Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
niedziela, 20 listopada 2011
Ostatni kabriolet - Anton Myrer

Kolejny Amerykanin i dla odmiany świetna, może nawet wielka amerykańska powieść, udostępniona polskim czytelnikom po wielu latach.

Myrer opisuje losy drugiego "straconego pokolenia" - młodych ludzi, których życie przerwała II wojna światowa.

Grupka przyjaciół rozpoczyna studia na Harvardzie. Jest wśród nich syn członka bostońskiej elity, ambitny przyszły przedsiębiorca, irlandzki intelektualista, francuski uciekinier z okupowanej Europy, i wreszcie narrator, George, ubogi stypendysta, który przyjmuje rolę "sumienia" grupy, odpowiedzialnego za rozwiązywanie konfliktów i łagodzenie trudnych sytuacji. Od pierwszego dnia nawiązują więź, tworzą grupkę, która nazywa siebie Fizylierami. Prowadzą beztroskie studenckie życie: popijawy, pierwsze miłości, wycieczki, snują plany na przyszłość. Aż do ataku na Pearl Harbour, który oznacza dla nich koniec młodzieńczej beztroski. Po powrocie z wojny, podobnie jak ich poprzednicy z pokolenia Wielkiego Gatsby'ego, próbują odnaleźć się w zmienionym świecie, z tym, że w odróżnieniu od poprzedniego "straconego pokolenia" zamiast wpadać w samodestrukcyjne szaleństwo, próbują budować, zakładać rodziny, stworzyć na nowo normalność, choć nie każdemu z nich się to uda. Dla wielu z nich symbolem ich pokolenia będzie John F. Kennedy, którego kampania wyborcza i droga do prezydentury zajmuje tu sporo miejsca.

Symbolem spajającym całą grupę i niemym świadkiem wszystkich ważniejszych wydarzeń jest tytułowy kabriolet, ciemnozielone auto zwane pieszczotliwie Cesarzową. Kluczyki do Cesarzowej przechodzą z rąk do rąk w najważniejszych momentach, jak rodzinny skarb. Auto wozi przyjaciół na pikniki i mecze, później na zloty absolwentów i wiece wyborcze, w nim młodzi kochankowie przeżywają swój pierwszy raz, a dawne pary prowadzą ostateczne rozmowy po latach.

Cesarzowa jest symbolem dawnych, "złotych" lat ale i ciągłości, trwania grupy mimo przeciwności losu i rozbieżności charakterów.

Oprócz skomplikowanych, podlegających ciągłej ewolucji relacji między bohaterami, bardzo ciekawa jest wojenna, środkowa część książki. Wojenne losy Fizylierów w Europie i na Pacyfiku przedstawiono w formie listów, które George przechowuje po latach, a następnie odczytuje przyszłemu zięciowi, synowi jednego z przyjaciół. George jest nie tylko sumieniem, ale i kronikarzem grupy, strażnikiem pamięci, jedynym, któremu świadomie zależy na ciągłości. "Założę się, że listów od pana nikt nie przechował" - komentuje gorzko młody chłopak, przeglądając papiery.

Powojenne losy to portret całej epoki budowania i gwałtownego rozwoju Ameryki. Wczesne lata 50 przedstawione jako stosunkowo szczęśliwe, ale bez sentymentu, jaki żywią do nich bardziej współcześni nam autorzy. Historie małżeństw zawieranych bez wielkiej miłości, epidemia polio, która odbiera syna jednemu z bohaterów zaledwie na rok przed wynalezieniem szczepionki, mozolne dochodzenie do względnego dobrobytu przez George'a i historia jego nieudanego małżeństwa, kariera biznesowa Dala i polityczna Terry'ego. Autor pokazuje, dlaczego Kennedy był dla Amerykanów tak ważny i jak zmieniała się Ameryka w latach 1945-1968.

Książka kończy się kulminacyjnym zlotem absolwentów, kiedy wszystkie sekrety zostają ujawnione a przyjaciele stwierdzają, że osiągnęli ten moment, kiedy nieuchronnie zastępuje ich młodsze pokolenie, ich dzieci. Kluczyki do kabrioletu symbolicznie wędrują w ręce przedstawiciela młodych.

Ciekawa, smutna, gorzka, czasem wzruszająca książka, po prostu dobra literatura.

czwartek, 17 listopada 2011
Nim zapadnie noc - Michael Cunningham

Naprawdę nie mam pomysłu, co o tej książce napisać ciekawego i dobrego.

Zastanawiam się, w czym tkwi problem (zakładając, że nie tkwi on w moim prymitywnym umyśle, domagającym się prymitywnych rozrywek). Czy w śmiertelnej powadze, czy w skali mikro doprowadzonej do ostateczności, czy w tej nowojorskiej pretensjonalnej manierze rodem z wieży z kosci słoniowej, dokładnie odizolowanej od otaczającego "prawdziwego" świata, o której pisałam przy okazji "Amerykańskich smutków" Siri Hustvedt?

Książka o pięknie, sama w sobie piękna, subtelna i gładka jak szlachetny kryształ, i równie nieprzenikalna, nieprzepuszczająca czytelnika poza granicę wyznaczoną przez lśniącą powierzchnię.* Jak kryształ zarastający kurzem na kominku?

Peter i Rebecca - nowojorskie małżeństwo po czterdziestce, z długim stażem. On - właściciel galerii, ona - pracuje w czasopiśmie. Rodzice studentki, z poczuciem winy z powodu jej typowych pretensji za wyimaginowane traumy z dzieciństwa (kiedy-grałam-w-szkolnym-przedstawieniu-tata-rozmawiał-przez-komórkę). Czas upływa im między galerią, rozmowami z kolejnymi artystami i oglądaniem wystaw innych artystów, przyjęciami u neurotycznych postaci. W małżeńską rutynę wkracza gwałtownie dużo młodszy brat Rebeki, zwany pieszczotliwie Myłkiem. Chłopak znajdujący się na etapie "poszukiwania", narkoman co jakiś czas wracający do nałogu, być może gej. Myłek przypomni Peterowi nieżyjącego brata i wzbudzi w nim zupełnie nieoczekiwane uczucia. Czy jego wizyta może zniszczyć życie Petera i jego żony? Autor nawiązuje do "Śmierci w Wenecji", obsadzając Petera w roli starszego, zauroczonego mężczyzny.

Cała ta wysublimowana, kameralna mikropsychologia dramatu rozgrywającego się w wysmakowanych dekoracjach, w bardzo wąskim gronie i na bardzo subtelnej nucie (bo tu się realnie prawie NIC NIE DZIEJE, niemal wszystko jest ulotne i pozostaje w sferze pragnień, myśli, wątpliwości, wspomnień) może się podobać. Jeśli ktoś lubi. Sądząc po recenzjach klientów Merlina, wielu lubi. Ja, na przykład, myślałam, że lubię, ale jednak nie, nie do tego stopnia.

Bez wątpienia wielkim błedem było czytanie Cunninghama równolegle z Houellebecqiem. Obaj piszą o sztuce współczesnej, ale kiedy się te dwie książki czyta prawie jednocześnie, widać wyraźnie, że nie da się o niej pisać tak serio, bez dystansu i krytyki. Miałam wrażenie, że Cunningham próbuje czasem przemycać delikatną ironię (rzeźby z końskiego włosia? eleganckie urny pokryte obscenicznymi napisami?), ale bez większego powodzenia, ironia zniknęła bowiem w powodzi rozważań. Peter przeżywa mały prywatny dramat, kiedy jedno z "opakowanych" płócien wziętego artysty po rozdarciu "opakowania" okazuje się nieudolnym bazgrołem na poziomie studenta - ten pomysł aż prosi się o jakiś ironiczny, miażdżący komentarz "z pazurem", a co dostajemy - lekki atak mdłości przerażonego estety.

No dobrze, może więc jest to jedna z tych książek pisanych przez nowojorskich intelektualistów dla nowojorskich intelektualistów, nafaszerowana aluzjami literackimi, wysmakowana. Portret środowiska, którego nie obchodzi prawie nic poza nim samym, i może dlatego i ono nie jest specjalnie interesujące.

Co mi się podobało? Niewiele. Na pewno doskonała małżeńska scena erotyczna na samym początku i niezwykle trafne (choć okropnie przegadane) spostrzeżenie o tym, jak postrzegamy ludzi o skłonnościach autodestrukcyjnych:

"A co z aluzją, że "osoba, która nigdy nie brała", to żałosna, praktycznie ubrana, drobna postać na przystanku, gdy podjeżdża autobus? Nawet teraz, po tych wszystkich kampaniach reklamowych, po tym wszystkim, czego się dowiedzieliśmy, jak fatalnie można skończyć, w samozniszczeniu wciąż tkwi pewien urok, nie do zdarcia, twardy jak szlachetny kamień, jak jakiś przeklęty starożytny talizman, którego w żaden sposób nie da się zniszczyć. A jednak, a jednak ci, którzy idą na dno, wydają się czasem w sposób bardziej skomplikowany, bardziej niebezpieczny, związani ze smutkiem i, tak, z nieosiągalną dla nas dostojnością. Są romantykami, psiakrew; nie możemy po prostu poczuć tego samego wobec trzeźwych i rozsądnych, wytrwale dążących do celu, pomimo całego dobra, które czynią. Ich nie podziwiamy z ową wyrafinowaną pogardą zarezerwowaną dla uzależnionych i łotrów." (str. 143).

Tu zresztą widać wyraźnie próbkę stylu autora i żelaznej dyscypliny tłumacza, któremu udało się jakimś cudem nie pogubić w skomplikowanej sieci gadulstwa, wtrąceń i związków w tych przydługich zdaniach.

Zaczęłam od "nie mam pomysłu, co napisać", skończyłam na przydługich wywodach, jak zwykle. Jedna ze znajomych pisarek zapytała: po co męczyć się nad książką, skoro jej czytanie nie sprawia nam przyjemności? Może właśnie po to, żeby później z czystym sumieniem rozwlekle i nudno opisać, jak bardzo nam się nie podobała?

---

* najlepszy przykład tego, jak łatwo można zarazić się pretensjonalną i męczącą manierą czytanego autora

niedziela, 13 listopada 2011
Mapa i terytorium - Michel Houellebecq
Pozytywne rozczarowanie - ta dziwna, paradoksalna zbitka słów chyba najlepiej opisuje moje uczucia po przeczytaniu najnowszej powieści Houellebecqa.
 
 
Przeczytane opinie, recenzje gazetowe onieśmielają, sprawiają wrażenie, że mamy do czynienia z tym rodzajem dzieła, który jest dostępny tylko wybranym, intelektualistom zdolnym przedrzeć się przez krytyczny żargon i cokolwiek z niego zrozumieć. Do tego rodzaju dzieła podchodzi się z mieszanką czci i obawy: czy podołam?
Niepotrzebnie. Jest to książka doskonale przystępna, napisana przejrzystym, zwięzłym językiem, a autor przekazuje myśli w sposób prosty i ciekawy. Na tyle ciekawy, że czyta się z przyjemnością i autentycznym zainteresowaniem.
 
Fabuła jest prosta - paryski artysta Jed Martin zdobywa sławę i prosi pisarza Houellebecqa o napisanie artykułu do katalogu wystawy. Między dwoma mężczyznami zaczyna nawiązywać się coś w rodzaju przyjaźni, jednak niedługo później pisarz zostaje brutalnie zamordowany, a książka płynnie przechodzi w rodzaj kryminału, pozbawiony jednak szczególnego napięcia czy oczekiwania - rozwiązanie zagadki okazuje się ostatecznie żałośnie banalne i przypadkowe.
 
Houellebecq jest chyba ostatnim egzystencjalistą. Bohaterowie powieści żyją we własnym, małym i odhumanizowanym świecie, w którym rządzi konsumpcja, technika i pozory. Z innymi ludźmi nie łączą ich żadne autentyczne więzi, większość relacji między ludźmi jest tu chwilowa i czysto usługowa: kontakty z hydraulikiem wydają się mieć w sobie więcej prawdy i głębi niż relacja z kochanką albo ojcem. Cały ten świat jest sztuczny, co zresztą doskonale obrazują prace Jeda - fotografie wyrobów metalowych, zdjęcia map i portrety ludzi różnych zawodów, traktowanych jako przedstawiciele pewnych typów, malowane bez pozowania, które pozwoliłoby zbudować jakiś głębszy, intymny kontakt z modelem, z fotografii. Kwintesencją tej sztuczności jest śmierć ojca artysty, higieniczna i zbiurokratyzowana, w sterylnej szwajcarskiej klinice zajmującej się eutanazją.
 
Zarówno Jed jak i pisarz są głęboko samotni, żyją w izolacji, i wydaje się, że próby wyrwania się z tego stanu traktują jak skazane z góry na porażkę. Nawet autentyczny romans musi skończyć się rozstaniem, a, jak wynika z cytatu zamieszczonego notkę wcześniej - drugich szans nie ma. Znowu świat cząstek elementarnych, obijających się o siebie bez celu i sensu, tylko tym razem bez epatowania żałosnym, brudnym seksem.
 
Kolejna warstwa książki to satyra na świat współczesnej sztuki. Sława, jaką zyskuje Jed dzięki swoim pracom, ideologia dorabiana do nich przez fikcyjnych krytyków, niebotyczne ceny dzieł - to wszystko wydaje się tak niewspółmierne do "prawdziwego życia", tak absurdalne, że zaczyna śmieszyć i dziwić.
 
W tej warstwie pojawia się też to, co niestety niedostępne dla polskich czytelników - satyra na francuskie środowisko mediów i sztuki. Z nazwiskami, autor nie oszczędza prezenterów telewizyjnych, innych pisarzy, artystów i kolekcjonerów sztuki. Niestety, żeby w pełni się w tym rozsmakować, trzeba być albo Francuzem, albo bardzo uważnie śledzić francuskie media, mimo, że polska redakcja bardzo starannie opatrzyła każde nazwisko przypisem.
Najciekawszym, i podkreślanym wielokrotnie w recenzjach elementem książki jest autoironia - Houellebecq wprowadził do książki samego siebie w roli postaci literackiej, opisanej w sposób ironiczny, złośliwy i dość bezlitosny. Przy czytaniu tych fragmentów odczuwałam jednak pewien dysonans - trudno stwierdzić, czy pisarz opisuje siebie, czy wykreowany na potrzeby książki awatar, czy naśmiewa się z siebie, czy ze sztucznej postaci, której nadał pewne własne cechy w formie mocno przejaskrawionej. Pijany, rozczarowany życiem mizantrop, który utrzymuje nieliczne kontakty społeczne i zaciekle broni swojej prywatności - czy autor chce, byśmy tak go postrzegali, czy też wyśmiewa to, że chcemy go tak właśnie widzieć i daje nam powykrzywiany obraz, jaki znamy z powierzchownych, gazetowych relacji? Jeśli "dzieło nicuje samo siebie" to właśnie tutaj.

Dla mnie osobiście jest to też doskonała, udana próba zagrania na nosie wszystkim tym płytkim, żądnym sensacji czytelnikom, którzy w każdej powieści maniakalnie doszukują się "elementów autobiograficznych", jakby tylko dla nich warto było czytać fikcję. Detektywi, którzy pracowicie guglają, szukając elementów łączących autora i bohatera z zacięciem godnym lepszej sprawy tu dostają jak na tacy swój przedmiot pożądania - postać autora, opisaną bardziej bezlitośnie niż jakikolwiek dziennikarz odważyłby się go opisać nie drżąc przed procesem o zniesławienie - i zostają z niepewnością, czy dostali prawdę, czy iluzję, i co właściwie teraz mają z nią zrobić?
 
A wątek kryminalny? Nie zachwycił mnie, pokazuje raczej, jak banalna może być zbrodnia, a przy tym jak jej efekt może być nie do odróżnienia od sztuki (doskonała scena, gdy Jed ogląda na komisariacie zdjęcia z miejsca zbrodni, myśląc, że to fotografie dzieł Pollocka).
 
W końcówce Jed Martin powtarza los pisarza, wiodąc życie w zamkniętej, prywatnej posiadłości, w izolacji i chorobie, poświęcając ostatnie lata na tworzenie skomplikowanych fotografii ukazujących procesy rozkładu. Świat się zmienia - ale akurat przewidywania tego rodzaju na wiele lat naprzód mogą być tylko ciekawostką, bo rzeczywistość zawsze ostatecznie okazuje się zupełnie odmienna od prognoz futurologów i pisarzy.
 
Podsumowując: książka przystępnie napisana, zmuszająca do zastanowienia, mówiąca nam coś o otaczającym swiecie. Czego chcieć więcej? Nie dajcie się onieśmielić dętym krytykom. Warto.
 
A tu link do innej, ciekawej recenzji: http://marcinpietraszek.blogspot.com/2011/11/mapa-i-terytorium-michel-houellebecq.html
 
środa, 09 listopada 2011
cytat na środowy wieczór

Nie, to nie będzie żaden cykl, to jest być może zupełnie jednorazowe, a może i nie. Się okaże :)

Przekornie i na złość, zanim zapomnę, na gorąco, z ironicznej i satyrycznej książki wybieram cytat, chyba jeden jedyny, gorzki, smutny, zupełnie na serio i bez nicowania ani innego wywijania się na lewą stronę.

"(...) życie daje czasem człowiekowi szansę, ale jeśli jest się zbyt tchórzliwym lub niezdecydowanym, aby z niej skorzystać, życie zaczyna od nowa rozdawać karty; jest taki moment, kiedy można coś zrobić, aby zdobyć szczęście, ten moment trwa kilka dni, czasem kilka tygodni a nawet miesięcy, ale następuje on raz i tylko raz, nie można do niego wrócić, brak już miejsca na entuzjazm, na pewność siebie i wiarę, pozostaje jedynie łagodna rezygnacja, wzajemna i pełna smutku litość, niepotrzebne, a zarazem słuszne poczucie, że coś mogło się zdarzyć, nie okazaliśmy się po prostu godni daru, jaki został nam ofiarowany."

Michel Houellebecq, "Mapa i terytorium", str. 223

Czy rzeczywiście musi tak być, czy francuski mizantrop z głową starego żółwia musi mieć rację?

Bo tak zupełnie prywatnie wolałabym, żeby jej nie miał :)

---

Recenzja z "Mapy i terytorium" już wkrótce, już bardzo niedługo przyznam sobie dodatkowe Punkty Intelektu za przeczytanie do końca Najważniejszej Nowości Sezonu i premię za napisanie o niej notki na blogu, a w nagrodę będę mogła potem przeczytać co najmniej dwa odmóżdżające czytadła pod rząd (i nowego Kinga!) i wcale się tego nie wstydzić :)

piątek, 04 listopada 2011
Wolność - Jonathan Franzen

Są książki mądre, dobre i ważne, które jednak na koniec pozostawiają czytelnika obojętnym.

Tak było ze mną i z "Wolnością".

Książkę okrzyknięto wydarzeniem literackim, na okładce chwali ją sam Barack Obama, a krytycy prześcigają się w wypisywaniu, że autor ignoruje istnienie awangardy literackiej (po polsku: pisze w starym, dobrym stylu).

I rzeczywiście - "Wolność" spełnia wszelkie kryteria dla książki ważnej, dla porządnej powieści z zacięciem epickim, dla portretu pewnego pokolenia, pewnego środowiska, pewnej epoki.

Jak na dobrą powieść przystało, autor tworzy studium przypadku w skali mikro i na tym przykładzie opisuje znacznie szersze zjawiska. Na poziomie "małego realizmu psychologicznego" obserwujemy upadek i ostateczny rozpad małżeństwa Patty i Waltera Berglundów. Ona - była koszykarka w drużynie uniwersyteckiej, która po kontuzji rezygnuje z gry i poświęca się rodzinie. Niespełniona w roli matki, żony, wciąż poszukuje, usiłuje wykorzystać wszystkie możliwości, jakie wcześniej straciła. On - modelowy "facet idealny". Dobry, kochający mąż, aktywista w dziedzinie ochrony środowiska, poprawny ojciec dla dwojga udanych dzieci. Cierpliwy, wyrozumiały, typowa ciepła klucha, która wygląda idealnie na zdjęciu ślubnym, a w życiu okazuje się nie do zniesienia nudna. W tym związku on daje, ona bierze i początkowo oboje wydają się z tego zadowoleni. Jednak podstawa, na której zbudowano ten związek, jest krucha: "Patty o mało nie odeszła z Richardem i właśnie ten tak miły fakt, że tego nie zrobiła - że zamiast tego uległa miłości Waltera - leżał u podstaw całego ich wspólnego życia, ich małżeństwa, domu i dzieci." (str. 345)

Dwadzieścia lat później okazuje się, że wszystko poszło nie tak - on wykonuje pracę będącą zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzył, ona miota się między alkoholem, antydepresantami, dawnym kochankiem i dwojgiem zbuntowanych, prawie dorosłych dzieci. cała książka to próba odpowiedzi na pytanie: który z drobnych życiowych wyborów doprowadził do katastrofy, czy Patty i Walter od pierwszego kroku byli skazani na porażkę, na ile wolno nam korzystać z wolności i gdzie są jej granice?  

"Wiodła życie luksusowe pod prawie każdym względem. Codziennie mogła cały dzień poświęcić na obmyślenie jakiegoś przyzwoitego i satysfakcjonującego sposobu na życie, a mimo to miała wrażenie, że wszystko, co uzyskuje za swoje wybory i za całą swoją wolność, jest jeszcze bardziej żałosne. Autorka autobiografii czuje się niemal zmuszona wysnuć wniosek, że Patty współczuła sobie, że jest aż tak wolna."* (str. 201)

Wolność wyboru ostatecznie prowadzi do katastrofy, zdaje się sugerować autor, wybór wolności nie gwarantuje szczęścia, stan optymalny to życie w ramach konwencji i ubolewanie nad jej ograniczeniami.

A może prawdziwą wolnością jest odrzucenie wolności? Nie, ten wniosek chyba mi się osobiście bardzo nie podoba, jest zbyt grzeczny i poprawny :)

Wątek małżeński jest bardzo klasyczny, niemal yatesowski, chociaż wnikliwość psychologiczna rozmywa się tutaj nieco w przydługich, nudnawych opisach i drobiazgowym roztrząsaniu motywacji, a przy tym czasami trudno stwierdzić, czy autor na pewno traktuje swoich bohaterów całkiem poważnie, czy jednak zaprawia opowieść lekką ironią.

Ciekawy jest także wątek dorastających dzieci: starszy syn pary podczas studiów miota się między pogonią za przygodami a stabilizacją w długoletnim związku, ostatecznie wybierając stabilizację, republikańskie poglądy i prawdopodobnie tak samo pusty związek jak relacja między jego rodzicami. Choć może szczęśliwszy, bo zupełnie wyzuty z idealizmu i autorefleksji.

Mamy więc nakreślony z rozmachem chwilami lekko satyryczny portret dwóch pokoleń, z delikatnie zaznaczonym trzecim pokoleniem, dziadków, pokoleń ewoluujących od złudnej wolności do grzecznego konserwatyzmu. Portret klasy średniej, uwikłanej w skomplikowane sieci interesów, polityki i relacji międzyludzkich. Walter pracuje przy inwestycji, która pod pretekstem ochrony ptactwa ma umożliwić eksploatację surowców na dziewiczych terenach. Wszystkie jego dawne ideały obracają się wniwecz, pozostawiając mu jedną, jedyną obsesję - walkę z przeludnieniem. Jego syn, chcąc zarobić na wygodne życie, wplątuje się w brudne interesy związane z wojną w Iraku. Padają nazwiska znane z gazet: Rumsfeld, Cheney, Bush.

 Ta część książki jest zresztą najzwyczajniej w świecie nudna. Nudna, bo kompletnie obca, interesująca najprawdopodobniej wyłącznie dla pewnej grupy Amerykanów, i dla osób zainteresowanych wojną w Iraku i machinacjami amerykańskich korporacji współpracujących z wojskiem. Mnie te wszystkie dywagacje o zakupie ciężarówek, wycinaniu lasów, o powiązaniach między firmami i produkcji kamizelek kuloodpornych znudziły tak, że kilkakrotnie miałam ochotę odłożyć książkę i powstrzymywała mnie tylko myśl, że wątek psychologiczny, małżeński musi kiedyś pojawić się znowu.

Natomiast jeśli chodzi o to, czym zachwycają się krytycy - odejście od awangardy i konserwatywny styl pisania - to też nie do końca prawda. Mimo, że powieść wydaje się rzeczywiście konserwatywna, nieudziwniona, napisana "po Bożemu", to autor nie unika zmian punktów widzenia, wprowadza do powieści fikcyjne rękopisy i autobiografie autorstwa Patty, sprawnie zmienia dystans, przechodząc od skali mikro do szerokich panoram, przenosi czytelnika w czasie w obszernych retrospekcjach. Może więc nie tyle powieść konserwatywna, ale powieść na tyle konserwatywna, żeby zajmować czytelnika raczej treścią niż formą, a przy tym powieść z przesłaniem, a nawet, być może, z diagnozą i morałem.

Czemu więc, choć czytałam z uwagą i zainteresowaniem, ostatecznie pozostałam obojętna? Może dlatego, że światopoglądowe rozterki bohaterów i zajmujące ich sprawy są albo bardzo amerykańskie, albo dla mnie osobiście mało interesujące. Może dlatego, że nie umiałam "nawiązać kontaktu" z żadną z postaci (mimo tego, co napiszę na dole pod kreską :) ), które wydawały się interesujące ale jednak odległe, ukazane w tak dużym powiększeniu, że zamiast człowieka dostrzegałam zbiór cech i myśli, jak ziarno na zbytnio powiększonej fotografii. A może ze względu na pewien chłód, neutralność opisu. A może po prostu wielka amerykańska powieść okazała się za wielka na moje możliwości.

---

* A ten cytat jest o mnie, od wielu miesięcy nie spotkałam cytatu, z którym mogłabym się tak bardzo, całkowicie utożsamić.

 

wtorek, 01 listopada 2011
Galeria dla dorosłych - Feliks W. Kres

No dobrze, jeśli będę kisić tę notkę w szkicach jeszcze choć przez chwilę, to się zupełnie zepsuje, obrośnie puchatą pleśnią i pajęczynami i zacznie śmierdzieć. Chyba dopadła mnie jakaś rozlazłość jesienna...

---

Przyznam ze wstydem - nie znam powieściowej twórczości Feliksa W. Kresa. Znam tylko kilka opowiadań drukowanych w różnych czasopismach fantastycznych, które kiedyś nałogowo czytałam. Do tego nie przepadam za fantasy - zwykle na pierwszą wzmiankę o muskularnym facecie z mieczem, czarodzieju czy elfie, przechodziła mi ochota na czytanie, Tolkiena nie zmogłam, a Grę o tron obejrzałam tylko w TV, przysypiając sobie od czasu do czasu.

Natomiast od zawsze uwielbiałam felietony Kresa.

Dlaczego?  Ano, dlatego, że nikt przed nim nie podjął się karkołomnego zadania - oceniania twórczości początkujących autorów przed debiutem i pisania o pisaniu.

W Polsce panuje przekonanie, że warsztaty pisarskie czy kursy twórczego pisania to niepotrzebny, amerykański wymysł. Ja się z tym w dużej mierze zgadzam. Ale kilka słów sensownej, nawet czepialskiej krytyki od starszego stażem, doświadczonego kolegi uważam za bezcenne. A ten akurat autor pisze zawodowo od lat, ma pozycję i wyrobioną markę i warto posłuchać, co ma do powiedzenia, nawet jeśli nie będzie to przyjemne :)

Kres potrafi się czepiać, rozkładać nadesłany tekst na czynniki pierwsze i wskazywać oczywiste, szkolne błędy ("W pierwszym rozdzialiku (ile tam jest zdań? dwadzieścia?) imię Andrzej występuje osiem razy, z tego sześć w mianowniku. Rokowania? No nie wiem."). Zarazem, jeśli okaże się, że pomylił się w ocenie - potrafi przeprosić i przyznać się do błędu, potrafi też sam sobie wytknąć błędy.

O ile jednak ocena prac młodych autorów i podstawowe, warsztatowe wskazówki były najważniejszym tematem wczesnych felietonów, to w późniejszych, zebranych w "Galerii dla dorosłych", autor odchodzi od oceniania poszczególnych prac, a zamiast tego udziela ogólniejszych wskazówek. Jak budować światy, jak pisać o wojnie, jak konstruować bohaterów. Nie waha się przy tym sięgać do przykładów z własnej twórczości:

"Nie udały mi się koty (albo udały się za bardzo, co na jedno wychodzi), w zamian wyszły sępy - niemiłe, niepociągające, tak dalece obce, że nikt nie chciał opowieści o sępach. (...) Udały się - no, ale głównie dlatego, że są "potworem niepokazanym". jak wiadomo, potwór w horrorze straszny jet zazwyczaj tylko do momentu, gdy wreszcie zostanie w całej krasie pokazany - potem już tylko śmieszy, żenuje, najczęściej po prostu rozczarowuje." (str. 160-161).

Ale tak naprawdę tym, za co Kresa wielbię i podziwiam, jest absolutnie trzeźwe spojrzenie i dystans - do siebie, do czytelnictwa, rynku literackiego. Kres przebija baloniki z wdziękiem, ironicznie i bez złudzeń:

"otóż kandydaci na pisarzy wyobrażają sobie nie wiadomo co. Czytują działy publicystyczne w pismach branżowych, jeżdżą na konwenty - i zatracają poczucie proporcji. Widzą spierających się pisarzy, publicystów i wydawców, redaktorów z ogniem w oczach, oglądają zdjęcia z hucznych konwentów, na których kłębią się tłumy." (str. 101)

Tu trzeba wziąć poprawkę na to, że Kres pisze o środowisku fantastów, w którym fani, spory, tłumy i konwenty występują też w rzeczywistości a nie tylko w rozbuchanej wyobraźni debiutantów, w odróżnieniu, na przykład, od nieistniejącego realnie środowiska autorek prozy obyczajowej :) Autor podobnie trzeźwo ocenia szanse na sławę a przynajmniej rozpoznawalność:

"(...) to są właśnie odpowiednie spraw proporcje. Najlepszego w kraju autora literatury popularnej powinien znać z nazwiska co piąty przechodzień, "kultowego" zaś Końca, który wszakże nie wychylił nosa z [fantastycznej] sadzawki i ciągle oddycha skrzelami, jakieś dziesięć tysięcy ludzi, więc - w skali kraju - prawie nikt. Takie są tutaj kariery do zrobienia;(...)" (str. 102).

Nie oszczędza też innych zjawisk, pisząc o dostosowywaniu książki do upodobań czytelnika zauważa:

"Na drugim biegunie lokują się nawiedzone świry, piszące książki tylko dla siebie oraz grona równie nawiedzonych krytyków, gotowych okrzyknąć arcydziełem cokolwiek, byle było pokręcone, dęte, niezrozumiałe i nienadające się do lektury." (str. 107).

Jednocześnie konsekwentnie nazywa siebie "rzemieślnikiem" i autorem literatury popularnej, bez pretensji - w tym przypomina Stephena Kinga, na którego zresztą czasem się powołuje. A przy tym dysponuje godną podziwu pewnością: "Mam poczucie, budowane przez ćwierć wieku, że coś NAPRAWDĘ POTRAFIĘ." (str. 341)

Pod koniec, w ostatnim cyklu, felietony ewoluują w stronę ogólnych rozważań "o życiu, wszechświecie i całej reszcie" i ta część podobała mi się najbardziej. Możliwe, że dlatego, że z prawie wszystkim się zgadzam :)  Jest o paleniu, o zdrowym żywieniu, o lekturach, o sztuce i o śmierci papieża - ironicznie, złośliwie, inteligentnie, rozsądnie. Zresztą przekonajcie się sami - miałam tu zamieścić moje ulubione cytaty ale w tym celu musiałabym przepisać pół książki :)

Czytelnik, który liczy na praktyczny poradnik sztuki pisania, krok po kroku - rozczaruje się. Te felietony to raczej gawęda dla ciekawych pisarskiej "kuchni", procesu twórczego, przekonań autora, plus garść przemyconych praktycznych uwag i wskazówek opatrzonych zawsze zastrzeżeniem, że nie są to jedyne właściwe i ostateczne odpowiedzi.

Kiedyś marzyłam o tym, żeby zebrać się na odwagę i wysłać Autorowi jedno ze swoich opowiadań do oceny. Dzisiaj myślę, że każdy, kto pisze albo próbuje pisać, powinien Kresa przeczytać, a jeszcze lepiej - podczytywać i wracać do felietonów od czasu do czasu, dla wskazówek, i dla nabrania dystansu do siebie.

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli