestałam zauważać język. Bardzo dawno nie zdarzyło mi się czytać w oryginale tak samo szybko i łatwo jak po polsku i tak samo bez wysiłku rozwijać przed oczami "film".

Dla nałogowych czytelników i wielbicieli książek bonus w postaci głównej bohaterki zakochanej w książkach, dużo o czytaniu, o pisaniu, jak widać z zamieszczonego na wstępie cytatu. Książki są tu wszechobecne, bardzo wyraźna jest też typowa dla wielu anglojęzycznych autorów fascynacja pisaniem.

Wielka literatura to nie jest, ale bardzo dobra opowieść. Nie mam pojęcia, jak Australijce udaje się pisać takie na wskroś brytyjskie powieści, ale trzeba przyznać, że wychodzi jej to doskonale.

piątek, 18 lutego 2011
Koniec świata w obrazkach - Robert Goolrick

Przyznam się do czegoś, do czego w zasadzie nie wypada się przyznawać. Otóż śmiertelnie mnie nudzą książki autobiograficzne na temat molestowania seksualnego w dzieciństwie, podobnie jak gazetowe i telewizyjne wyznania na ten sam temat. Poza tym zalatują szantażem emocjonalnym, wymuszaniem zainteresowania (bo jak tu skrytykować czyjąś osobistą tragedię?), podobnie zresztą jak wszelkiego typu "historie życiem pisane", osobiste dzienniki walki z rakiem, nałogiem, bulimią, depresją, anoreksją, przemocą domową i tak dalej. Zawsze mam wrażenie, że tego typu wyznania są interesujące jedynie dla psychiatrów, dla grupy wsparcia, której członkowie przeszli to samo, albo dla tabloidowych podglądaczy, pocieszających się tym, że "innym gorzej".

Pod tym względem - treści - książka Goolricka nie wnosi nic nowego. Koleje losu narratora są przewidywalne: chłopiec, molestowany w dzieciństwie przez ojca, przechodzi depresję łącznie z malowniczymi próbami samobójczymi, terapię w ośrodku zamkniętym, mimo to nie potrafi poradzić sobie z nawiązywaniem relacji z ludźmi, ma kłopot z własną seksualnością i czuje się wyobcowany ze świata. Na zakończenie dowiadujemy się, że książka została napisana z nadzieją, że może dzięki niej uda się powstrzymać choć jednego rodzinnego kata przed skrzywdzeniem dziecka. Hm, może jestem nieuleczalnie cyniczna i do gruntu zła, ale nie wierzę w taką moc sprawczą literatury. Nawet jeśli potencjalny gwałciciel byłby, jak w powieści, wykształconym molem książkowym...

Dlaczego więc udało mi się w ogóle przez tę książkę przebrnąć, a nawet czytać ją z zainteresowaniem? Przede wszystkim (banał) jest dobrze napisana. Narracja jest niechronologiczna, dzięki czemu przyczyny niepowodzeń życiowych bohatera i jego nienawiści do rodziców dowiadujemy się dopiero pod koniec, stopniowo zaglądając za fasadę pozornie szczęśliwej, barwnej, choć może nadmiernie rozpitej, rodziny Południowców.

Po drugie, co zaskakujące, narrator zachowuje pewien dystans i autoironię, z wyjątkiem fragmentów dotyczących najboleśniejszych przeżyć. Choć opisana tu rodzina jest wyjątkowo toksyczna, książka nie jest pasmem typowych żalów i pretensji, a niektóre opisy cechuje dyskretny, sarkastyczny humor.

I po trzecie, może najważniejsze - Południe USA w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku! Podczas czytania nie mogłam uciec od skojarzeń z książkami Rebeki Wells. To te same rodziny, te same zwyczaje, te same umalowane kobiety z nieodłącznym papierosem i drinkiem w dłoni, które mogłyby równie dobrze należeć do Siostrzanego Stowarzyszenia Ya-Ya. Pikniki nad rzeką, przyjęcia koktajlowe, wymyślne drinki, długie suknie i rozbawione towarzystwo, a gdzieś za tym wszystkim krzywda, kłamstwo i cierpienie dzieci. Rodzina, początkowo niezauważalnie, a potem w coraz szybszym tempie, stacza się w pijacką degrengoladę, para eleganckich, inteligentnych, lekko snobistycznych ludzi zmienia się w dwoje degeneratów, umierających na choroby spowodowane pijaństwem podczas gdy w eleganckim niegdyś domu szczury baraszkują na perskich dywanach. Zarówno czasy świetności, jak i upadek rodziny, opisane są w sposób godny najlepszych amerykańskich mistrzów powieści psychologicznej. Postacie drugoplanowe - babcie, kuzynki, dalsi krewni - nakreślone są barwnie, z werwą, niemal wychodzą z kart powieści.

To wszystko ratuje książkę przed osunięciem się w ckliwy banał w stylu Oprah Winfrey Show albo w patos i egzaltację Conroya i sprawia, że nawet taka pozbawiona empatii, cyniczna i znudzona tematem czytelniczka jak ja jest w stanie przeczytać ją z zainteresowaniem, a nawet, chwilami, z autentycznym wzruszeniem. Z pewnością sięgnę więc po "Żonę godną zaufania" tego samego autora.

Ostatnie miłe zaskoczenie przeżyłam, kiedy zobaczyłam na końcu, obok notatki o autorze, krótki biogram i zdjęcie tłumaczki. Zawsze przyjemnie, kiedy wydawcy naprawdę doceniają naszą pracę.

niedziela, 13 lutego 2011
Przestrzeń za Szkłem - Simon Mawer

Zawsze, kiedy wygrzebię z dolnej półki Empiku dobrą książkę, o której nigdzie nie czytałam, nie słyszałam, która przemknęła gdzieś w tle - zastanawiam się, dlaczego tak jest. Wiem, pewnie jak zawsze - prawa rynku, wszystkiego promować się nie da, coś musi zginąć w tłumie. Czasem szkoda. Bo gdybym nie przykucnęła, gdyby mi się nie chciało sięgnąć, wyjąć, przekartkować - umknęłaby mi naprawdę dobra, ciekawa książka, byłabym o coś uboższa.

"Przestrzeń za Szkłem" opiera się na pomyśle nienowym. Pokazać fragment historii przez historię budynku, to brzmi banalnie. Mimo to książka banalna nie jest, choć jest odrobinę niedzisiejsza, nostalgiczna i bardzo stonowana.

Tytułowa Przestrzeń ("Glasraum") to olbrzymi, przeszklony salon w modernistycznej willi w pewnym mieście w nowo powstałej Czechosłowacji. Willę zaprojektował na zamówienie Viktora Landauera, producenta samochodów, i jego pięknej żony Liesel, pewien niemiecki architekt. Budynek budzi podziw i oburzenie w miasteczku, stając się centralnym punktem łączącym losy kilkunastu osób na przestrzeni siedemdziesięciu lat.

Historia Przestrzeni za Szkłem staje się historią czesko-żydowsko-niemieckiej rodziny tuż przed wybuchem II wojny światowej i podczas jej trwania. Na pierwszym planie rozgrywa się historia trójkąta, a może nawet czworokąta małżeńskiego, subtelne i skomplikowane relacje pomiędzy Viktorem i dwiema kobietami, a z drugiej strony - między jego żoną i jej przyjaciólką Haną. W tle - nadciągająca groza wojny, prześladowania Żydów. Coś, co początkowo wydawało się odległe, jak nawałnica na horyzoncie, stopniowo zbliża się i pożera całe życie Landauerów. To samo uwielbienie dla przyszłości, prostoty i porządku, które stworzyło mały klejnot architektury, doprowadziło też do największego okrucieństwa w historii. Budynek, równoprawny główny bohater tej powieści, przyjmuje ciosy, przechodzi z rąk do rąk, trwając w zmieniającym się świecie.

Cała książka jest jak stara fotografia, lekko wyblakła, przesycona nostalgią. Nie ma tu narracyjnych fajerwerków ani zwrotów akcji, tylko subtelna, pełna niuansów opowieść o przyjaźni, miłości, zdradzie, ale i o wojnie, o dziejowych zawieruchach, które sprawiły, że dom przechodził z rąk do rąk. I, chyba przede wszystkim, o przemijaniu, o tęsknocie za tym, co nie wróci, czego nie da się utrwalić nawet w kamieniu i szkle.

Na zdjęciu budynek, który zainspirował Simona Mawera, willa Tugendhat w Brnie, zaprojektowana przez słynnego niemieckiego architekta, Ludwiga Mies van der Rohe.

 

http://en.wikipedia.org/wiki/Villa_Tugendhat

Na koniec cytat w sam raz na jutrzejsze upiorne, supermarketowe święto:

"Przecież miłość jest uczuciem relatywnym, a nie jakimś ogólnym, niezależnym od obiektu miłości. "Miłość do", nigdy sama miłość. Istnieją różne jej gradacje, odcienie, zapachy i smaki. Ona nie jest jak szczęście czy rozpacz, które zdają się nudne i ograniczone. Zdenka czuje, że miłość jest bezgraniczna. Można kogoś kochać w jeden sposób, a kogoś innego w drugi, a zasoby miłości, najróżniejszych, nigdy się nie zmniejszają" (s. 458).

 "Przestrzeń za szkłem" została w 2009 r. nominowana do Man Booker Prize, Walter Scott Prize dla powieści historycznych, oraz do Wingate Prize.

środa, 09 lutego 2011
Lepiej - Atul Gawande

 

 

Jestem, nie umarłam, nie zniknęłam w zakamarkach cyberprzestrzeni, to tak na wypadek, gdyby ktoś za mną tęsknił :) Już za tydzień deadline a za trzy dni kolejny etap sesji zimowej, a potem, wolna jak ptak, zrecenzuję wszystko to, co czytam w międzyczasie, głównie dla zresetowania mózgu.

Na razie nowa książka autora "Komplikacji", wydana w serii medycznej Znaku i przeczytana z doskoku, jak to książki popularnonaukowe, z dużym naciskiem na "popularno" i małym na "naukowe".

Jednym zdaniem - za mało krwi, za dużo biznesu.

Czy książka o medycynie, napisana przez lekarza, chirurga, może zanudzić? Tak - jeśli wcale nie jest o medycynie. A właściwie jest, ale o tej mniej atrakcyjnej stronie medycyny, papierkowo-księgowo-logistycznej. W takim razie po co ta trójka chirurgów na okładce? Pewnie po to, żeby takie żądne krwi i parujących flaków medyczne hieny jak ja, które ślinią się na myśl o perforacjach jelit, przyszywaniu amputowanych palców, wewnętrznych masażach serca, grzebaniu łyżeczką w mózgu i tym podobnych, wydały bez zastanowienia 35 złotych...

Autor pisze między innymi o drobnych usprawnieniach takich jak mycie rąk czy ewidencjonowanie zachorowań. O zakrojonych na szeroką skalę akcjach szczepień w Indiach i o procedurach ratowania rannych żołnierzy w Iraku. O finansach (ile powinien zarabiać lekarz) i o etyce (lekarze asystujący przy egzekucjach). To ostatnie to zresztą popis tak krańcowej hipokryzji, do jakiej zdolni są chyba wyłącznie amerykańscy biurokraci. Z jednej strony kolejka oczekujących na karę śmierci porównywalna z tą w Chinach, z drugiej absurdalna dbałość o to, aby skazany miał bezbolesną śmierć, z trzeciej z kolei ogłaszanie, że to nieetyczne, aby w egzekucji pomagał lekarz.

Akurat rozdział o karze śmierci jest zresztą najciekawszy, natomiast cała reszta podejrzanie przypomina mi te wszystkie książki, które tłumaczę o zarządzaniu, kierowaniu, usprawnianiu, szkoleniu sprzedawców, kierowników, agentów nieruchomości albo personelu linii lotniczych. Innowacyjność, statystyka, koszty, korzyści, rozwiązania... ten sam, amerykański język, te same tematy - NUDA. Ciekawie robi się tylko wtedy, kiedy autor na chwilę wychodzi zza biurka i przedstawia konkretnych, chorych pacjentów. Za rzadko. Opis: "Gawande w porywajacy sposób opowiada o tajnikach pracy lekarza"* nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Chyba, że kogoś porywa opis systemu ubezpieczeń medycznych w USA, na przykład.

Przeczytałam więc z umiarkowanym zainteresowaniem, jak serię artykułów w tygodniku, akurat do czytania przy jedzeniu, bo drastycznych opisów (niestety) brak.

Dla Czytelników, którzy uważają, że nadmiernie się czepiam: już niedługo pojawi się pean pochwalny na cześć Kate Morton, wolny od wszelkiego czepialstwa :)

---

* opis z merlin.pl

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli