Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 29 lutego 2012
Córka grabarza - Joyce Carol Oates

Na początek, dla porządku - plan lutowy zrealizowałam w 99%, bowiem zostało mi jeszcze 20 stron Barnesa, uroczego starego nudziarza :) Recenzja wkrótce, pewnie w weekend, i również w weekend plan na marzec, prawdopodobnie bardziej obszerny, bo szykują mi się codzienne podróże autobusem (szczegóły: patrz blog pracyszukający ;-) )

Rzutem na taśmę jeszcze w tym ostatnim, pożyczonym dniu lutego, Oates.

---

Każda kolejna powieść Joyce Carol Oates utwierdza mnie w przekonaniu, że ta autorka bez cienia wątpliwości zasługuje na miano wybitnej, a przy tym jest niezwykle wszechstronna. Każda jej książka jest inna, chociaż wszystkie, które znam, cechuje wyraźny, autorski styl.

"Córka grabarza" to jedna z tych książek, które przez historię jednego bohatera opowiadają coś ważnego o losach całej grupy ludzi albo każdego z nas.

Życie bohaterki to długi i powolny proces wyzwalania się z koszmaru dzieciństwa, uwalniania się od piętna i zdobywania własnej tożsamości. Rebeka/Hazel urodziła się w 1936 roku w nowojorskim porcie, na statku wiozących do Ameryki żydowskich uchodźców z Niemiec. Ojciec, wcześniej człowiek wykształcony i kulturalny, tu musi zadowolić się posadą grabarza, a cała rodzina gnieździ się w ruderze na terenie cmentarza. Straszliwa degradacja rodziny i koszmar ucieczki wywierają wpływ na całe życie - ojciec zmienia się w zgorzkniałego paranoika, tyrana, matka nie otrząsnęła się nigdy z traumy. Upodlenie symbolizuje zewnętrzna brzydota ojca - zgarbionego, brudnego trolla, obiektu drwin w miasteczku, i otoczenia: rozpadająca się chata, zaniedbany cmentarz, smród z pobliskiego wysypiska śmieci. Jedynym znakiem istnienia lepszego świata jest pilnie strzeżone przez ojca radio. Gdzieś w tym wszystkim, w brudzie i nędzy wegetują dzieci, które w innym świecie mogłyby być kochane, zadbane i wykształcone. Jedyne wydarzenie, które mogło odmienić ich życie, przywrócić rodzinie normalność - przyjazd reszty krewnych uciekających z Europy - kończy się tragedią, po której Schwartowie nigdy już się nie podniosą.

Dorastająca Rebeka musi udźwignąć ciążące na niej piętno córki pomylonego grabarza a później wykreować dla siebie nową, silną tożsamość. Szuka jej w pracy, w związku z agresywnym mężczyzną, w macierzyństwie, aż wreszcie, doprowadzona do granic, dzięki przypadkowemu spotkaniu zdobywa nowe nazwisko, które stanie się zalążkiem nowej osobowości.

Uzbrojona w słowa ojca "urodziłaś się tutaj, tobie nic nie zrobią" przekształca się w nową osobę, Amerykankę o dźwięcznym i nijakim nazwisku - Hazel Jones. Zaczyna nowe życie, życie Amerykanki w drodze i poszukiwaniu swojego miejsca, odcina się od korzeni, żeby dopiero u schyłku życia do nich powrócić.

To duże ułatwienie, kiedy książkę można podsumować w jednym zgrabnie brzmiącym zdanku, na przykład: opowieść o poszukiwaniu tożsamości, historia ucieczki od traumy dzieciństwa, powieść o sile kobiety uwalniającej się od brzemienia, historia poszukiwania miłości, szczęścia, wstrząsająca relacja z tułaczki żydowskich uchodźców, opowieść o symbolicznej przemianie imigrantów w Amerykanów. W przypadku tej książki każde z tych zdań byłoby częściowo prawdziwe ale też oddawałoby tylko niewielki wycinek. Jak zawsze w przypadku książek naprawdę dobrych, czytelnik sam musi sobie dopowiedzieć "o czym to właściwie jest" i dla każdego będzie o czymś innym. Powiedzmy, że dla mnie to będzie historia o wyzwoleniu się z "fatum", z cienia tragedii, która mogła zdominować całe życie Rebeki, a mimo to bohaterce udało się zwyciężyć, choć zapłaciła za to bardzo wysoką cenę. Ale czy wyzwoliła się do końca?

Na koniec dodam jeszcze, że mnie się "Córkę grabarza" czytało znakomicie, oczywiście nie jest to książka do bezmyślnego pochłonięcia w jeden wieczór, autorka ma swoje charakterystyczne chwyty, które potrafią wymęczyć, ale opowiadana historia poniosła mnie na fali tak, jak tylko dobre książki potrafią.

Obiecuję, w marcu na pewno przeczytam jakąś naprawdę kiepską książkę, żeby przerwać to monotonne pasmo zachwytów :)

 

 

czwartek, 23 lutego 2012
Każdy umiera w samotności - Hans Fallada

No i utknęłam na Falladzie, dopadł mnie syndrom "Życia i losu" Grossmana, to znaczy: czuję się wstrząśnięta i za malutka, żeby coś z sensem napisać. Wobec naprawdę ważnych książek zawsze jestem bezradna. Jak zachęcać do takiej książki tym samym językiem, którym piszę o innych, jak oddać jej znaczenie, nie popadając w egzaltację ani w marketingową przesadę?

Powieść Fallady, opublikowana po raz pierwszy w pełnej wersji autorskiej, bez zmian i skrótów redakcyjnych, opowiada o życiu w nazistowskim państwie i o jednostkowych próbach stawiania oporu.

Akcja powieści jest oparta na aktach z procesu małżeństwa Hamplów, skazanych na śmierć za rozpowszechnianie kartek i listów nawołujących do buntu w latach 1940-1942, autor stwierdza jednak już w pierwszych zdaniach wstępu, że "powieść rządzi się (...) swoimi prawami i nie może dokładnie odzwierciedlać rzeczywistości. Dlatego jej autor nie starał się poznać faktów dotyczących prywatnego życia dwójki bohaterów. Musiał przedstawić ich tak, jak ich widział." Fakty posłużyły więc jako kanwa i punkt wyjścia do niezwykłej opowieści, która, napisana tuż po wojnie, dziś sprawia wrażenie bezpośredniej relacji z piekła.

W państwie totalitarnym, gdzie każdy ruch obywateli jest kontrolowany przez służby specjalne i donosicieli gotowych na wszystko w zamian za parę groszy, para starzejących się robotników podejmuje walkę z systemem po tym, jak ich jedyny syn ginie na froncie. Otto Quangel, prosty stolarz z fabryki pisze kartki pocztowe z króciutkimi odezwami. Żona Anna postanawia mu towarzyszyć. Oboje mają nadzieję, że kartki podkładane ukradkiem w widocznych miejscach będą przekazywane dalej, wywołają jakiś skutek. Przy okazji to zajęcie pozwala im ponownie zbliżyć się do siebie.

Wydaje się początkowo (choć przecież wiadomo, jak to się skończyło), że ta niemal niezauważalna walka prowadzona przez dwoje niewyróżniających się z tłumu, samotnych ludzi miała jakieś minimalne szanse na powodzenie. Niestety, przeciwko tajemniczemu twórcy kartek zmobilizowano cały aparat policyjny Berlina, a społeczeństwo okazało się zbyt zniewolone, żeby zareagować. Dla mnie najstraszniejszą sceną książki była ta, kiedy Otto dowiaduje się, że niemal wszystkie napisane przez niego z takim wysiłkiem pocztówki natychmiast po znalezieniu trafiły w ręce policji i Gestapo, przekazane przez obywateli, którzy bali się je nawet przeczytać.

Beznadziejny, skazany na klęskę bunt wpisuje się w portret społeczeństwa sterroryzowanego przez faszystów, w którym bardzo nieliczni odważni są bezradni wobec armii donosicieli, szpicli i "porządnych obywateli" drżących o własną skórę.

Autor z reporterskim zacięciem nakreślił portret nizin społecznych Berlina. Pokazał dzielnice zaludnione przez pijaków, drobnych złodziejaszków i cwaniaczków. Są tu dzieci z patologicznych rodzin, drobni kombinatorzy, bywalcy podejrzanych barów, robotnicy, wreszcie Żydzi wyjęci spod wszelkiej ochrony obok funkcjonariuszy systemu, młodzieńców z Hiterjugend, policjantów i ich prymitywnych przełożonych. Postaci, czasem godne pogardy, a czasem próbujące bronić resztek godności, są niezwykle żywe, chociaż może niekiedy wydają się trochę przerysowane (ale cóż ja mogę o tym wiedzieć), żyje też ponury Berlin pełen brudnych, nędznych kamienic, sklepików i zaułków.

Na koniec oglądamy już tylko więzienia Gestapo, parodię procesu sądowego i... ostatecznie każdy umiera w samotności.

Ciężka lektura, której każde zdanie przygnębia - mimo trochę jakby na siłę doklejonego pozytywnego zakończenia jednego z wątków. Lektura, którą trzeba sobie dawkować, żeby móc zaczerpnąć oddechu.  Wstrząsająca - trochę wstyd pisać te określenia, dziś, kiedy zdążyły stracić wszelką wartość, przepisane miliony razy na okładkach milionów książek.

 Na marginesie - bardzo sobie cenię staranność wydawcy, interesujące posłowie i mnóstwo informacji podanych w przypisach, ale tutaj ktoś chyba przesadził z gorliwością - czy naprawdę w polskim wydaniu potrzebny jest przypis przy nazwisku Hitlera, Goebbelsa, przy skrótach SS czy Gestapo? A może zresztą wyrosło już pokolenie, któremu te nazwiska i skróty nic nie mówią?

poniedziałek, 20 lutego 2012
uciec z Baśnioboru

Wczoraj wieczorem przeczytałam Młodej na dobranoc kolejny rozdział II tomu Baśnioboru, podczas gdy Młody na górnym łóżku czytał sobie piąty czy szósty tom "Zwiadowców".

A mnie ogarniało coraz większe zniechęcenie i złość.

Nie orientuję się w najnowszych książkach dla dzieci i nastolatków. Wszystkie, które napotykam, wydają mi się takie same: młodzi bohaterowie w jakimś kolejnym świecie fantasy, pełnym wymyślonych istot i bajkowych zagrożeń, mniej czy bardziej wiarygodnie uzasadnionych, i obowiązkowo w kilku tomach, żeby młody czytelnik mógł regularnie ciągnąć rodziców do księgarni ewentualnie przepuszczać w niej kieszonkowe.

O ile pierwsza część Baśnioboru jeszcze była do zniesienia, choć bez entuzjazmu z mojej strony, bo poza plastycznym opisem różnych stworów i pomieszanymi wszystkimi możliwymi mitologiami nic szczególnego tam nie znalazłam, to druga jest już chyba tylko pretekstem do wyciągnięcia kasy. Przygoda goni przygodę, dziwaczne stwory mnożą się na potęgę, ale nic z tego nie wynika. Książka pisana tak jak się robi filmy hollywoodzkie: coś dla chłopca (lekko gapowaty lecz dzielny bohater), coś dla dziewczynki (rezolutna bohaterka), trochę strachu, trochę humoru, gdzieś w tle majaczy niby to ekologiczne przesłanie ale już mocno rozmyte no i przede wszystkim - masa efektów specjalnych. "Autor stworzył rozległy, baśniowy świat i zaludnił go magicznymi istotami" - tylko po co? Taki hamburger - nieźle smakuje, dostarcza masy kalorii, ale nie ma żadnych wartościowych składników. Nawet napisane to jest tak, byleby tylko przekazać treść, językiem czysto użytkowym.

Półkę "literatura młodzieżowa" zapełniają niemal w całości cykle fantasy. Harry Potter, Atramentowe Serce, Zwiadowcy, Baśniobór, Tunele, Mściciele, Ugryzione, Nadgryzione, Przeżute i Wyplute, Eragony, Wampiraci...*

A gdzie się podziali bohaterowie podobni do czytelników, przeżywający prawdziwe życie w prawdziwym świecie? (Tak, wiem, jest Felix, Net i Nika. Jest Mikołajek wiecznie żywy i armia klonów Mikołajka. I... ? Coś jeszcze? Cokolwiek?)

Klub siedmiu przygód, Niziurski, Nowacka, Ożogowska, Bahdaj, Pan Samochodzik, Dzika Mrówka - książki mojego dzieciństwa opowiadały o bohaterach z szóstej, siódmej klasy rzeczywistej szkoły, dzieciaki przeżywały przygody podczas wakacji w istniejących miejscach, wizyty u ciotki, buszowania po okolicznych ruinach, jeździły autostopem, robiły kawały nauczycielom, zakochiwały się i uciekały z domu i jakoś nie potrzebowały do tego magicznych światów, Bahumatów, golemów, satyrów, Tego-Którego-Imienia się nie wymawia, zwichrowanej niby-średniowiecznej Europy gdzie Skandynawię dla zmyłki nazwano Skandią a Niemcy zamaskowano sprytnie pod nazwą Teutonia. Nam wystarczał stary marynarz mieszkający w sąsiedztwie, poniemiecka ruina, wstrętny nauczyciel, żeby "się zadziało". To wszystko, co działo się w tych książkach, mogło przydarzyć się nam, a jeśli się nie przydarzało to tylko dlatego, że akurat mieliśmy pecha.

Czy naprawdę dzisiejsze dzieci, żeby utożsamić się z bohaterem, przeżyć z nim przygodę i zastanowić się nad jakimś swoim problemem, koniecznie potrzebują tych tandetnych fantastycznych dekoracji? Czy dorastanie trzeba koniecznie przeżyć w magicznej szkole, pierwszą gimnazjalną miłość obowiązkowo w ramionach wampira/upadłego anioła/wilkołaka a przygodę tylko w otoczeniu wróżek i goblinów? Czy musimy je uczyć, że książka to przede wszystkim efekciarska ucieczka od codzienności?

Muszę wziąć moje dzieci za ręce i spokojnie, nie oglądając się za siebie, wyprowadzić je z Baśnioboru zanim Strażnik się zorientuje. Muszę z tego Baśnioboru uciec do krainy rzeczywistości. Zanim Baśniobór nas pochłonie i zamieni w jakieś półmagiczne, otępiałe stwory konsumujące kolorową papkę.

Liczę na Waszą pomoc w ucieczce.

---

*Niektóre może są i niezłe. Pojedynczo. Tak, przyznaję z góry, że HP jest arcydziełem, o czym najlepiej świadczą miliony sprzedanych egzemplarzy i miliony zaczytanych ośmiolatków. Nie będę się o to kłócić :)

 

niedziela, 19 lutego 2012
Ta druga - Karolina Wilczyńska

Ostatnio zadano mi pytanie: jakim polskim autorkom zazdroszczę.

Po lekturze "Tej drugiej" zazdroszczę Karolinie Wilczyńskiej. Zazdroszczę prostego a jednak bardzo oryginalnego pomysłu i wykonania.

Książka jest bardzo kameralna, a mimo to zawiera tak wiele emocji i czasem gorzkiej prawdy, że nie sposób się od niej oderwać.

"Ta druga" kojarzy się z kochanką, ta druga to ktoś, kto rozbija małżeństwa i przynosi nieszczęścia. W małżeństwie jest miejsce tylko dla jednej kobiety. A jeśli "tą drugą" jest matka męża?

Joanna leży nieprzytomna w szpitalnym łóżku. Lena, jej synowa, na zmianę z mężem czuwa przy chorej, której od lat nie znosi. Teraźniejszość przeplata się ze wspomnieniami, motywem przewodnim jest niechęć, uraza i żal Leny do teściowej. Idealna gospodyni, perfekcyjna żona i matka przypomina sobie wszystkie te chwile, kiedy starsza kobieta wtrącała się w jej życie, osądzała i próbowała zachować dla siebie najważniejsze miejsce w życiu syna. Młodsza, osierocona w niemowlęctwie, rozpaczliwie pragnęła w teściowej odnaleźć utraconą matkę, ta jednak nigdy jej na to nie pozwoliła.

Prawdę narratorki poznajemy z jej myśli, we wspomnieniach pojawia się całe jej małżeństwo, od pierwszego spotkania z Tomaszem przez ciążę, ślub, narodziny dziecka (tak, w tej, jakże typowej kolejności :) )... szesnaście lat w cieniu upartej, egoistycznej Joanny. Pomiędzy wspomnieniami Lena próbuje stawić czoła nowej sytuacji, przy okazji, w pozornie zwyczajnych codziennych scenach odkrywając drugą, zupełnie inną, bolesną dla siebie prawdę.

O relacjach między matką i córką napisano tysiące stron, ale teściowa to najczęściej postać pomijana, sprowadzana do roli anegdotycznej, komiczna albo groźna bohaterka drugich planów. "Ta druga" to pierwsza znana mi powieść całkowicie poświęcona tej tak trudnej przecież relacji między kobietami, które łączy jedno - ukochany mężczyzna.

Ale to nie tylko książka o skłóconych kobietach. Ta powieść opowiada przede wszystkim (a przynajmniej ja ją tak odczytałam) o tym, jaką rolę w naszych relacjach z innymi odgrywa interpretacja. Jak budujemy sobie wizerunki bliskich, czasem bardzo dalekie od prawdy, w oparciu o własne urazy, pragnienia, kompleksy, jak potrafimy dopasować każdy czyn drugiego człowieka do swoich wyobrażeń. I jak niewiele naprawdę wiemy o tych, których podobno tak dobrze znamy...

Lubię czytać o bohaterach, których nie lubię :) To sztuka tak napisać powieść, żeby czytelnik miał ochotę bohaterką mocno potrząsnąć, nakrzyczeć na nią. Obie bohaterki powieści budzą emocje, a gdy prawda, którą początkowo bierzemy za pewnik, zmienia się w swoje przeciwieństwo, emocje sięgają zenitu.

Gdybym miała się czepiać, przeszkadzało mi tylko to, że końcowa przemiana odbywa się tak błyskawicznie, że potrzebny rekwizyt wyjaśniający wszystko do końca znalazł się akurat w odpowiedniej chwili pod ręką, a zrozumienie pojawia się może odrobinę za szybko. (Ale zastanawiam się też czy nie należałoby obwiniać o to rynku - zauważyliście, że polskie powieści obyczajowe najczęściej mają te magiczne 250-270 stron tak jakby wytrzymałość "przeciętnego" czytelnika pozwalała na tylko tyle i nic więcej? Szkoda, bo ja chętnie spędziłabym jeszcze kilkadziesiąt stron przy łóżku Joanny.)

Mimo powyższego zastrzeżenia "Ta druga" jest doskonałą, wnikliwą powieścią psychologiczną, a pytania, które zadajemy sobie w trakcie lektury, zostają później na długo - chyba już zawsze, myśląc o mojej teściowej, będę się zastanawiać, ile z tego, co widzę, to jej intencje, a ile w tym mojej interpretacji i pochopnych wniosków. Zdecydowanie warto przeczytać.

---

Przy okazji: czytanie według planu jest wspaniałe. Koniec z błąkaniem się w okolicy regałów, bezradnym wpatrywaniem się w książki, zaczynaniem, odkładaniem... A poza tym udało mi się wybrać na luty same świetne książki :)

niedziela, 12 lutego 2012
ilość czy jakość?

Od jakiegoś czasu Internet, a już zwłaszcza Facebook, kipi od przeróżnych pomysłów na propagowanie czytelnictwa. Portale książkowe prześcigają się w inicjatywach, z których chyba najgłośniejszą jest krytykowana kilka dni temu przez Chiarę76 "Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!".

Ostatnio pojawiła się nowa zabawa - "Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu"

To wyzwanie doprowadza do absurdu największy problem tych akcji. Mianowicie, najczęściej rozmaite kampanie propagujące czytelnictwo kładą nacisk na ilość, nie na jakość. Przeczytaj 175 centymetrów bieżących książek. Pod spodem wyjaśnienie: "Jeśli masz 175 cm wzrostu, musisz czytać każdego dnia ok. 95 stron, co daje ok. 88 książek w ciągu roku" (W moim przypadku będzie to znacznie mniej, mam ponad 20 cm do przodu w porównaniu ze 175-centymetrowym Jankiem, a mój prawie dwumetrowy znajomy ma przerąbane, bo nawet gdyby dziś usiadł i przeczytał całą Grę o tron, nie dojdzie nawet do kolan...)

Liczenie książek na centymetry bieżące ma sens tylko wtedy, kiedy zamawiamy u stolarza niestandardowe regały, liczenie na kilogramy - kiedy wysyłamy je pocztą albo upychamy w bagażu podręcznym do samolotu :) liczenie na sztuki - kiedy uczestniczymy w szkolnym konkursie i klasa, która wypożyczy ich najwięcej, wygrywa.

Czy naprawdę czytanie więcej, dla samej ilości przeczytanych stron, książek, tytułów, ma jakikolwiek sens, czy nas rozwija, podnosi naszą wartość? Czy ktoś, kto przeczyta te 175 cm fantasy, bestsellerów i odcinkowych szwedzkich kryminałków, będzie na koniec roku "bardziej oczytany" od osoby, która cały luty i marzec będzie w ekstazie i bólu przedzierać się przez polskie tłumaczenie "Finnegans wake" i w związku z tym dobrnie najwyżej do poziomu kostki?

Rozumiem jeszcze akcje w rodzaju: jedna książka na tydzień. Na pewno mogą być pożyteczne w wyrobieniu nawyku systematycznego czytania, zwłaszcza u osób wcześniej czytających, które z jakiegoś powodu nawyk zarzuciły i chcą do niego wrócić. Nie rozumiem maniakalnego wyliczania sobie centymetrów, stron, kilogramów. Książka książce nierówna, jedna do pochłonięcia w jeden wieczór, inna do namysłu i powolnego smakowania.To nie kilometry do przebiegnięcia - choć kilometry w trudnym terenie też będą różnić się od tych pokonanych na osiedlowych uliczkach.

Jeśli już propagować czytelnictwo, to z głową, nie w postaci bezmyślnego wyścigu na centymetry. Pokażmy nieczytającym, że czytanie może być fajne i nie musi oznaczać drogi przez mękę nad nudnym tomiskiem - OK. A my, czytający, stawiajmy sobie inteligentne wyzwania, nakręcajmy się nawzajem do czytania mądrzejszych, bardziej rozwijających, ciekawszych książek, zamiast budować sobie 175-centymetrowe wieże wszystko jedno z czego, byle było grubsze. Wiem, typowy argument w odpowiedzi brzmi "czepiasz się, a przecież to tylko zabawa". Wychodzę z założenia, że bawić też się trzeba ciekawie i mądrze, budowanie sobie wieży tylko po to, żeby zobaczyć, jak wysoką zbuduję i co będzie, kiedy się rozwali, przestało mnie interesować jakieś 35 lat temu :)

 

 

piątek, 10 lutego 2012
Żony polarników - Kari Herbert

Kiedy zima atakuje z całą mocą (chociaż, cóż to za atak, raptem dwa tygodnie mrozu po dwóch miesiącach w strugach deszczu, przechodzonych w półbutach i cieniutkim płaszczu...) są dwa wyjścia: można albo uciec czytelniczo w tropiki, Toskanie i inne ciepłe rejony, albo zawinąć się w koc i poczytać o tych, którzy zmagali się z polarnym mrozem.

Ja wybieram wyjście drugie i w mroźne wieczory najchętniej sięgam po książki o polarnikach. Arktyczne mrozy od razu przywracają właściwą perspektywę i uświadamiają, że drobne niedogodności klimatu umiarkowanego to błahostka przy tym, z czym zmagali się odkrywcy.

Kari Herbert tym razem ujęła temat od strony niespotykanej - postanowiła mianowicie przybliżyć nam kobiety, które na tych odkrywców czekały (często już za którymś razem bez skutku...), stały u ich boku i wspierały ich szalone, śmiałe pomysły.

Historie siedmiu kobiet, od lady Jane Franklin, żony sir Johna Franklina, który zaginął w 1848 r. podczas poszukiwań mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, po Marie Herbert, matkę autorki, przeplatają się z sobą. Wszystkie kobiety łączy jedno - podobnie jak ich mężowie, były postaciami nietuzinkowymi, wychodzącymi poza swoją epokę i zaprzeczającymi stereotypowym wyobrażeniom o roli kobiet. Przy tym żony te musiały wyjątkowo dbać o wizerunek, zarówno swój własny, jak i mężów, nieustannie zabiegających o publiczne poparcie i fundusze na kolejne wyprawy.

Dlatego też Jane Franklin "bała się, że może "zostać uznana za osobę silną fizycznie, silną umysłowo, odważną, męską i niezależną - w skrócie, posiadającą wszelkie cechy, których najbardziej nie znoszę."" (str.81). Ona, Kathleen Scott, Josephine Peary - wszystkie musiały doskonale wiedzieć, kiedy należy usunąć się na drugi plan i odegrać rolę przypisaną kobiecie, mimo tego, że same pragnęły poznawać świat i żyć pełnią życia. Dopiero postać Marie Herbert pokazuje, jakie przemiany zaszły w ciągu nieco ponad stulecia - ta żona mogła już samodzielnie podróżować, eksplorować i publikować relacje z podróży na równi z mężem, nie wywołując przy tym oburzenia.

Lektura tej książki burzy pewne dziecinne wyobrażenia o polarnikach. Im dalej czytałam, tym bardziej nie lubiłam tych mężczyzn wiedzionych egoistyczną żądzą sławy, szlochających jak dzieci przy rozstaniu z ukochaną, żeby parę tygodni później bez skrupułów zdradzać ją z przygodnie poznaną Inuitką (Peary, ojciec kilkorga eskimoskich dzieci...) albo flirtować z londyńską sąsiadką podczas ciężkiej choroby żony (Nansen). Ten ostatni wyruszył na podbój Arktyki tuż po tragedii, jaką była dla obojga strata ich pierwszego dziecka. Peary z kolei o śmierci nigdy niewidzianej młodszej córeczki dowiedział się wiele miesięcy po fakcie, z listu, którego nie przeczytał zajęty przeżywaniem depresji w grenlandzkiej chacie. A żony dzielnie czekały, wspierały, zbierały fundusze na ekspedycje ratunkowe, borykały się z problemami domowymi, finansowymi, latami poszukiwały zaginionych mężów (lady Franklin). Czasem, jak Emily Shackleton, nie wytrzymywały i stwierdzały z goryczą, po latach czekania, że nie wierzą w sens czytania dzieciom bajek, kończących się zwrotem "żyli długo i szczęśliwie", bo "W ten sposób można wmówić dziewczynce, że małżeństwo jest jej jedynym wyborem, a to, jak dodała smutno, jest wielkim nieporozumieniem." (str. 251)

Książka jest lekturą raczej dla zaawansowanych - warto przed jej przeczytaniem z grubsza znać sylwetki odkrywców i orientować się trochę w ich wyprawach (wystarczy chyba  poziom "kiedyś przeczytałam wszystkich Centkiewiczów" :) ). Poza tym tylko rozbudza apetyt nie zaspokajając go do końca - po lekturze mam ochotę sięgnąć po bardziej wyczerpujące opracowania i porównać relacje, na przykład na temat klęski wyprawy Franklina, która jest jedną z najbardziej pasjonujących zagadek polarnictwa.

Druga wada to ta, że Kari Herbert pisze o swoich rodzicach wyłącznie na kolanach, nie potrafiąc zdobyć się na obiektywizm. O ile Nansen, Shackleton, Scott i ich żony jawią się jako dość pełnokrwiste postaci, niepozbawione wad i irytujących cech, to Wally i Marie Herbert na tym tle wypadają jak święci - idealnie partnerskie małżeństwo, nieustannie wspierające się wzajemnie mimo drobnych scysji. Na domiar złego fragmenty poświęcone "duchowemu rozwojowi" Marie to kilkadziesiąt stron męczącego, New Age'owego bełkotu o medytacjach, pustych pokojach umysłu, proroczych snach itp. paranormalnych bzdurach modnych w latach 70-tych. O ile w "Córce polarnika" nadmiernie emocjonalny przekaz dawał się jakoś uzasadnić powrotem do krainy dzieciństwa, to tutaj już przeszkadza. Przynajmniej mnie, bo może znajdą się czytelnicy, którym taka forma odpowiada.

Na pewno warto przeczytać, żeby poznać kilka dzielnych, mądrych kobiet, które wykraczały poza ramy narzucone im przez epokę i trochę odbrązowić sobie polarników. Ja tymczasem przywiozłam od Mamy książkę Centkiewiczów "Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?", żeby porównać dwa wizerunki Nansena i jeszcze raz wrócić do lektury, od której się zaczęła moja arktyczna fascynacja... w podobne zimowe wieczory, przy 30-stopniowym mrozie i zamkniętej szkole.

sobota, 04 lutego 2012
Drwal - Michał Witkowski

Bałam się pierwszego spotkania z Witkowskim, miałam tego pisarza w szufladce z etykietą "młodzi zakręceni pisarze-celebryci", w szufladce szczelnie zamkniętej od czasu kiedy nadziałam się na rozmaite wykwity nowej prozy polskiej, celebrowanej w mediach ale zupełnie nienadającej się do czytania.

Czasem jednak dobrze szufladkę otworzyć i przeżyć miłe zaskoczenie.

Owszem, "Drwal" to zabawa konwencją, kpiarska jazda po bandzie, ale autentycznie zabawna i wciągająca. Wstawki, stylizacje, krzywe lustra, autoironia - wszystko tu jest, ale jakoś tak sprytnie zmieszane, że czyta się rewelacyjnie.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie zawsze lepiej się czyta książki, których akcja rozgrywa się w znanych mi miejscach. Mogę oczywiście wędrować po opisanym Nowym Jorku czy innej Barcelonie, wyobraźni mi starcza na historyczny Londyn i inne miasta, ale kiedy ktoś opisuje mój świat, moje miejsca na Ziemi, książka od razu robi się bardziej atrakcyjna. A tak się składa, że zarówno Międzyzdroje, jak i ośrodek rządowy Grodno to moje miejsca wakacyjne z dzieciństwa. Grodno to w ogóle wymarzone miejsce na takie różne mroczne eksploracje z przymrużeniem oka - ośrodek zagubiony w lesie, nad malutkim, ciemnym i zimnym jeziorem, wokoło tylko sosny i bunkry i powiew dawnej świetności unoszący się nad próchniejącymi domkami. Oczywiście nurtuje mnie też, gdzie dokładnie znajduje się ulubiony cmentarzyk Rozklekotanego i najchętniej przeszłabym się tym lasem w poszukiwaniu leśniczówki Malinowskiego.

Narrator, alter ego pisarza, przybywa do leśniczówki położonej w pobliżu Międzyzdrojów po sezonie, pomieszkać z Robertem ("facetem z małym domkiem") i napisać kryminał. Na miejscu wplątuje się w zabawne i straszne tarapaty w konwencji serialu sprzed 30 lat i powieści przygodowej dla chłopców, prowadzi amatorskie śledztwo pod haslem "przyda mi się do prozy" i odkrywa ślady romantyczno-przestępczej afery z piękną "doktorową" i uganiającymi się za nią mężczyznami w roli głównej. Jeśli chodzi o intrygę to w zasadzie tyle, kryminału ani prawdziwej zagadki z wyraźnym rozwiązaniem na końcu nie należy się spodziewać, gdyby "Drwala" czytać jak prawdziwy kryminał, należałoby na końcu wyrzucić książkę przez okno z rozpaczą.

Siłą "Drwala" jest język (i tak, piszę to ja, wroga eksperymentom, gierkom i zabawom językowym!) Język - krzywe lusterko rzeczywistości, język - stylizacja obnażająca różne nasze malutkie aspiracje do wielkiego świata. Stylizowane wstawki, opowieść luja po angielsku czy streszczenie nienapisanej bestsellerowej powieści to mistrzostwo. Ja chyba w ogóle lubię, kiedy ktoś się z rzeczywistości lekko złośliwie wyśmiewa - a że Witkowski w tym wyśmiewaniu nie oszczędza i siebie, i swojego środowiska, pokpiwa z hipsterów z iPodami i wyfiokowanych sprzątaczek, podśmiewa się z własnej fascynacji "lujem" równo rozdzielając śmieszność, to można śmiać się bez wyrzutów sumienia.

Druga siła to konwencja, filtr, jaki autor nałożył na Międzyzdroje. Witkowski zdrapał z miasteczka sezonową pozłotkę i zaludnił je typami znanymi nam doskonale z filmów i seriali lat 80-tych. Pamiętacie te seriale, gdzie symbolem luksusu był hotel i prostytutka, taksówkarze wymieniali dolary, a szulerzy i naciągacze załatwiali w barze nad basenem brudne interesy przy whisky z colą, paląc Marlboro tak, żeby dokładnie widać było logo na paczce? Trzydzieści lat później hotel nieco inny, prostytutka jakby mniej luksusowa, hotelowy basen i gin lubuski straciły nieco na luksusie, przybladły i pokazały swoją prawdziwą tandetną naturę.

Z tego wszystkiego wyszła mieszanka piorunująca, szalona jazda na fali opowieści, która z kryminałem nie ma prawie nic wspólnego, ale za to porywa, bawi i wciąga tak, że trudno się oderwać.

Więcej zachwytów u Kasi.eire i na tarasie.

Tagi: Polska
11:11, mdl2
Link Komentarze (13) »
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli