Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
czwartek, 31 grudnia 2009
pół podsumowania
Jak tu podsumować rok na blogu prowadzonym od 5 miesięcy?

Będzie więc tylko pół podsumowania, na całe przyjdzie czas w sierpniu :)

Przez te 5 miesięcy udało mi się przeczytać i zrecenzować 39 książek, plus 2 czy 3 niezrecenzowane, kilka niedokończonych i dwie w czytaniu (ani Jojo Moyes ani Neal Stephenson nie załapią się już na rok 2009, trudno). Szczerze mówiąc, przed rozpoczęciem pisania tego bloga nie miałam pojęcia, że czytam średnio 2 książki tygodniowo, wiedziałam że czytam dużo, ale nie spodziewałam się, że tyle. A może to działa i odwrotnie - pisanie bloga, świadomość że potrzeba tu pewnej regularności, wymusza bardziej intensywne czytanie. Chociaż w zasadzie nigdy nie lubiłam licytacji na cyferki, przecież to żadna sztuka pochłonąć w rok 365 słabych książek i natychmiast je zapomnieć, a ktoś inny w tym czasie przeczyta 10 dobrych i o wiele bardziej rozwinie się intelektualnie.

Parytet zachowałam prawie idealnie, 20 z 39 książek napisały kobiety :) Gorzej z językiem angielskim, tylko 4 czyli 10% przeczytałam w oryginale.

Jak widać po chmurce tagów, jestem czytelnikiem sztampowym do bólu, bo najbardziej rzucające się w oczy hasła to literatura "amerykańska", "obyczajowa" i "psychologiczna". To się pewnie wiele nie zmieni, chociaż dzięki niedawnym zakupom na allegro i Mikołajowi mam nadzieję zacząć Nowy Rok w klimatach afrykańsko-azjatycko-skandynawskich i trochę wyrównać proporcje. Zamierzam też ambitnie wrócić do czytania Niemców po niemiecku, bo trochę mi wstyd, że zupełnie zaniedbałam ten język, koncentrując się na angielskim - a przecież kiedyś byłam dzieckiem dwujęzycznym polsko-niemieckim...

No i chyba tyle, nie ma sensu wyznaczać hitów i kitów roku, bo żaden ze mnie krytyk literacki. Na pewno zostanie mi w pamięci Joyce Carol Oates i "My sister, my love", nawet nie przez fabułę, ale przez pytania, do których zmusza. Oczarował "Hakawati mistrz opowieści", wciągnęła opowieść Thorwalda o pacjentach, a powieści Sarah Waters i Kate Morton wprowadziły w ulubiony, nostalgiczny klimat angielski. 

I w zasadzie chyba jednak powinnam wprowadzić w życie tytułowe powiedzonko, które dotyczyło zdaje się Masłowskiej: "kiedy (ona) pisze, to nie czyta". Bo czytanie dobrych książek, kiedy się pisze jednocześnie coś własnego, jest zabójcze dla samooceny.




wtorek, 29 grudnia 2009
Tsatsiki i Mamuśka - Moni Nilsson


Jakoś tak wyszło, że polecane książki dla dzieci są ostatnio głównie skandynawskie. Co przy "Tsatsikim" zaczęło mnie już męczyć, i chyba zrobimy sobie teraz odpoczynek od politycznie poprawnych i nowoczesnych Szwedów.

Sama książeczka jest całkiem w porządku. Tytułowy Tsatsiki-Tsatsiki Johansson to chłopiec, pierwszoklasista, który swoje imię zawdzięcza temu, że jego mama (zwana Mamuśką) najbardziej na świecie uwielbia sos tsatsiki, a synka uwielbia dwa razy bardziej, stąd podwójne imię. Tsatsiki mieszka tylko z Mamuśką, a jego tata jest greckim poławiaczem ośmiornic.

Mamuśka gra na basie, staje na rękach przebierając palcami u nóg, potrafi i wygrać starcie ze szkolnym łobuzem i ochrzanić dyrektora szkoły, i narysować serce dla ulubionej koleżanki Tsatsikiego. Jest zwariowana i nietypowa, i dumna z tego, że syn nazywa ją mamuśką, choć inne, nudne matki, uważają, że to nie wypada. Mamuśka zmienia chłopaków, ale najważniejszy jest dla niej zawsze synek. Pewnie każde dziecko chciałoby czasem, choć na chwilę, zamienić własną, nudną matkę na taką Mamuśkę, w której więcej z dziecka niż w ośmiolatku. Jednak Mamuśka przysparza synowi też kłopotów - rozstaje się z kolejnymi chłopakami, przyjaźni z nielubianym przez chłopca Borówą, całuje się ze współlokatorem, i tak dalej.

Mamuśka sprawiała mi kłopot, bo bardzo przypominała mi dawną znajomą z forum, którą najpierw bardzo polubiłam, a potem jakoś tak wyszło, że się równie mocno znielubiłyśmy, i przy czytaniu cały czas wciskała mi się na miejsce Mamuśki, przez co Mamuśka od razu była o wiele mniej fajna niż mogłaby być bez tego skojarzenia.

Ale znacznie bardziej mi przeszkadzało to, że odebrałam "Tsatsikiego i Mamuśkę" jako książkę, nazwijmy to roboczo, problemowo-wychowawczą. Są książki dla dzieci, w których jakiś istotny problem czy temat pojawia się nienachalnie, w tle, przy okazji opowiadania ciekawej historii, a są książki, przy których mam wrażenie, że historia służy tylko do obudowania Ważnego Tematu. Jest wychowawczo - przedstawiono różne nietypowe modele rodziny bez wartościowania (Tsatsiki bez taty, Lisa z trzema tatusiami, Morten z ojcem pijakiem), pokazano jak rozwiązywać spory metodą negocjacji i jak radzić sobie ze szkolnymi problemami. Przedstawiono pozytywny wzorzec samotnej matki, pełnej optymizmu i radości życia. Jak dla mnie - za dużo grzybów w barszcz, za dużo Oswajania Z Problemami, politycznej poprawności i gotowych Tematów Do Ważnych Rozmów.

Dzieciom się podobało - pewnie dlatego, że wydarzenia są dość zabawne (choć wybuchy śmiechu pojawiały się znacznie rzadziej niż przy Elli), Tsatsiki jest sympatyczny, Mamuśka na tyle odmienna od innych dorosłych, żeby zaciekawić, a postaci drugoplanowe porządnie zarysowane i charakterystyczne. Ogólnie czyta się to bez bólu i pewnie bardziej ja niż Dzieci czułam się wychowywana przez autorkę.

Na razie jednak odpoczynek od Szwedów, i albo powrót do klasyki (Opowieść Wigilijna czeka w kolejce, chociaż tutaj dopiero moralizatorstwo leje się strumieniami i prawdopodobnie skończy się to wylaniem tu kubła jadu na starego, poczciwego Dickensa) albo porządna dawka zwariowanego humoru bez zadęcia (KrUlewna Śnieżka Butenki).

Tsatsiki zebrał masę bardzo pozytywnych recenzji na innych blogach książkowych i na merlin.pl. Mimo to jakoś nie umiałam się do niego przekonać.
Ocena 7/10
19:50, mdl2
Link
niedziela, 27 grudnia 2009
Hakawati mistrz opowieści - Rabih Alameddine


W kulturze arabskiej hakawati to gawędziarz, ktoś, kto zajmuje się opowiadaniem historii. Dobry hakawati to osobistość ciesząca się wielkim szacunkiem, bo też opowieści odgrywają w kulturze arabskiej bardzo ważną rolę.

Rolę hakawatiego bierze na siebie narrator - Osama al Charrat, którzy powrócił do Bejrutu z emigracji, żeby czuwać w szpitalu przy umierającym ojcu. Na prawie 700 stronach snuje opowieści, które hipnotyzują czytelnika i wprowadzają go w zupełnie inny świat.

Opowieści mieszają się ze sobą, łączą i przenikają się płynnie. Dawna opowieść o Fatimie, kochance dżinna, średniowieczny epos o bohaterskich czynach niewolnika Bajbarsa, który został sułtanem, saga czterech pokoleń rodziny i pomniejsze historie opowiadane przez bohaterów splatają się w mieniący się wszystkimi barwami i nastrojami gobelin zachwycający swoim bogactwem. Drugoplanowi bohaterowie zmieniają się w główne postaci, wątki biegną równolegle żeby po chwili się połączyć, każda osoba dostaje swoją opowieść. Ramą dla tych wszystkich historii jest "tu i teraz" Osamy, przy szpitalnym łóżku, na którym umiera ojciec, w wyniszczonym wojnami Bejrucie.

 Na początku trudno się połapać w przeplatających się historiach przeskakujących od baśni jak z 1001 nocy do rzeczywistości XX/XXI wieku, od dżinnów i demonów, wojowników i wezyrów do historii rodzinnej. Ale wystarczy kilkadziesiąt stron, żeby złapać rytm i dać się ponieść, a wtedy zaczyna się ogarniać całość, ukazują się skomplikowane związki pomiędzy opowieściami. Co najważniejsze, żadna z nich ani przez moment nie nuży.

Świat arabski kojarzy nam się z fanatykami islamskimi i z trwającymi "od zawsze" wojnami, które są dla kogoś z zewnątrz niejasne i trudne do zrozumienia. Autor pokazuje nam zupełnie inną twarz tego świata - miejsce, gdzie współistnieją najróżniejsze kultury i religie, muzułmanie, druzowie, chrześcijanie, misjonarze europejscy, Ormianie, Arabowie, Żydzi. Bejrut jako kosmopolityczne, otwarte na świat miasto, w którym przenikają się kultury, nawet w obrębie poszczególnych rodzin. Jak mówi wuj Osamy: "Podobnie jak wszystkie miasta, Bejrut ma wiele warstw a ja zdążyłem poznać jedną lub dwie. Tamtego dnia, dzięki Alemu i Kamalowi, Bejrut ukazał mi się od strony swoich mieszkańców. Bierzesz różne grupy, rzucasz je na kupę, gotujesz na wolnym ogniu przez tysiąc lat, nieustannie dodając kolejne dziwne plemiona, dusisz jeszcze przez kilka tysięcy lat, przyprawiasz religią, a w końcu otrzymujesz cudowną bałaganiarską potrawkę, która mimo wszystko smakuje wybornie i egzotycznie, bez względu na to, ile razy się nią uraczysz." (str. 437).

Rabihowi Alameddine udało się to, co nie udało się Pamukowi w książce "Nazywam się czerwień" - stworzył autentycznie wciągającą, totalną opowieść o kulturze arabskiej, nie nużąc przy tym jej obcością, a zachwycając. Może to dzięki temu kosmopolitycznemu środowisku Libanu, może dzięki bogactwu inspiracji - od Homera i Owidiusza poprzez Księgi 1001 nocy po baśnie włoskie i Szekspira. "Hakawati" to dla mnie "matka wszystkich opowieści" i z pewnością będę do tej książki wracać, żeby odkryć w niej to, co umknęło przy tym pierwszym czytaniu.

Ocena 10/10
sobota, 26 grudnia 2009
Młotek. Podręczny nieporadnik - Wojciech Widłak, Paweł Pawlak


Ta na pierwszy rzut oka niepozorna książeczka jakoś zniknęła w stosie wigilijnych prezentów, a szkoda, bo z pewnością zasługuje na notkę.

Do czego służy młotek, wiemy wszyscy, a do czego nie służy? Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas podeszli do tego pytania bardzo naukowo, wyjaśniając, z ilustracjami, że młotek nie służy, na przykład, do gotowania wody albo prasowania.

"Nieporadnik" to cudowna perełka absurdalnego humoru, która bawi do łez dzieci i rodziców.
Za ilustracje i oprawę graficzną Paweł Pawlak dostał nominację do nagrody IBBY - i słusznie, bo graficznie książeczka jest rewelacyjna.

Ocena 10/10

piątek, 25 grudnia 2009
stosik świąteczny
A oto i stosidło świąteczne, rodzinne:

Od góry:
1. wiadomo-co czyli Larsson w trzypaku
2. Miś zwany Paddington - dla Córki
3. Snoopy i porady życiowe - dla Syna
4. W. Horwood - Zima pośród wierzb
5. Kenneth Grahame - O czym szumią wierzby
6. Eliza Piotrowska - Warszawa - zwiedzanie i zabawa!
7. Charles Dickens - Opowieść wigilijna
8. Bohdan Butenko - KrUlewna Śnieżka (nr 4-8 dla Syna)
9, 10. - Kir Bułyczow - Wielki Guslar i Wielki Guslar wita obcych - dla M.
11. Matki Polki lęki, jęki i Potwory
12. Oczarowanie - życie Audrey Hepburn
13. G. Perec - Życie - instrukcja obsługi
14. Terry Pratchett - Świat finansjery (chyba dla M.)
15. Maria Krueger - Karolcia/Witaj Karolciu (dla Córki)

Oprócz tego jeszcze wiele innych, bo Mikołaj w tym roku był bardzo książkowy, jak nigdy, i każda z 12 osób przy wigilijnym stole znalazła pod choinką coś do poczytania.

A mnie najbardziej (oprócz wymarzonych) cieszy książkowe wydanie bloga Matkkipolki, na który lubię zaglądać od dawna. Bo to taki pozytywny akcent na Święta - książka "sąsiadki z bloxa" :)

Tylko niestety Mikołaj zapomniał przynieść mi ten miesiąc wolnego, żebym mogła to wszystko przeczytać.
Tagi: stosik
21:30, mdl2
Link Komentarze (2) »
Mikołaj!
Mikołaj w tym roku buszował głownie w księgarniach.

Fotka ogólnorodzinnego stosiku (a raczej stosidła) pojawi się wkrótce - pewnie jutro, kiedy już zakończymy objadanie się, wizytowanie i podziwianie prezentów...

...ale już dziś...

...pochwalę się...

...bo nie wytrzymam do jutra...

...Mikołaj przyniósł mi...

...CZYTNIK!

Mikołaj został zainspirowany tym wpisem u Kasi.eire i przyniósł nowinkę na polskim rynku - czytnik eClicto .

I, zupełnie wbrew mojemu wizerunkowi zagorzałej konserwatystki i wroga nowinek technicznych, od rana bawię się moim prezentem i nie mogę się nim nacieszyć :-)

Jedno na minus - zasób darmowych ebooków dołączonych gratis do czytnika nie powala - chyba że ktoś wielbi dzieła zebrane Żeromskiego albo ma ochotę na wszystkich "Henryków" Szekspira w oryginale ;-) Na szczęście w księgarni eClicto wypatrzyłam już sporo ciekawych pozycji w bardzo zachęcających cenach (np. cała twórczość Grażyny Plebanek, trochę Krajewskiego, Piaskowa Góra itp.)

wtorek, 22 grudnia 2009
Ella i przyjaciele (tom I) - Timo Parvela
Ellę poleciła nam moja siostra cioteczna, matka dwóch dziewczynek w wieku 4 i 7 lat. Kiedy nadeszła paczka z Ellą w środku, Dzieci miały akurat grypę i trzeba było czymś zająć czas - a książeczka okazała się strzałem w 10.

Recenzent w "Przekroju" nazwał Ellę jednym z nieudanych klonów Mikołajka i zarzucił bohaterom bezdenną głupotę. To był jedyny raz, kiedy miałam ochotę zrobić z moim ulubionym tygodnikiem to, co kot Konstanty robi z moimi gazetami o robótkach*.

Ella naśladuje Mikołajka, i owszem, i specjalnie tego nie ukrywa. Nawet ilustracja na okładce jest wzorowana na kultowych ilustracjach Jeana-Jacquesa Sempe. Ale to nic nie szkodzi, przecież pomysł jest stary jak świat - grupka dzieci z pierwszej klasy, bardzo charakterystyczne postaci, ciamajdowaty nauczyciel, i mnóstwo zabawnych przygód.

Te przygody są zupełnie zwyczajne - na basenie, w teatrze, w restauracji podczas wycieczki klasowej. Pierwszaki - Ella, Pate, Hanna, i kilkoro innych - śledzą szantażystę, który podobno szantażuje pana, zakłócają przedstawienie w teatrze, i tak dalej.

Tym, co zachwyciło i Dzieci, i mnie, jest tu humor. Dla dzieci są gagi sytuacyjne, powiedzonka, przekręcanki w stylu "głuchy telefon". Dla dorosłych jest humor, który uwielbiam - taki nie wprost, w niedopowiedzeniach, ścichapęk. Na przykład: "Pomachaliśmy szkole i torbie pana, która została na zewnątrz." (s. 88). " "A potem pan też skoczył do wody i uratował Tuukkę, Patego, Tinę i Heidi, którzy jednak nie umieli jeszcze pływać." (s. 11). I tak dalej. Dlatego czytanie "Elli" przerywały nam wybuchy śmiechu, a śmiech to jak wiadomo, najlepsze lekarstwo nie tylko na grypę.

Jedno rozczarowanie - w naszym egzemplarzu kilka stron ostatniego rozdziału okazało się puste. Dlatego nie wiemy jak skończyła się wycieczka klasowa. Ale dowiemy się tego, kiedy już Merlin wymieni nam egzemplarz na pełnowartościowy.
---
* Kot Konstanty szczególną niechęcią darzy gazety typu: Sandra, Diana, Swetry itp. Jeśli zastanie taką gazetę na Swojej Kanapie, nie spocznie dopóki nie podrze jej na naprawdę małe strzępki.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
tagi
Nareszcie się pojawiły. Wg mnie są o wiele wygodniejsze niż kategorie.

Poszłam za ciosem i otagowałam wszystko, co się dało. Co z tego wyniknie - zobaczymy.

Tylko, żeby nie były takie brzydkie niebieskie...
piątek, 18 grudnia 2009
Camilla Lackberg - Księżniczka z lodu


Drugie podejście do szwedzkiego kryminału. Pierwszym był "Zmierzch" Theorina, który mnie zauroczył - słynną szwedzką surowością.

"Księżniczka z lodu" to babski kryminał, trochę jak skrzyżowanie romansu z kryminałem.

W nadmorskim miasteczku Fjallbacka jeden z mieszkańców znajduje zwłoki Alexandry Wijkner, młodej kobiety, która odwiedza rodzinną miejscowość w weekendy. Początkowo wydaje się, że Alex popełniła samobójstwo. Rodzice zmarłej proszą jej dawną przyjaciółkę, Erikę, o napisanie wspomnienia dla gazety. W ten sposób Erika zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, podczas którego okaże się, że pozornie idealne życie Alex kryło w sobie ciemne strony. Równolegle nawiązuje się wątek romansowy pomiędzy pisarką a jednym z policjantów, którego zna od dzieciństwa.

Jest tu wszystko, czego potrzeba, tajemnica sprzed lat, wpływowa rodzina, która chętnie tuszuje własne grzechy, mylenie tropów i układanka, z której powoli wyłania się pełen obraz. Rozwiązanie mnie zaskoczyło, co jest dużym plusem. Zabrakło mi trochę tego słynnego skandynawskiego klimatu, surowej przyrody, pustkowi i zimna.

Trochę mi przeszkadzał ten wątek romansowo-kobiecy. Autorka otwarcie cytuje Bridget Jones, a ja marzę o bohaterce, która by się dla odmiany nie odchudzała i nie zastanawiała co pięć minut, w co się ubrać. Płytkie to i niespecjalnie potrzebne.

Podobał mi się poboczny, bardzo realistyczny i pozbawiony sentymentów, wątek przemocy domowej - chociaż zabrakło mu wyraźnego rozstrzygnięcia na końcu. Podobnie jak kwestii domu rodziców Eriki. Jakby autorka trochę o tym zapomniała.

Ogólnie książka wciągająca, szybko się czyta, ale pewnie równie szybko się zapomni. Jak to kryminał, dlatego jednak nie jestem i po tej ksiąźce nie zostanę wielbicielką tego gatunku. Niektórzy recenzenci piszą, że w porównaniu z "Millenium" wypada blado, pozostaje więc czekać na Mikołaja, który podobno niesie w worku "Millenium" :)

Ocena 7/10
środa, 16 grudnia 2009
Marina - Carlos Ruiz Zafon


Bałam się tej "Mariny".

Dlaczego? Ano dlatego, że "Gra Anioła" bardzo mnie rozczarowała, wydała mi się niedopracowana, chaotyczna, złożona z kilku niedociągniętych do końca, wydumanych pomysłów i kiepsko, na siłę zakończona.

"Marina" jest, o dziwo, lepsza. Może dlatego, że to powieść dla młodzieży - czysta akcja, jedna zagadka, jedna tajemnica, prawie żadnej tandetnej metafizyki.

A tak poza tym, to znasz jedną - znasz wszystkie. W "Marinie" Zafon ogrywa po raz kolejny (a chronologicznie chyba po raz pierwszy) stały motyw Barcelony - miasta tajemnic: opuszczone domy, mroczne zaułki, posiadłości popadające w ruinę, tunele, kolejka linowa. Wiadomo, że żaden bohater nie będzie mieszkał w bloku, zawsze w rozpadającej się kamienicy, zrujnowanym pałacyku, ew. opuszczonym teatrze. Tzw. "klimat" występuje tu w nadmiarze, co jest dobrą wiadomością dla jego wielbicieli. Mnie zauroczenie "klimatem" już nieco przeszło, ale jeszcze wytrzymuję.

Historia jest prosta: Oscar Drai, uczeń szkoły z internatem, przypadkowo trafia do zrujnowanego domostwa, zamieszkanego przez starego malarza i jego córkę Marinę. Zaprzyjaźnia się z Mariną. Wspólnie śledzą tajemniczą kobietę w czerni odwiedzającą stary cmentarz, i przy okazji wpadają na trop mrocznej historii miłości, zbrodni i obsesji nieśmiertelności, trwającej od wielu lat.

Konstrukcja też jest prosta - trochę jak opowieść szkatułkowa: młodzi ludzie trafiają na kolejnych uczestników dawnych wydarzeń, którzy opowiadają im swoje historie. Każda kolejna opowieść dorzuca brakujący kawałek do układanki, a wszystko rozstrzyga się w finale jak z filmu akcji.
Dodatkowo jest motyw młodzieńczej miłości, i smutna tajemnica Mariny i jej ojca.
Trochę może za dużo krwi i innego "obrzydlistwa" jak na książkę dla młodzieży, więc mój Syn będzie musiał zaczekać z czytaniem ładnych parę lat.

Całkiem przyjemnie i szybko się to czyta, książka jest za krótka, żeby zdenerwować jak "Gra Anioła", przez cały czas coś się dzieje, a tajemnicza historia z przeszłości nawet intryguje.

Co mnie raziło - dopiero przy tej książce zorientowałam się, że niby jest to książka "o Barcelonie" ale tylko "niby". Przy całym "klimacie" o mieście nie dowiedziałam się praktycznie niczego poza nazwami dzielnic i ulic. Barcelona jest ostatnio najbardziej oklepanym literacko miastem świata, nie zliczę książek z Barceloną w tytule albo w treści. Nie tak dawno czytałam jedną z nich - "Miasto poza czasem". Pomimo, że była wtórna i banalna, i w końcu jej nie doczytałam, to jedno miała dopracowane na 100% - elementy topografii i historii Barcelony. Tutaj tego nie ma, bohaterowie idą gdzieś, trafiają dokądś, ale niewiele się o tych miejscach dowiadujemy. Tyle że były opuszczone, albo zrujnowane. Nie pamiętam już, czy tak samo było w poprzednich dwóch książkach Zafona [dodatek precyzujący: "poprzednich dwóch, które ukazały się po polsku", bo wyszedł mi skrót myślowy sugerujący że Marina jest chronologicznie ostatnia, a nie jest].

I druga rzecz - zawsze rażą mnie imiona i nazwiska słowiańskie wymyślane przez pisarzy z Zachodu Europy/USA. Michal Kolvenik i Ewa Irinova brzmią mi jakoś sztucznie.

Napisałabym, że raziła mnie przewidywalność i łatwe do rozwiązania tajemnice - ale podczas czytania stale powtarzałam sobie, że to książka dla młodzieży :) A dla dorosłych - na jeden wieczór, dla zabicia czasu, czemu nie.

Ocena 6/10



 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli