Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 27 listopada 2010
studia rozwijają czytelniczo

zestaw z dzisiejszego wykładu, ostatnia ławka:

pod ścianą - Nicholas Sparks

pośrodku - Alberto Moravia

po prawej - Carlos Fuentes

Pytanie za 10 punktów: które z w/w miejsc zajmuje autorka tego bloga? Podpowiedź: tytuł książki jest bardzo adekwatny do wykładowej sytuacji :)

poniedziałek, 22 listopada 2010
Opowieść żony - Lori Lansens

Na "serii z miotłą" rzadko zdarza mi się zawieść. Wyjątkiem były "Białe zeszyty", reszta trzyma pewien poziom - przyzwoite, dobre, czasem wybitne powieści kobiet o kobietach. Na pewno nie to, co mamy zwykle na myśli, rzucając hasło "literatura kobieca", czyli mieszanka odchudzania i szukania Księcia Na Białym Koniu plus Zabawne Perypetie.

"Opowieść żony" mniej więcej wpisuje się w serię. Na okładce widzimy zamyśloną, monstrualnie grubą babę, i o niej właśnie powieść opowiada. Bohaterka, 43-letnia Mary Gooch, sprzedawczyni z małego miasteczka, jest chorobliwie otyła. W przeddzień srebrnej rocznicy ślubu, po latach pozornie udanego choć bezdzietnego małżeństwa porzuca ją mąż, zostawiając na pocieszenie konto, a na nim wygrane na loterii 25 tysięcy dolarów.

Odpowiedź a) Mary wpadnie w depresję, dobije do 200 kilo i umrze na wylew (powieść ambitna), odpowiedź b) Mary schudnie o 80 kilo w trzy tygodnie bez diety i wyczerpujących ćwiczeń, zmieni fryzurę, wyhoduje tipsy, skończy studia, odnajdzie męża, rozkocha go w sobie na nowo jako chuda blondynka (literatura kobieca), odpowiedź c) Mary przejdzie wewnętrzną przemianę i odnajdzie siebie? Bingo, odpowiedź C jest prawidłowa, wygrali państwo grubą książkę i parę godzin przyjemnej lektury. Mary zdobywa się na refleksję nad sobą i swoim życiem i wyrusza na wyprawę w poszukiwaniu męża, powoli osiągając spokój wewnętrzny (a przy okazji chudnie, ale tylko tyle, żeby zachować pozory realizmu).

Problem w tym, że odpowiedź jest przewidywalna od samego początku. Bo ta książka jest akurat na tyle pogłębiona psychologicznie i refleksyjna, żeby dała się bez specjalnego zaniżania poziomu wydać w serii z miotłą i żeby inteligentna kobieta mogła ją przeczytać bez wielkiego wstydu i wyrzutów sumienia.

Owszem, autorka stawia pytania i zastanawia się: nad przyczynami otyłości, nad kanonem piękna, nad samoakceptacją, nad tym, czy zachłanność i posiadanie dają szczęście, nad uzależnieniami. Nie bez powodu w książce występuje też słusznie ukarany rozedmą płuc nałogowy palacz i równie okrutnie ukarana narkomanka. Pojawiają się obserwacje na temat postrzegania otyłości w społeczeństwie, małżeństwa, czy powierzchownego feminizmu Mary, który nijak się ma do rzeczywistości. Refleksje nad cielesnością, postrzeganiem siebie. Tylko, że wszystko to jest odrobinę zbyt oczywiste, nie wykracza zbytnio poza to, czego możemy się dowiedzieć z pierwszej z brzegu kolorowej gazetki. Wszystko jest o oczko zbyt przewidywalne, zbyt łopatologiczne, zbyt banalne w sumie. Może po prostu dzisiaj potrzeba naprawdę wielkiego talentu, żeby napisać znakomitą powieść psychologiczno-społeczną, bo wszystko już było i zblazowany czytelnik ziewa na sam widok pewnych tematów?

Do tego męczące dobro.

Przyznaję, jestem wredna. Nie lubię książek, filmów pełnych bezinteresownego dobra, optymistycznych przesłań, solidarności wspaniałych, silnych kobiet. Wyznaję starą zasadę, że dobro jest nudne, zło jest ciekawe, a wszelkie "ciepłe, wzruszające opowieści" o "odnajdywaniu siebie" spod znaku "czasem kopniak od życia bywa najlepszym, co nam się przydarza" trącą mi amerykańskim hurraoptymizmem i naiwnością, więc jestem stronnicza. Dla mnie było tu tego za dużo - przychylnych nieznajomych, spotykanych przypadkiem dobrych ludzi, trudnych pojednań z teściową, nieprzyjemnych przygód kończących się dobrze, wspólnoty. To moje, subiektywne zboczenie - wiem, że są ludzie, którzy mają potrzebę czytania rzeczy pozytywnych, mnie akurat bardziej kręci czytanie o tym, jak bohater książki "Dziecię boże" gwałci nadgniłe trupy w samochodzie na pustkowiu, albo o tym, jak dwieście lat temu grzebano żywym pacjentom w mózgach łyżeczką, więc nie należy się tu moim gustem zanadto sugerować.

Ogólnie książka dobrze i szybko się czyta, pozostawia przyjemne wrażenie, podczas czytania człowiek się pilnuje, żeby za często nie sięgać po czekoladki, oliwki, serek pleśniowy, czy co tam kto podjada przy lekturze. Autorka ma niezły warsztat, potrafi skłonić do uśmiechu i wzruszenia... ale mimo wszystko jest to niewiele więcej niż czytadło na jesienny wieczór.

---

PS ostatnio się znęcam. Może nie powinnam, w końcu żaden ze mnie autorytet, ale mało mnie ostatnio zachwyca, więcej nuży i irytuje. Powinnam tu polecać arcydzieła, zamiast tego częściej marudzę nad książkami, które wydają mi się prawie dobre, prawie zachwycające, prawie... ale brakuje im czegoś nieuchwytnego, i ten brak je przekreśla, rozczarowuje nawet bardziej niż sytuacja, kiedy książka jest z gruntu kiepska. Może to wina listopada, może nadmiaru lektur, nie wiem, wiem, że z "olśniewających debiutów", "wydarzeń literackich roku", "powieści nagradzanych", "głęboko poruszających historii" itp. entuzjastycznych zapowiedzi coraz trudniej mi wyłuskać coś, co naprawdę dałoby mi pełnię czytelniczej satysfakcji. A może po prostu czas przestawić się z książek na seriale?

 

niedziela, 14 listopada 2010
Ziemia kłamstw - Anne B. Ragde

 

Potrzebowałam czegoś, co się Dobrze Czyta na szkolny weekend, obejmujący mniej więcej pięć godzin w autobusie, aha i jeszcze godzinę czterdzieści najnudniejszego wykładu świata, na którym regularnie w każdą szkolną niedzielę zasypiam. Uznałam, że studentka czytająca "pod ławką" wygląda jednak nieco mniej głupio niż studentka chrapiąca i nie daj boże mówiąca przez sen, albo śliniąca się i opadająca bezwładnie na zeszyt z notatkami.

Eksperyment z czytaniem na wykładzie okazał się bardzo udany (chociaż donośny głos wykładowcy chwilami jednak mi przeszkadzał), a ponieważ w dającej się przewidzieć przyszłości nie zamierzam zostać tłumaczem przysięgłym*, mogę sobie spokojnie czytać dobre książki przez kolejne 14 wykładów.

"Ziemia kłamstw" to Skandynawia w pigułce. Zimny klimat i zimna atmosfera w dysfunkcyjnej rodzinie, tajemnice i kłamstwa między krewnymi. Osiemdziesięcioletnia Anna leży nieprzytomna po wylewie. W szpitalu w rodzinnym miasteczku spotykają się jej trzej synowie: Margido, właściciel zakładu pogrzebowego, Tor - mieszkający wciąż na farmie rodziców hodowca świń, bardzo związany z matką, i Erlend - najmłodszy, wyrodny, wstydliwa zakała rodziny. Dwaj starsi synowie nie potrafią ułożyć sobie życia, jeden pozostaje w cieniu władczej matki, odnajdując ukojenie w trosce o hodowane zwierzęta, drugi wybiera izolację. Przybywa też Torunn, nieślubna córka Tora, która spotkała ojca tylko raz w życiu. Jest jeszcze ojciec, zaniedbany, prawie niewidzialny, pogardzany przez wszystkich cień człowieka. W tle przewijają się wspomnienia o nieżyjącym od lat ukochanym dziadku. Jak łatwo przewidzieć, rodzinne spotkanie przy łożu śmierci wywoła starannie ukryte duchy, sekrety i kłamstwa z dawnych lat.

Niby wszystko już było, ale "Ziemia kłamstw" zachwyca precyzją opisu psychologicznego i dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach portretami bohaterów (nawet jeśli chwilami są nieco przerysowani). Autorka na początku wodzi czytelnika za nos, (po pierwszych kilkudziesięciu stronach spodziewałam się z pewną obawą kolejnego skandynawskiego kryminału), po czym niespiesznie i dokładnie przedstawia wszystkie postaci, buduje więź i napięcia między nimi, zostawiając wstrząsające rozwiązanie rodzinnej zagadki na sam koniec. Jednak wydaje się ono tylko pretekstem, tym bardziej, że stosunkowo łatwo je odgadnąć - bo o wiele ciekawsze są skomplikowane relacje między bohaterami i ich przeżycia.

Chłodny, precyzyjny język, szczegółowe i przejmujące opisy drobiazgów, jakie składają się na doświadczenie śmierci bliskiej osoby, to wielkie plusy tej powieści. Urzekł mnie opis wielkiej, czułej, pełnej troski i oddania miłości gejowskiej pary, jedynej szczęśliwej pary przedstawionej na kartach książki. W tle widzimy społeczeństwo samotnych, wyalienowanych ludzi, którzy nie potrafią rozmawiać nawet z najbliższymi, tolerancję dla odmienności, która jednak ogranicza się do wielkich miast, i przeżywane po cichu, w czterech ścianach dramaty.

A co najważniejsze - książka, mimo ciężkiej tematyki naprawdę Dobrze się Czyta. Wciąga, intryguje, każe smakować zdania a jednocześnie niecierpliwie przewracać kartki w oczekiwaniu na ciąg dalszy i żałować, że się skończyło czytanie. Kiedyś wydawało mi się, że "literatura autobusowa" to obelga, teraz zastosuję o wiele lepsze określenie ukute przez Agawę: "przegapiacz przystanków". I odganiacz snu na nudnym wykładzie.

Książka została uznana przez czasopismo "VG" za najlepszą norweską powieść dekady 1999-2009, a w 2004 r. uhonorowana Norwegian Language Prize oraz Bookseller's Prize.

 

---

* Tu nieodmiennie pada pytanie: to po co ci te studia? No więc po to, żeby lepiej robić to, co już robię zawodowo, żeby tłumaczenie bilansu spółki zajmowało mi pół godziny a nie pół dnia, i żeby zrobić coś dla Własnego Rozwoju i poczuć się Mądrzejsza.

niedziela, 07 listopada 2010
Na południe od Broad - Pat Conroy

 

Jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie o moją definicję grafomanii, po prostu zdejmę tę książkę z półki i powiem: przeczytaj.

Przez cały czas kiedy brnęłam przez te 630 stron, zastanawiałam się, co właściwie podobało mi się w poprzednich książkach Conroya. Bo czytałam dwie - "Księcia przypływów" i "Muzykę plaży" i obie mi się podobały, nie będę się tego wypierać. A teraz zamierzam znęcać się nad autorem, który jest przecież "wybitny i wszyscy o tym wiemy". Trudno, zaryzykuję.

Powieść opowiada historię grupki przyjaciół, którzy poznali się w 1969 r., przed ostatnią klasą liceum i od tamtej pory utrzymywali ścisłe kontakty. Można by ich nazwać salonem odrzuconych albo paczką nieudaczników - mamy tu sieroty, czarnych (w latach 60 w Charlestonie!), geja i jego siostrę bliźniaczkę, uciekających przed rodzinną tragedią, przedstawicieli wyniosłej białej elity miasta, i wreszcie narratora, Leo, chłopca, który wpadł w kłopoty po samobójstwie ukochanego brata, syna byłej zakonnicy a obecnie dyrektorki szkoły. Poznamy ich historię - nieudane i udane małżeństwa, uwalnianie się od demonów przeszłości, siłę przyjaźni spajającej ich na zawsze.

Wymarzona lektura dla fanów mrocznego fatum, które kładzie się cieniem na kolejnych pokoleniach każąc im powtarzać zaklęty cykl tragedii, dla wielbicieli literatury psychiatrycznej, gdzie wszystko, co złe, wynika koniecznie z traumy w dzieciństwie i demonów ścigających nieszczęsne dzieci po kres życia - wątek sierot i bliźniąt skutecznie zaspokoi ich wymagania.

Problem w tym, że tego jest za dużo. Jedno maltretowane dziecko jest wstrząsającym tematem. Jedno samobójstwo podobnie. Ale kiedy mamy gwałcone bliźniaki, ministranta gwałconego przez księdza, samobójstwo brata, samobójstwo matki i babki, ojca-mordercę-pedofila-psychopatę, geja umierającego na AIDS, dzieci byłej zakonnicy, zdrady małżeńskie, Alzheimera (i nie dam głowy czy zapamiętałam wszystkie atrakcje!) a na dodatek, jak wisienka na torcie, dochodzi huragan Hugo rozwalający miasto w pył i w proch, to w pewnym momencie powieść ze wstrząsającej robi się groteskowa, absurdalna i zamiast wzruszać - zaczyna śmieszyć przez spiętrzenie okropności.

Poza tym poziom egzaltacji i dusznych uniesień przekracza moją wytrzymałość psychiczną. Nie wiem na ile zawinił tłumacz, a ile pochodzi od autora, ale uduchowiona poezja sięga szczytów ludzkich możliwości. Parę przykładów:

"zdecydował się otworzyć, korzystając z ochrony, jaką zapewniają ogień, zimno i ciemność, gdy dusza, niczym motyl, odczuwa nagłą potrzebę wzbicia się wysoko. Tego wieczoru jego dusza była żywą istotą zrodzoną ze światła ognia." (s. 492)

"Starla obnosiła się ze swoją zranioną duszą jak z prognozą pogody wystawioną przez kalekie, zezujące oko." (s. 408)

"W jaskrawym świetle budynek z czerwonego piaskowca wygląda, jakby krwawił w odcieniu wybrakowanego złota." (s. 257)

"Czuję, że Charleston zaczyna odprawiać święty rytuał uzdrawiania mojego zamkniętego serca. Mijam szereg olśniewających rezydencji po prawej - ich doskonała architektura wiąże mnie z tym centrum urody miasta pięknego jak róża. (...) Od dzieciństwa martwiłem się, że niebo nigdy nie będzie w połowie tak śliczne jak Charleston - miasto powstałe u zbiegu dwóch rzek, które połączyły się w ekstazie, by zrobić miejsce na port, zatokę i wyjście na świat." (s. 611-612)

W przerwach między duszami wzlatującymi jak motyle, świętymi rytuałami, ekstazami i prognozami pogody wystawionymi przez kalekie oczy (to ostatnie musiał zrobić tłumacz, nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie, jak mogło to brzmieć po angielsku) autor raczy nas dialogami w innej, też denerwującej manierze. Otóż przyjaciele bez przerwy, czy to dla rozładowania napięcia, czy to z sentymentu do czasów licealnych, przerzucają się żartami, docinają sobie i złośliwie ripostują. Co jest na dłuższą metę nie do zniesienia - jak HBO na stojaka przez kilka godzin. Mieszanka amerykańskiego humoru z amerykańską egzaltacją i amerykańskim futbolem okazała się dla mnie kompletnie niestrawna.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli