Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 28 listopada 2009
Moja siostra, moja miłość - Joyce Carol Oates


Skończyłam!
Dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła.
Trudna, męcząca, denerwująca, ale dobra.

Inspiracją dla powstania tej powieści było niewyjaśnione morderstwo 6-letniej JonBenet Ramsey. Sprawa bardzo głośna w Ameryce, u nas nie wiem czy ktokolwiek o niej słyszał. O historii JonBenet można poczytać np. tutaj.

Książka opowiada o tajemniczym morderstwie 6-letniej łyżwiarki figurowej Bliss Rampike, z punktu widzenia jej starszego brata. 10 lat po tragicznym wydarzeniu 19-letni Skyler próbuje opisać to, co się zdarzyło i zrekonstruować historię życia i śmierci młodszej siostry.
Złudzenie jest prawie doskonałe. Chwilami łapałam się na tym, że wierzę, że historię spisał rzeczywiście nastolatek, który nigdy nie otrząsnął się z traumy z dzieciństwa. Autorka buduje iluzję różnymi środkami: Skyler zwraca się bezpośrednio do czytelnika, robi błędy, opisuje sam proces pisania, chwali się zastosowaniem jakiegoś wyrażenia. Sporo tego ma miejsce w przypisach (Skyler uważa, że sam jest tylko przypisem do życia swojej rodziny). I tu pojawia się problem - w pewnym momencie tej metanarracji robi się za dużo, przypisy zajmują coraz więcej miejsca, stają się powtarzalne i przestają bawić/interesować a utrudniają czytanie. W pewnym momencie miałam serdecznie dosyć autoironicznych komentarzy i wyjaśnień Skylera, i zaczęłam je czytać wyłącznie z obowiązku.

Co do samej historii. Książka powinna być lekturą obowiązkową dla rodziców z klasy średniej, dla tych wszystkich soccer-moms z podmiejskich willi. To jest instrukcja, krok po kroku, jak spieprzyć dziecku życie realizując swoje ambicje, jak zamienić życie rodzinne w piekło pod pozorem dawania dzieciom tego, co najlepsze. Matka Skylera i Bliss - Betsey Rampike, to kobieta po trzydziestce, rozpaczliwie poszukująca jakiegoś sensu w swoim życiu gospodyni domowej z przedmieścia, żony przystojnego faceta robiącego szybką karierę w korporacji. Szuka tego sensu w popularności towarzyskiej, rozpaczliwie żebrząc o kontakty z ludźmi, których uważa za "dobre towarzystwo" - bogatymi snobami. Szuka go w powierzchownej religijności, która przejawia się głównie w nieustannym opowiadaniu o Jezusie. Szuka go w butelce, w psychotropach i w imprezach, aż wreszcie znajduje - gdy 4-letnia Bliss zaczyna przejawiać talent do jazdy figurowej na łyżwach. Od tej pory życie matki jest całkowicie podporządkowane karierze córki, z której robi zombie wożone z treningu do fryzjera, kosmetyczki, psychiatry, pediatry, faszerowane lekami, żyjące dla kolejnych zdobywanych nagród.
Ojciec - Bix Rampike - jest przystojnym karierowiczem, byłym futbolistą, prostakiem, który udając inteligenta, przekręca wyrażenia obcojęzyczne (ciekawa jestem jak poradził sobie z tym polski tłumacz) i prowadzi konwersację za pomocą banałów. Z kolei jego ambicje sportowe prowadzą do kalectwa syna - Skyler, zmuszony do treningów, odnosi poważne obrażenia już jako kilkulatek. Między rodzicami źle się układa, ale dzieci nigdy nie dowiadują się o tym wprost.

Skyler, to gorsze dziecko, które zawiodło ambicje rodziców i zostało zdetronizowane przez utalentowaną siostrę, żyje między snobistyczną szkołą prywatną, domem, w którym jedyne ciepło zapewniają kolejne filipińskie i meksykańskie służące, ojcem - groźnym potworem, którego miłość jest bardziej niebezpieczna niż obojętność i matką, w której sercu miał kiedyś miejsce... dopóki nie pojawiła się Bliss. Mimo to kocha siostrę, rozpaczliwie usiłuje też kochać rodziców.

Po tajemniczej śmierci małej łyżwiarki rodzina rozpada się, chłopiec zostaje zesłany do kolejnych szkół/zakładów psychiatrycznych, skąd obserwuje, jak jego matka robi karierę medialną i handlową na ich nieszczęściu. Dopiero na koniec dowie się, jaka sieć kłamstw doprowadziła do jego wygnania.

Opisywany świat i rodzina są obrzydliwe. Chwilami tak obrzydliwe, że nie mogłam czytać i musiałam odłożyć książkę. Oczywiście to satyra i przejaskrawienie, mimo to śmiech więźnie w gardle. To świat pozorów - dużo tu opisów domów, ubrań, samochodów. Świat powierzchownych, zrytualizowanych kontaktów towarzyskich ze starannie wyselekcjonowanymi ludźmi (co dotyczy też dzieci). Świat medycyny w służbie mody - dzieci cierpią na liczne modne zaburzenia psychiczne, opisywane skrótami, takie jak syndrom geniusza czy syndrom kompulsywnej powtarzalności. Ilość skrótów psychologicznych opisujących dziecko, i łykanych przez nie leków, stanowią fundament pozycji towarzyskiej. W tym świecie żałobę i rozpacz też opisuje się nazwami "zaburzeń". Świat kłamstw, pozowanych fotografii, starannie ukrywanego rozpadu więzi rodzinnych. Świat tabloidów i talk-show, w których matka zamordowanej na zmianę jest oskarżana o zabójstwo albo przedstawiana jako celebrytka. Wreszcie jest to świat republikańskiej prawicy, która zawłaszcza sobie Betsey jako "chrześcijańską bohaterkę" w kampanii przeciwko Demokratom.

Sama zagadka - czyli to, kto i dlaczego zamordował maleńką Bliss - schodzi na drugi plan, za ten przerażający opis. Rozwiązanie nie było dla mnie szokiem - mniej więcej tego się spodziewałam.

Tyle w warstwie fabularnej, pod spodem jest jeszcze cała warstwa "meta" - o pisaniu, we wtrąceniach Skylera, który zmaga się z opowiadaniem tej historii. Tu przeprasza czytelnika za dosłowność, tam za brak ironii, gdzie indziej zastanawia się nad reakcją czytelnika. Proces jest "widoczny" dzięki rozmaitym zabiegom formalnym, skreśleniom, komentarzom do wcześniejszych fragmentów. Trochę tak, jakbyśmy mieli stały podgląd umysłu autora - chociaż to tylko kolejne piętro iluzji, bo autor jest fikcyjny.

Co mi się nie podoba. Wystarczy poczytać kilka artykułów, żeby zorientować się, jak wiele Oates wzięła z prawdziwej historii JonBenet Ramsey. Zmiany dotyczące faktów są kosmetyczne. W takiej sytuacji książka, nawet najlepsza pod względem literackim, przedstawiając Rampike'ów/Ramseyów jako dysfunkcyjną, potworną rodzinę dołącza do chóru "tabloidowego piekła", które sama bezlitośnie wyśmiewa, i poniekąd tak samo jak opisywane media, bez skrupułów żeruje na prawdziwej tragedii prawdziwych ludzi (John Ramsey wciąż żyje, a śledztwo w sprawie JonBenet nadal nie zostało zamknięte).

Na koniec: ambitnie porwałam się na wersję oryginalną, czego nie polecam nikomu, kto nie zna biegle języka i czyta po angielsku tylko dla szlifowania umiejętności. Jest naprawdę trudna i wymaga nieustannej koncentracji, choćby tylko po to, żeby rozszyfrowywać przekręcenia i niezręczności narratora. Ale też miałam satysfakcję, bo podejrzewam że najlepszy nawet tłumacz nie będzie w stanie oddać tego bogactwa, z jakim ma się kontakt czytając oryginał. Plus na końcu dostałam w nagrodę kilka stron rozmowy z autorką.
I jeszcze jedno - Amerykanie najwyraźniej mają lepszy wzrok od nas, Polaków. 560 stron zadrukowanych maczkiem wykańcza.

Ocena 8/10



czwartek, 26 listopada 2009
od czego by tu zacząć...
Oates jeszcze nie skończona, bo równolegle czytam dla odprężenia "Jestem tu od wieków" Marioliny Venezii...

więc na razie stosik albo raczej kolejka:
czyli plon ostatnich tygodni buszowania w księgarniach.

A jako bonus publiczny debiut foto kota Konstantego zwanego Kociem:
Tagi: stosik
10:38, mdl2
Link Komentarze (17) »
niedziela, 22 listopada 2009
Pacjenci - Juergen Thorwald


Kilka lat temu mama jednej z internetowych znajomych miała przeszczepianą nerkę.
Oczywiście, dziewczyny z forum, w tym ja, kibicowały, trzymały kciuki - ale bez specjalnego napięcia. Mniej więcej tak, jak później, kiedy mojej Mamie usuwano woreczek żółciowy. W końcu przeszczep nerki to rutynowa operacja, wykonywana setki razy do roku, pacjenci z reguły przeżywają i wracają do normalnego życia.
Syn znajomej w wieku 11 mies. przeszedł korektę niedużej wady serca. Kilka dni w szpitalu, dzisiaj jest dużym, silnym i mądrym chłopcem, tak pełnym energii, że trudno uwierzyć, że parę lat temu jego serce nie działało prawidłowo.

Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze 40 lat temu, w dzieciństwie naszych matek, przeszczep nerki i innych organów, korekta wady serca u dzieci itp. operacje, a nawet zwykłe dializy były pionierskimi zabiegami, obarczonymi olbrzymim ryzykiem, prawie zawsze kończącymi się śmiercią.

W książce "Pacjenci" Juergen Thorwald opowiada historie zwyczajnych, codziennych bohaterów, którzy jako pierwsi poddali się tym wszystkim zabiegom, bez większej nadziei na powodzenie. Zwykłych ludzi - francuski listonosz, dentysta z RPA, księgowy, zrozpaczona matka dziecka z wadą serca... Wszyscy oni, w pewnym momencie usłyszeli: jedynym ratunkiem jest taki a taki zabieg, choć co prawda nie przeprowadzano go dotąd na ludziach.

Jak podkreśla Thorwald, to pacjenci są tu najważniejsi, bo to oni okupili postęp medycyny niewyobrażalnym cierpieniem. Wszyscy znamy nazwiska słynnych lekarzy, a dzięki tej książce możemy też bliżej poznać losy tych dzielnych ludzi, którzy oddawali się w ich ręce, niewiele rozumiejąc z medycyny ale wiedząc doskonale, że ich szanse są bardzo małe. To dzięki ich poświęceniu dzisiaj, na wieść o czyimś przeszczepie czy operacji, możemy rzucić: zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

Książka jest doskonale udokumentowana, bardzo dużo miejsca zajmują w niej wycinki z artykułów prasowych, wspomnienia pacjentów i lekarzy, fragmenty korespondencji i wywiadów. W połączeniu z wartką narracją i szczegółowymi opisami dają wrażenie uczestnictwa, obserwowania narodzin nowoczesnej medycyny. Jednocześnie zadziwia - jak trudne i nieoczywiste było to, co dzisiaj bierzemy za normalność. Uderza jak wiele niepowodzeń potrzeba przed pierwszym sukcesem - i że każde z tych "niepowodzeń" ma nazwisko konkretnego człowieka, czyjegoś ojca, męża, syna.

Podobnie jak "Stulecie chirurgów", "Pacjentów" czyta się szybko i względnie łatwo - autor zadaje sobie trud wyjaśnienia budowy organizmu czy zasad działania opisywanych urządzeń, pisze językiem dość prostym i zrozumiałym dla laika, tak, że "Pacjentów" czyta się jak dobrą powieść, z pełnowymiarowymi bohaterami i szybką akcją. Do tego książka wypełnia lukę czasową między "Stuleciem chirurgów" a recenzowanymi tu wcześniej "Komplikacjami" Atula Gawande, podsumowując dokonania medyczne trzeciej ćwiartki XX wieku.

Jedyne co mi bardzo przeszkadzało, to kiepskie tłumaczenie. Jako laik nie umiem ocenić jego wartości merytorycznej (medycznej), natomiast styl pozostawia bardzo wiele do życzenia.
Książka powstała w latach 70-tych XXw., a sprawia wrażenie jakby była tłumaczona jeszcze ze 30 lat wcześniej. Tłumacz ma dziwaczną i denerwującą przedpotopową manierę zostawiania wszystkich anglicyzmów tak, jak je zastał: "Blizzard przykrył miasto śniegiem", "Na powitanie przygotowano kurczaki i soda-pops", "Washkansky od czasu do czasu uczestniczył w party", "Mr. M.C. był operowany dnia..." "Mrs. Helm czuła się dobrze". O ile w języku oryginału (niemieckim) słowa angielskie nie rażą, bo język niemiecki od II wojny jest usiany anglicyzmami, to w języku polskim te słowa mają swoje, popularne odpowiedniki, i nawet tłumacz znający wyłącznie niemiecki mógłby się wysilić, żeby je przełożyć. Niektóre nazwy medyczne jak "shunt" (zespolenie), występują tu wyłącznie po angielsku, inne jak "patch" (łata) - czasem są tłumaczone, a czasem podane w cudzysłowiu, co utrudnia orientację. Do tego archaizmy - ostatnią znaną mi osobą, która używała wyrazu "ubezpieczalnia" w znaczeniu "przychodnia, klinika, państwowe leczenie" była moja Prababcia, urodzona w XIX stuleciu. Książkę opatrzono uwagą: "wydanie II, przejrzane" - dlaczego zostało tylko "przejrzane" a nie "przejrzane i poprawione"? Za tłumaczenie wielki minus, po prostu dlatego, że takie kwiatki irytują i odrywają od lektury.

Ocena 8/10, byłoby 10/10 gdyby nie ten nieszczęsny tłumacz.

piątek, 20 listopada 2009
odwyk? jaki odwyk?
Podobno nałogowych hazardzistów nie wpuszczają do kasyn, na ich prośbę.

Mnie nie powinni wpuszczać do Empiku.

W poniedziałek poszłam tylko po gazetę, dzisiaj tylko po prezent dla szwagierki.

W poniedziałek wyszłam z "Mariną" Zafona i "Umarli nie tańczą" Charlesa Martina. (Jak bardzo trzeba mieć nie po kolei, żeby kupić książkę tylko dlatego, że jest w niej drastyczna scena trudnego porodu o tragicznym zakończeniu? Jestem gotowa kupić i przeczytać cokolwiek, pod warunkiem, że występują tam dokładnie opisane zabiegi medyczne, komplikacje, nieudana operacja itp.). Dzisiaj - idąc dalej tropem zboczenia medycznego - "Pacjenci" Juergena Thorwalda, i oczywiście nie wytrzymałam, Oates znowu poszła w kąt, chwilowo "Pacjenci" rządzą :)

Moja silna wola kończy się w drzwiach księgarni. Tylko kiedy ja to wszystko przeczytam?
niedziela, 15 listopada 2009
Wielkanocna parada - Richard Yates
Wygląda na to, że znowu przeczytałam nie to, co zapowiadam w zakładce "teraz czytam". Ale książka Oates jest tak trudna i męcząca (fizycznie też - 500+ stron drobniutkiego druczku), że potrzebowałam przerwy.

"Droga do szczęścia" Yatesa mnie zachwyciła, wnikliwością psychologiczną, analizą małżeństwa bohaterów, obserwacją życia społecznego. "Wielkanocna parada" już mniej.

Powieść opowiada historię dwóch sióstr. Starsza, Sarah, żyje według tradycyjnego wzorca przewidzianego dla kobiet - małżeństwo, dzieci, dom. Młodsza, Emily, jest jej przeciwieństwem, kobietą wyzwoloną, co przejawia się w tym, że robi karierę zawodową - pracuje w agencji reklamowej (choć pewnie w 1976 r., kiedy książka powstała, agencja nie była jeszcze Najbardziej Oklepanym Miejscem Pracy) i rzuca się w krótkotrwałe, nieudane relacje z mężczyznami, prawdopodobnie poszukując kogoś, kto zastąpi jej utraconego wcześnie ojca.

Na życiu sióstr ciąży dramat z dzieciństwa - rozwód rodziców, później lata życia z matką, niezaradną życiowo osobą z nadmierną skłonnością do alkoholu. W ogóle alkoholu jest tu bardzo dużo, podobnie jak w "Drodze..." wszyscy nieustannie palą papierosy i sączą whisky, sherry, martini, już od rana. Co zresztą stanie się powodem tragedii starszej z sióstr.

Niewątpliwie książka jest zwierciadłem przemian w roli kobiet, które zaszły na przestrzeni życia sióstr Grimes, czyli między latami 30 a 70 XX wieku, porusza też, pewnie dość odważnie jak na swoje czasy (ale zdawkowo jak na XXI wiek) temat przemocy w rodzinie, alkoholizmu kobiet. Autor prowadzi nas też do smutnej konkluzji - żadna z dwóch skrajnych dróg nie prowadzi do happy endu. Mamy tu też galerię typów męskich - kochanków Emily, w przeważającej mierze neurotyków i nieudaczników. Mam jednak wrażenie pewnej powierzchowności i dystansu. Daleko "Wielkanocnej paradzie" do "Drogi do szczęścia" gdzie króciutki opis jednego gestu bohaterów doskonale oddawał ich stan ducha i emocje. Tu Yatesowi chyba nie udało się sięgnąć tak wnikliwie do głębi kobiecej psychiki, w każdym razie mnie nie udało się utożsamić z żadną z bohaterek ani głęboko im współczuć. Poza tym, mam wrażenie, że książki pisane linearnie, od dzieciństwa bohatera do jego mniej lub bardziej smutnego końca, trochę trącą myszką w dzisiejszych czasach.

Na pewno lektura nie była czasem straconym, czyta się to z zainteresowaniem i bez znużenia, ale w moim odczuciu to po prostu dość dobra powieść psychologiczna, solidny amerykański standard sprzed 30 lat, nic więcej.
Ocena 7/10
Tak przy okazji - piszę te moje recenzje zawsze na gorąco, zaraz po odłożeniu książki, o ile to możliwe. Czasem się potem zastanawiam - czy one nie są płytkie, tandetne, prostackie, za mało wyrafinowane i krytycznoliterackie. Ale inaczej nie umiem, zapowiadałam w pierwszej notce że będę pisać czy mi się podoba, czy nie, i dlaczego. Więc chyba jest-jak-jest i lepiej nie będzie :)
piątek, 13 listopada 2009
drogi Mikołaju...
byłam grzeczna, więc bardzo proszę, przynieś mi...
to:
i jeszcze to:
i do kompletu przynieś mi miesiąc świętego spokoju, żebym mogła to przeczytać :)




wtorek, 10 listopada 2009
millenium - trzeba znać?
Wszystko przemawia za tym, żeby nie sięgać po trylogię Larssona.

Po pierwsze: mam uraz do bestsellerów, "wydarzeń literackich", książek "kultowych". W 90% przypadków po kupieniu i przeczytaniu okazują się co najwyżej przeciętne, a prawidłowość jest taka - im więcej milionów egzemplarzy sprzedanych, tym potem większe rozczarowanie.

Po drugie - nie lubię kryminałów, nawet kiedy przebierają się za ambitną powieść, koncepcja że mamy policjanta/detektywa i trupa od razu, na samym wstępie mnie nudzi, nieważne co tam będzie jeszcze wsadzone oprócz tego.

Po trzecie - wrodzona, instynktowna przekora, chęć podążania w dokładnie przeciwnym kierunku niż wszyscy inni, im bardziej wszyscy czytają i zachwycają się tym bardziej ja nie mam na to ochoty.

Ale może to jest jedna z tych książek, która, nieprzeczytana, będzie musiała dołączyć do literackich wyrzutów sumienia? Może, skoro istnieją ludzie, którzy specjalnie jeżdżą do Sztokholmu żeby zobaczyć miejsce akcji, to jednak trzeba? Może to jeden z tych elementów kultury masowej, których nieznajomość robi z nas swego rodzaju kaleki społeczne, niezdolne do rozmowy na najpopularniejszy aktualnie temat?

Strasznie się jakoś bronię przed Larssonem.

Zachęćcie mnie, proszę.

Albo zniechęćcie do reszty.
piątek, 06 listopada 2009
Ktoś we mnie - Sarah Waters


Pełnia czytelniczej satysfakcji.
"Ktoś we mnie" to dowód na to, że prawdziwa powieść nie umarła, a żyje i ma się dobrze. Że o dziwo, na początku XXI wieku można taką powieść napisać tak, żeby wciągała i zaciekawiała, żeby trudno ją było odłożyć. I co jeszcze dziwniejsze, można ją jeszcze nominować do ważnej nagrody literackiej, nie zważając na to, że nie podąża za trendami.

Bo "Ktoś we mnie" to kawał solidnej, dobrej powieści obyczajowej z elementami grozy, która mogłaby równie dobrze powstać kilkadziesiąt lat temu. Książka staroświecka w formie i treści, a zarazem doskonała, tak, że ta staroświeckość niczego jej nie ujmuje.

Akcja rozgrywa się w prowincjonalnym miasteczku. Narratorem jest miejscowy lekarz, który przypadkiem trafia do posiadłości lokalnych arystokratów. Pani Ayser z dwojgiem dorosłych dzieci zamieszkuje chylące się ku upadkowi, zrujnowane domostwo. Jednak w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niepokojące wydarzenia zdarzają się coraz częściej, atmosfera grozy gęstnieje.

To taki Gosford Park dwadzieścia lat później. Przez życie szlachty przetoczyła się wojna, powojenne rządy Partii Pracy nie sprzyjają starym rodom, rodzina Ayersów desperacko stara się zachować pozory dawnej zamożności zatrudniając młodziutką pokojowkę i odmawiając sprzedaży domu, choć cała trójka jest boleśnie świadoma ruiny, w jaką popadają wraz z domem. Wszystkim, łącznie z doktorem Faradayem, trudno się uwolnić od wspomnień dawno minionej świetności Hundreds Hall.

Książka budzi skojarzenie z powieścią wiktoriańską, gotycką, trochę też z dobrymi starymi kryminałami, gdzie zabijał kamerdyner, a detektyw mozolnie rozwiązywał zagadkę. Doktor Faraday opowiada historię w pierwszej osobie, linearnie, od początku do końca, z punktu widzenia osoby sceptycznie nastawionej do paranormalnych wydarzeń. Akcja rozwija się powoli, napięcie narasta, wyjaśnienia są sugerowane ale nie dopowiadane do końca. Zakończenie otwarte - oczywiście, mam swoją teorię co do prawdziwego powodu dziwnych zdarzeń, ale autorka zostawia to czytelnikom. Be.el napisała, że fragmenty, które miały straszyć, nie straszyły tak jak trzeba - no cóż, mnie przestraszyły wystarczająco (może dlatego że sama przeżyłam historię z duchem i dzwonkiem do drzwi w roli głównej) żeby podskakiwać przy każdym hałasie dobiegającym od sąsiadów :)
Przyznam, że jakiś czas temu, po początkowym zachwycie miałam pewien przesyt twórczością Sarah Waters - powtarzający się wątek miłości kobiet mnie znudził przy trzeciej książce. Ta jest zupełnie inna. Świetna, wciągająca i nostalgiczna lektura na listopadowe wieczory.
10/10
niedziela, 01 listopada 2009
Dom córek - Sarah-Kate Lynch
Trochę mi głupio.

Bo sięgnęłam po tę książkę zachęcona pozytywną notką u Prowincjonalnej Nauczycielki , a teraz, no cóż, zamierzam ją zjechać. Nie Nauczycielkę a książkę, oczywiście :) ale i tak... jakoś dziwnie.

To jedna z tych książek, które, z niezrozumiałych dla mnie powodów, podobają się milionom kobiet na całym świecie. Poza mną. Można więc spokojnie założyć, że to ze mną coś jest nie tak, a książka jest OK.

Historię - w skrócie - można streścić tak: po śmierci właściciela podupadającej winnicy posiadłość przechodzi w ręce jego trzech córek. Najstarsza nie znosi (z wzajemnością) średniej, a obie do chwili podziału spadku nie mają pojęcia o istnieniu najmłodszej. Na dalszych 250 stronach siostry nawiązują więź, ratują rodzinną posiadłość, odkrywają swoje mroczne tajemnice z przeszłości, ocalają swoje życie, przetrwają przeciwności losu, żyją długo i szczęśliwie, amen. W międzyczasie jest dużo o uprawie winorośli i robieniu szampana (to akurat jest najciekawsze).

Nie nastawiałam się na arcydzieło - Mbmm uczciwie uprzedzała, że to taka lektura na popołudnie, do czekoladek. Nastawiałam się na książkę lekką, łatwą i przyjemną, ot, przerywnik po przygnębiającej "Córeczce".

Ale ja już chyba się nie nadaję do czytania takich książek. Nawet dla relaksu. Bo bardziej mnie denerwują niż relaksują.

Książka jest płaska. Ten przymiotnik przyszedł mi do głowy już na początku, i nie chciał się odczepić do samego końca. Płaska jak spacer po chodniku z kostki bauma. To jedna z tych książek, które się czyta prześlizgując się łatwo po gładkiej powierzchni. Żadne drzwi nie zachęcają do zbadania głębszych obszarów, pod stopami nie otwierają się żadne szczeliny, nie można się nawet potknąć o korzeń bo autorka wyszlifowała korzenie papierem ściernym i polakierowała.
Bohaterki są narysowane grubą kreską, i przechodzą przewidywalne przemiany, bo jak łatwo się domyślić, pod pozorami oschłości, złośliwości czy buntu wszystkie są anielsko dobre tylko nieszczęśliwe i niezrozumiane. Tajemnice wychodzą na jaw bez trudu, zwierzenia i łzy płyną z łatwością szampana lejącego się z butelki, a na dodatek pod nogami stale pęta się przesympatyczny kucyk.

Do tego przez cały czas miałam wrażenie, że czytam jedną z powieści Judith Krantz, tyle że Judith Krantz tworzyła chyba bardziej pełnokrwiste bohaterki (albo ja byłam o 15 lat młodsza i mniej zblazowana).

No więc tak - niby jest tu wszystko co trzeba - historia rodzinna, dawne urazy, pojednanie, walka o ratowanie winnicy, klimat Francji, powikłane stosunki rodzinne, miłość, strata, trzy różne uzupełniające się bohaterki. Z drugiej strony to wszystko jest jakoś tak zmieszane, że wyszło strasznie nijako. Ani przez chwilę nie umiałam się wciągnąć, współczuć czy pożałować którejś z sióstr. W zasadzie nawet (co dla mnie przekreśla książkę) nie byłam ciekawa, jak się skończy, bo wiadomo było, że dobrze.

Na koniec - Sarah-Kate Lynch (pewnie do podziału z tłumaczką) otrzymuje Puchar Przechodni za najbardziej bezsensowne porównanie, jakie w życiu czytałam:
"Rozgoryczenie, o które oskarżała Oliviera, rozlewa się w jej sercu niczym śmietanka w gorącej czekoladzie" (str.25).
Może inne czytelniczki znajdą tu to magiczne "coś", czego mnie się nie udało znaleźć, przyznaję 4/10 głównie za opisy winnic i produkcji szampana.
jak i gdzie
Przeczytałam na innym blogu o książkach (wybaczcie, nie mam pojęcia u kogo, zapomniałam i nie mogę znaleźć)
coś takiego:
Kupiłam książkę X, i wiem już, co będę robić w weekend. Mam wiadro herbaty, wygodny fotel i zamierzam zagłębić się w lekturze...
Na początku zazdrość mnie nie tyle ugryzła, co zeżarła w całości, zostawiając tylko ogryzione kosteczki. Herbata! Fotel! Zaplanowane czytanie na weekend! A kto, podczas mojego "zagłębiania się w lekturze" wstawi i wywiesi pranie, nakarmi rodzinę, odpowie na setki pytań w rodzaju "jak dokładnie działa transformator?" "jak wygląda flaga Wenezueli?" "czy geje mogą mieć dzieci?", "co wybuchło w Czernobylu?"? (przykłady nie wyczerpują całego obszaru zainteresowań moich Dzieci). Kiedy ja ostatnio tak czytałam, jedenaście lat temu?

Tak naprawdę, po zastanowieniu, odpowiedź brzmi: nigdy.

Czytałam zawsze ale nigdy w sposób zaplanowany, nigdy czytanie nie było jakąś metodyczną rozrywką, do której się przygotowywałam. Po prostu zawsze i wszędzie taszczyłam ze sobą książkę, a w chwilach nudy wyciągałam coś z regału rodziców. Nie doszłam w tym do perfekcji mojego Syna, który na hasło: imieniny cioci albo: wizyta u lekarza, pakuje do plecaka kilka(naście) książek "żeby się nie nudzić", ale blisko.

Teraz zakup nowej książki siłą rzeczy nie oznacza wiadra herbaty i fotela, a wrzucenie jej do torebki i wykorzystywanie każdej chwili: w autobusie, w kolejce na poczcie, w szkolnej szatni, u fryzjera, w domu - w tych rzadkich chwilach kiedy Wszystko Jest Zrobione a oboje dzieci zajmuje się swoimi sprawami. Urywkami, po 10-20 stron, po kawałku, kiedy akurat jest spokój.

I tak już pewnie zostanie. Do emerytury.
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli