Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
środa, 20 lutego 2013
Drood - Dan Simmons

Simmons, jeden z moich ulubionych fantastów, ostatnio sięga po prawdziwą historię i przerabia ją na mroczne, niesamowite opowieści. Tak było w "Terrorze" i taki jest "Drood".

Podziwiam tę wspaniałą pisarską bezczelność, która pozwala wziąć na warsztat postać autentyczną, sławną, mało tego, doskonale udokumentowaną i opisaną przez biografów i snuć o niej tajemnicze opowieści. Bowiem głównym bohaterem "Drooda" jest nikt inny, jak sam Karol Dickens, a narratorem - jego przyjaciel, rywal, współpracownik, powiernik - nieco zapomniany autor powieści sensacyjnych Wilkie Collins.

Przeprowadziłam króciutkie badanie na znajomych, którzy dla odmiany studiowali coś innego niż anglistyka i okazało się, że Dickensa wszyscy znają, ale o Collinsie słyszała jedna osoba na pięć i to na zasadzie "coś tam mgliście kojarzę". W zasadzie szkoda, bo dwie przeczytane na studiach powieści Collinsa wspominam z dużą przyjemnością - rasowe czytadła i chwila ulgi od ciężkich cegieł. Chociaż, jak podejrzewam, mogły się porządnie i brzydko zestarzeć i dzisiaj mogłabym ich już nie znieść.

"Drood" jest taką właśnie powieścią, jaką Wilkie Collins spokojnie mógłby napisać, z opiumistami, detektywami, zbrodnią i hipnozą, z przerażającą starożytną religią i potworem.

Powieść opowiada o ostatnich kilku latach życia Dickensa, od katastrofy kolejowej, z której pisarz cudem uszedł cało. Są to lata wypełnione słynnymi wieczorami autorskimi, podczas których Dickens czytał publiczności swoje dzieła (tak, to Dickensowi współcześni pisarze zawdzięczają męczący obowiązek odgrywania małpy w cyrku czyli produkowania się po różnych zakątkach dla spragnionej rozrywki publiczności, to ten pisarz uczynił z wieczorów autorskich sztukę i obowiązek, burząc papierową barierę między autorem a czytelnikiem...) i...

No właśnie, co stało się w tych ostatnich kilku latach, jak miała skończyć się ostatnia, niedokończona powieść Dickensa, co naprawdę wydarzyło się pod Staplehurst? Na kanwie tych wydarzeń Simmons napisał fantastyczny thriller, horror, rewelacyjnie osadzony w realiach i konwencji (te urocze wtręty, kiedy Wilkie zwraca się do czytelnika z dalekiej przyszłości, to mruganie okiem przy sugestiach scen erotycznych, te dyskretnie wyrażane nadzieje, że może w naszych czasach jednak powieści narratora dalej są czytane są przezabawne, staroświeckie i idealnie pasują do klimatu, tak samo jak mroczna sekta i nocne pościgi plus gwałtowne zwroty akcji, prosto z epoki, kiedy jeszcze wszystkie tanie chwyty były dozwolone i jeszcze nie banalne). A wiktoriański Londyn odsłania swe mroczne podziemne tajemnice - ukryte głęboko pod ziemią Podmiasto zamieszkane przez Nocnych Chłopców, biedotę i tajemniczych wyrzutków...

A poza tym całym sztafażem i (naprawdę świetnymi) dekoracjami to przy okazji całkiem głęboka opowieść o byciu pisarzem, o roli pisarza, o rywalizacji pisarzy, o tym, jak to jest być tym gorszym z dwójki przyjaciół, stać w cieniu i o piorunującej mieszance zazdrości, podziwu, złości i uwielbienia jaka tej przyjaźni towarzyszy. W recenzjach pojawiają się porównania do Mozarta i Salieriego - coś w tym rzeczywiście jest. Oczywiście jestem bardzo ciekawa, jak to było naprawdę, czy rzeczywiście Dickens tak radykalnie ingerował w pomysły przyjaciela i tak okrutnie potrafił zmieszać go z błotem i w jakim stopniu ta relacja między dwoma pisarzami jest wytworem wyobraźni Simmonsa. Jedno jest pewne - "Drood" zachęca do sięgnięcia po porządne biografie obu pisarzy i do przypomnienia sobie ich najbardziej znanych dzieł, co zamierzam wkrótce uczynić (ale chyba nie będę Was zamęczać "recenzowaniem" Dickensa na blogu, bo zacząłby przypominać serwis ściąga.pl :) ). Tak w ogóle nawet tego typu literatura popularna potrafi budzić poczucie niedosytu wiedzy - przecież, żeby w pełni docenić, należałoby cytować obu autorów na wyrywki ze swadą, jak robi to Simmons, znać ich życie i twórczość, żeby docenić co prawdziwe co zmyślone... a tu znowu luki, braki, dziury w pamięci...

W każdym razie - warto. Dla przyjemności, dla ciekawości, dla dobrej zabawy czytelniczej (którą z lekka psuje niechlujna korekta), dla zanurzenia się w londyńskie kanały, w których czai się tajemniczy Drood.

A na zachętę - cytat. Czyli jak to jest być pisarzem.

"Kiedy zachoruje wieśniak, inni zastępują go przy obrabianiu pola. Kiedy zaniemoże żołnierz, zgłasza się do infirmerii, a na pole bitwy wysyła się jego zastępcę. Kiedy choroba zmoże kupca, ktoś inny, na przykład żona, zastępuje go za sklepową ladą. Kiedy w chorobę popada królowa, miliony modlą się o jej zdrowie (...). Jednakże we wszystkich tych wypadkach - w polu, wojsku, sklepie i państwie - praca trwa nieprzerwanie.

Kiedy zaś choruje pisarz, wszystko zamiera; kiedy umrze, jego "firma" na zawsze kończy działalność. Pod tym względem profesja popularnego pisarza przypomina zawód sławnego aktora, tyle że nawet najsłynniejsi aktorzy mają swoich dublerów. A pisarz nie. Nikt nie może go zastąpić. Jego niepowtarzalny głos jest wszystkim."

A gdyby to Was nie zachęciło, to dorzucam cudowny kwiatek z Merlina:

"Już samo nazwisko autora owiane jest dobrą opinią, a dodając do tego nazwisko pisarza, o którym jest powieść wydaje się, że krytyka nie powinna nigdy skalać oblicza tej powieści."

No. I niech się nikt nie waży skalać tego oblicza :)

niedziela, 17 lutego 2013
Obfite piersi, pełne biodra - Mo Yan

Rekord - najdłużej chyba pisana i poprawiana recenzja od miesięcy. Nie od rzeczy byłoby przeprowadzenie badań na temat wpływu nagrody Nobla na "pewną taką nieśmiałość" recenzentów. Ale po dwóch tygodniach dłubania i poprawiania jest albo gotowa albo już dawno przedobrzona, a na pewno muszę ją opublikować zanim a) wszyscy zapomną, kto w 2012 dostał Nobla, b) wszyscy zapomną o istnieniu bloga młodej pisarki, c) na sam widok strony blox.pl zacznę dostawać drgawek.

---

Zeszłoroczny noblista wynagrodził mi szwedzkiego poetę, Hertę Mueller, i jeszcze paru poprzednich. I guzik mnie obchodzi, czy ten Nobel był "polityczny" czy nie, bo dostałam kawał dobrej literatury, a kryterium "czytalności" zostało spełnione w 100%, podobnie jak relacja czytalności do jakości (musicie mi wybaczyć, tłumaczę tekst finansowo ubezpieczeniowy i będę tak bełkotać przez najbliższe dwa tygodnie).

Nie jestem znawcą Chin, historii ani kultury chińskiej, tyle, co liznęłam języka chińskiego w liceum i poczytałam sobie Amy Tan, Lisę See i Terzaniego. Eklektycznie, radośnie, bez planu, ale już chyba zostało dawno ustalone, że należę do tej podlejszej kasty blogerów, którzy piszą kolekcjonersko i hobbystycznie, nie sterują swoim czytaniem, wybierają głównie nowości Empiku i są kompletnie pozbawieni jakichkolwiek ambicji krytycznych. No i nie zapominajmy, że nadal mam w domu meble z Ikei. Zamierzam więc po prostu robić swoje, czyli napisać o tym, dlaczego mi się książka spodobała, a rys historyczny Chin XX wieku musicie sobie znaleźć u kogoś, kto ambicje posiada.

Tak naprawdę, już zupełnie poważnie, warto byłoby wiedzieć coś więcej o Chinach przed lekturą, bo noblista wrzuca nas na głęboką wodę (po)wojennej historii i czytelnik niezorientowany szybko gubi się w kolejnych wojskach, najazdach i atakach, w których giną kolejni bohaterowie - ale można też czytać jak podróżnik, który poznaje kompletnie nieznany mu kraj i dowiaduje się tylko tyle, ile zobaczy - a zobaczy dużo...

Zaczyna się jak baśń. Oto w rodzinie Shangguan synowa rodzi ósme dziecko, po siedmiu córkach. Teściowa hetera modli się o chłopca, starsze córki zbierają krewetki nad rzeką, w stajni rodzi oślica, która budzi znacznie większe zainteresowanie ojca, dziadka i babci, niż rodzące się w izbie kolejne dziecko. Tymczasem do wioski zbliża się oddział armii japońskiej i nic już nie będzie takie, jak przedtem. Po przejściu wojska z rodziny pozostanie matka, babka, siedem sióstr i nowonarodzone bliźnięta - Jintong i jego niewidoma siostra.

Jintong, "Złoty chłopiec", wyczekany beniaminek wychowuje się wśród tych wszystkich kobiet, hołubiony przez matkę, karmiony piersią przez wiele lat. To z jego punktu widzenia poznajemy historię rodziny, a przez nią historię Chin. (Już podczas lektury dowiedziałam się z gazety, że miejsce akcji jest autobiograficzne, a książka - poświęcona matce pisarza, co trochę zmienia perspektywę...). Siedem córek dorasta, znajduje mężów, rodzi dzieci, podrzucane później babci i wychowywane z najmłodszymi wujkami i ciotkami. Żadna nie znajdzie szczęścia, każda skończy jakoś tragicznie, bez żadnej nadziei, pozostawiając z całej rodziny tylko najmłodszego, nieudacznika, skazańca, pośmiewisko.

Mężczyźni w tej powieści walczą ze sobą, przychodzą i odchodzą, wysadzają mosty i wojują, kryją się, skazują na śmierć i zabijają - ale to kobiety płacą za męskie wojowanie i nie chroni ich nawet wiek - powojenni komuniści nie mają oporów przed rozstrzelaniem dwóch małych dziewczynek za pochodzenie, a wojna nie oszczędza nawet najmłodszych dzieci. Kobiety - żywicielki a zarazem ofiary, na tyle silne, żeby swoim poświęceniem jeszcze na chwilę zapewniać rodzinie przetrwanie. Co ciekawe, kobiety z rodziny Shangguan same wybierają swoich mężczyzn i swój los.

Jest to, jako całość, książka niezwykle brutalna, a zarazem zmysłowa. Brutalna - bo autor nie szczędzi naturalistycznych opisów, brudu, smrodu, krwi i ran. Zmysłowa - bo kipiąca od barw, zapachów, dźwięków. Niewyobrażalne okrucieństwo miesza się z magią, śmierć przeplata z życiem we wszystkich jego przejawach a elementy prawie baśniowe z surową rzeczywistością.

Nie jest to lektura łatwa. Po pierwsze, na pewno nie dla wrażliwców, dla których obszerne opisy wypadających jelit albo objawów zaawansowanego syfilisu dyskwalifikują książkę. Po drugie - łatwo się pogubić w postaciach, chociaż ściągawka zamieszczona na końcu pomaga ogarnąć chaos chińskich imion i nazwisk, które na pierwszy rzut oka wyglądają niemal identycznie. Poza dwoma powyższymi zastrzeżeniami -zdecydowanie warto.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli