Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
piątek, 31 grudnia 2010
podsumowanie

Przeczytane: 64

w tym: polskich 14 (tylko tyle??)

napisanych przez kobiety: 31 (parytet już prawie spełniony)

w dowolnym obcym języku: 0 (ZERO dokończonych, kilka napoczętych i porzuconych, i to nie jest dobra wiadomość...)

najlepsze: na pewno "Piaskowa Góra" i "Chmurdalia" Joanny Bator, "Południca" Julii Franck i niezrecenzowany tu (i nieujęty w statystykach) Wasilij Grossman "Życie i los"

najgorsze: zdecydowanie i bez wątpienia "Proroctwo sióstr" Michelle Zink, czyli nauczka, że gotyckie powieści dla młodzieży są dla młodzieży, a dorośli zrobią najlepiej, omijając je szerokim łukiem

najbardziej przereklamowane: "Samotność liczb pierwszych" Paolo Giordano i "Arlington Park" Rachel Cusk

rozczarowanie roku albo Najgorsze Książki Dobrych Autorów: "Lód i woda, woda i lód" Majgull Axelsson i "Na południe od Broad" Pata Conroya, czyli książki wyczekane, wymarzone, które nie spełniły oczekiwań

najgrubsze: "Peanatema" Neala Stephensona, "Upadek gigantów" Kena Folletta i "Pod kopułą" Stephena Kinga

odkrycie roku: książki wydawnictwa Czarne w taniej książce

wniosek roku: nie lubię kryminałów

i to by było mniej więcej na tyle...

środa, 29 grudnia 2010
algorytm czytania czyli poświąteczna zapchajdziura

- Zaburzę ci algorytm ubierania - zaśmiał się znajomy, podając mi płaszcz kiedy szykowaliśmy się do wyjścia z kawiarni. I rzeczywiście, cały proces (płaszcz z wieszaka, zapiąć, owinąć się szalikiem w ściśle określony sposób, czapka...) został zaburzony, stałam jak kołek z płaszczem wiszącym na jednym ramieniu, trzymając w ręku dwumetrowy szalik, który ciągnął się po podłodze. W zasadzie jako osoba z lekka autystyczna, mam program na każdą czynność, a jego zaburzenie skutkuje albo niewykonaniem albo złością.

A czy mam jakiś algorytm czytania? Na przykład, raz ciężkie, raz lekkie, dwie powieści potem jedna medyczna, podróżnicze w autobusie, powieścidła na wykładach, grube w łóżku, cienkie w szatni a polscy autorzy raz w miesiącu?

Nie mam. Jestem beznadziejnie chaotyczna, albo, jak kto woli, artystycznie nieuporządkowana.

Mam takie książki, które są Grube i Ważne i czekają na specjalny moment, na wymarzoną Chwilę Spokoju, kiedy będę mogła się nimi podelektować. Na przykład: Mesjasze, Lód, Życie - instrukcja obsługi, cała seria biografii kupionych na promocji w Merlinie, niedawno kupiony Wiek Cudów. One sobie spokojnie czekają na półce, i najprawdopodobniej kiedyś się doczekają - na emeryturze, a może kiedyś wyląduję w szpitalu, ostatecznym wyjściem jest zawsze zabranie ich na wakacje.

Mam książki dopiero co kupione, które jakoś rozpychają się w kolejce, wskakują przed wszystkie inne i domagają się poświęcenia im całego czasu, jaki mam. Tak było, na przykład, z Follettem, z nowym Irvingiem, ze Służącymi. Muszę je przeczytać od razu i już, nie ma dyskusji.

Mam książki kupione jakiś czas temu, pozaczynane albo przejrzane, na które nie mam chwilowo nastroju, albo są za grube, za cienkie, za trudne, za nudne, żeby brać się za nie od razu.

Kiedy wybieram z półki to magiczne "coś do czytania", snuję się niezdecydowanie, biorę do ręki jeden tom, kolejny, odkładam, wracam, zaczynam, odkładam... Nokturny? Nieee, ponury Japończyk w taki paskudny dzień? Jenny Erpenbeck? Eee, musiałabym się skupiać na języku, a jestem zmęczona. Może Mała Ikar? Hmmm. Jeszcze tylko tu zajrzę. O, a to co? Ja to mam? Myślałam, że tylko chciałam kupić. Super!

Czasem trafiam na książkę, którą kupiłam albo pożyczyłam i koniecznie chciałam przeczytać, jak tylko skończę to czy tamto, i... zapomniałam. Odłożona na półkę, zniknęła pod innymi, i nagle wpada w ręce, zwykle w odpowiedniej chwili.

Moje czytanie podąża szlakami, które mnie samą zaskakują. Krzyżują się chęci i niechęci, wzajemne inspiracje, wpływy wcześniejszych lektur, i nagle okazuje się, że czytam już trzecią z rzędu książkę podróżniczą, albo coś, co było w bibliografii tłumaczonej przeze mnie książki, albo coś, co stało na półce obok książki, po którą właściwie poszłam do Empiku, ale ostatecznie zapowiadało się ciekawiej.

Kiedy natomiast mam coś przeczytać, bo muszę albo dlatego, że ktoś mi pożyczył i muszę oddać, albo bo komuś obiecałam - to mi się od razu nie chce, odkładam, nudzę się, znajduję zastępcze zajęcia. Nie nadaję się do żadnych wyzwań ani klubów, bo projekt w rodzaju "w tym miesiącu czytamy książki z kolorami w tytule" mógłby mnie porwać tylko wtedy, gdybym sama przypadkiem go wymyśliła i dopóki nie byłabym świadoma jego istnienia, narzucony choćby przez najukochańszych znajomych natychmiast by mnie znudził i zmęczył, na tej samej zasadzie, na jakiej pisanie książki "na umowę" i "na termin" natychmiast zmienia się z przyjemności w nużące chałturzenie.

Nie mam algorytmu czytania, dlatego mam sajgon na półkach, groch z kapustą w linkach na tym blogu i w efekcie, zamiast czytać świąteczne prezenty, na przykład spędzam poświąteczną Dziurę czytając koszmarnego polskiego gniota o życiu w prowincjonalnym szpitalu (recenzja wkrótce).

A Wy?

niedziela, 26 grudnia 2010
Córka polarnika - Kari Herbert



Kiedy zima daje się we znaki, nie ma nic lepszego, niż przenieść się wyobraźnią w jeszcze bardziej mroźne i zaśnieżone rejony, żeby pocieszyć się, że nie mamy jeszcze tak najgorzej.

Tytułowy polarnik to sir Wally Herbert, brytyjski podróżnik, który wsławił się m.in. tym, że w 1968-69 r., podczas Brytyjskiej Wyprawy Transarktycznej pokonał pieszo trasę od Alaski po norweski archipelag Svalbard, a po drodze jako pierwszy człowiek na Ziemi bezspornie postawił stopę na Biegunie Północnym.

Podróżnik w latach 70 XXw. spędził dwa lata na Wyspie Herberta u północno-zachodnich wybrzeży Grenlandii, w jednej z najdalej wysuniętych na północ ludzkich osad, wraz ze swoją żoną i 10-miesięczną wówczas Kari.

"Córka polarnika" to relacja z powrotu dorosłej już Kari w miejsce, gdzie spędziła najwcześniejsze dzieciństwo. Autorka opisuje dwa powroty na Grenlandię, latem i zimą. W relacje ze spotkań z dawnymi towarzyszami zabaw i "przybranym rodzeństwem" wplata mnóstwo interesujących spostrzeżeń na temat dawnej i obecnej kultury ludu Inughuitów, zwanych dawniej Eskimosami polarnymi.

Zmiany wymuszone kontaktami z cywilizacją europejsko-amerykańską (amerykańska baza w Thule, duńskie rządy, narzucony system prawny i oświatowy, dostawy towarów itp.) wywarły olbrzymi wpływ na życie tej niewielkiej, łowieckiej społeczności w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat.

"W Qaanaak panowało poczucie niepewności, a fundamentalne zmiany w społeczeństwie następowały tak szybko, że cały region zdawał się pogrążony w chaosie. Ewolucja od prostego, "prymitywnego" życia do nowoczesności zajęła tu zaledwie sto lat, podczas gdy Europa na dojście do obecnego stanu potrzebowała kilkunastu stuleci. Inughuici czują się mocno skonfundowani tym kulturowym szokiem." (s. 274)

Rzeczywiście, opisany świat stanowi przedziwną mieszankę cywilizacji europejskiej i dawnych zwyczajów. Nowoczesne, prefabrykowane domy zamieszkują myśliwi, polujący w tradycyjny sposób na narwale, morsy i niedźwiedzie, chronieni prawem zapewniającym im możliwość kultywowania dawnego sposobu życia. Latem mieszkańcy duńskich domków spędzają czas na letnich obozach, gdzie w prymitywnych warunkach uczą się sztuki polowania, posilając się na zmianę tłuszczem wielorybim albo obiadami z puszki. Telewizory sąsiadują z ubraniami z foczych skór, a obok wypraw łowieckich odbywają się hałaśliwe, mocno zakrapiane alkoholem dyskoteki. Zresztą, jak większość społeczności, które przeżyły gwałtowny kontakt z białym człowiekiem, także i Inughuici mają ogromny problem z alkoholem.

Otrzymujemy fascynujący opis świata w stanie zmiany i chaosu, w którym sama autorka z trudem odnajduje pozostałości miejsca, gdzie się wychowała. Dowiadujemy się także o problemach, które mają wpływ na życie nawet w najdalszych rejonach planety - jak katastrofa nuklearna podczas zimnej wojny, przesiedlenia dokonane siłą przez duński rząd czy globalne ocieplenie, które topi lód, uniemożliwiając myśliwym prowadzenie polowań na dawną skalę.

Przy lekturze trudno uciec od podstawowych pytań o postęp i cywilizację. Z jednej strony dawne życie Inughuitów wydaje się przerażająco wręcz prymitywne i trudne na granicy ludzkiej wytrzymałości. Opisy ćwiartowania zwłok wieloryba czy jedzenia surowego mięsa i tłuszczu są dla nas (dla mnie) obrzydliwe nie do zniesienia. Polarni myśliwi pokazani są jednak jako łowcy zarówno ekologiczni (wykorzystują każdy możliwy kawałek upolowanego zwierzęcia) jak i ekonomiczni (zabijają tylko na swoje potrzeby).  Z kolei "dobrodziejstwa" zachodniej cywilizacji wcale nie są tak jednoznacznie dobre, choć z pewnością zapewniają Inughuitom nieznane wcześniej wygody. Pokazane są starania rządu duńskiego i grenlandzkiego, żeby dopasować system prawny czy edukacyjny do specyfiki tamtejszego życia i tradycji.

Przy okazji autorka nie ucieka od własnych emocji - w sposób niezwykle otwarty i uczuciowy opisuje spotkania z przyjaciółmi z dzieciństwa, swoje wzruszenia i rozczarowania wywołane powrotem do "domu".

To książka bardziej reportażowa, socjologiczna czy etnologiczna, niż czysto podróżnicza, ale niezwykle ciekawa. Choć przyznam, że pomysł zamieszkania w myśliwskiej chacie na Grenlandii z niemowlakiem umieszczam nie w kategorii "przygody" a "niebezpiecznego szaleństwa".

sobota, 25 grudnia 2010
świąteczne łupy

W tym roku pod choinką znaleźliśmy taki oto stos

Od dołu:

1-5 seria "Psychologia. Kluczowe koncepcje" pod red. Zimbardo - dla mnie. "Życzę ci, żebyś to kiedykolwiek przeczytała" - stwierdziła Siostra, ja też sobie tego życzę :)

6. "Jerzy i tajny klucz do Wszechświata" - Lucy i Stephen Hawking - dla Syna, który przechodzi fazę zainteresowania Kosmosem.

7. Emily Giffin - "Siedem lat później" - prezent gwiazdkowy dla mnie od Wydawnictwa Otwartego, dziękuję!

8. "Jaśki" - dla Dzieci spragnionych nowych lektur do poduszki.

9. "Praktyczny nieporadnik: rękawiczka" - dla Syna, który docenia i lubi absurdalny humor tej serii.

10. "Cryptonomicon" - Neal Stephenson - z mojego listu do św. Mikołaja. Mikołaj wszedł mi na ambicję i przyniósł prezent po angielsku. Stephenson w oryginale jest sporym wyzwaniem, ale będę dzielnie próbować.

11. "The happy isles of Oceania" - Paul Theroux - ta książka co prawda nie znalazła się pod choinką, ale zamówiłam ją sobie sama w prezencie gwiazdkowym i już nawet podczytywałam.

Zabrakło na zdjęciu "Gałgankowego skarbu" - dla Córki, książeczkę kupiłam z sentymentu do własnego, zaczytanego w strzępy wydania, które zaginęło gdzieś przy jakiejś kolejnej przeprowadzce.

Nie zmieścił się też zestaw książek kucharskich, które dostałam chyba w nadziei że wreszcie nauczę się gotować :) Należę do tych osób, które uwielbiają czytać książki kucharskie i wzdychać: ach jakie to musi być pyszne... gdyby tylko ktoś mi to ugotował...

Mąż tym razem został obdarowany audiowizualnie - zestaw płyt kabaretu Potem, "Flight of the Conchords" i muzyka z serialu Glee, dla mnie - "Flash Forward przebłysk jutra" na DVD.

W tle zdjęcia kompletnie ciemna i niewidoczna choinka, chyba za rok Mikołaj powinien przynieść jakiś podręcznik fotografowania dla głąbów :)

piątek, 24 grudnia 2010
święta
W ostatniej chwili i w biegu, życzę Wam wszystkim tu zaglądającym spokojnych, dobrych i zdrowych Świąt!

I wielu wspaniałych lektur na ten leniwy zimowy czas, i wysokich, opasłych, bogatych stosików książkowych pod choinkami :-)


niedziela, 19 grudnia 2010
Upadek gigantów - Ken Follett
Ken Follett najwyraźniej postanowił sobie, że każda następna jego powieść będzie grubsza od poprzedniej, a na pewno nie cieńsza niż 1000 stron. Niestety ilość nie przeszła w jakość.

Zasadniczo lubię grube i bardzo grube książki, ale przydałoby się, żeby po zainwestowaniu 50 złotych, dwóch tygodni i 10 cm miejsca na półce, coś mi jeszcze po takiej książce zostało oprócz wrażenia "zabitego" czasu.

"Upadek gigantów" to pierwsza część planowanej trylogii "Stulecie", która ma w zamierzeniu opisywać losy ludzi i świata na przestrzeni XX wieku. Zamiar bardzo ambitny. Część pierwsza obejmuje okres tuż przed wybuchem I wojny światowej i samą wojnę, opisaną z punktu widzenia pięciu rodzin: walijskich górników, brytyjskiej arystokracji, niemieckich i amerykańskich dyplomatów, dwóch braci z Rosji.
Szeroki plan i skala opisywanych wydarzeń na pierwszy rzut oka imponują rozmachem, a przekrój społeczny i geograficzny bohaterów sugeruje wielość punktów widzenia. Ale nie spodziewajcie się zapowiadanej na skrzydełku obwoluty "pełnej napięcia, nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg i przygód opowieści". Napięcia i zwrotów akcji ze świecą szukać.

Plusem książki są szczegółowo przedstawione polityczno-dyplomatyczne kulisy wybuchu I wojny, rewolucji październikowej, a wreszcie zawarcia pokoju i podpisania traktatu wersalskiego. W tle walka kobiet w Wielkiej Brytanii o prawa wyborcze i początki Partii Pracy. Follett miesza postacie fikcyjne z autentycznymi politykami - przez książkę przewija się prezydent Wilson, Lloyd George, Churchill, a nawet Lenin i Trocki.

Niestety, czytałam z pewnego rodzaju obciążeniem. Otóż latem przeczytałam, pozornie dość podobną, słynną powieść Wasilija Grossmana "Życie i los". Pozornie podobną - bo i objętość, i skala wydarzeń, i obecność na kartach powieści najważniejszych przywódców epoki, i sceneria wojenna sprawiają, że porównania narzucają się same. Niestety na tym tle "Upadek gigantów" wypada bardzo blado. O ile u Grossmana czuło się rozmach, epicki oddech, a losy jednostek zarazem odzwierciedlały uniwersalne prawdy i ściskały za gardło, to u Folletta warstwa ludzka, społeczno-obyczajowa jest mizerna, a epikę widać tylko w nieustannych przeskokach z francuskich okopów do Petersburga i Londynu. Papierowi, jednowymiarowi i przewidywalni bohaterowie spędzają większość czasu na dysputach o polityce i dyplomacji. Dodatkowo sprawiają wrażenie, jakby dysponowali obecną wiedzą na temat polityki światowej - ale to nie nowość, już w "Filarach ziemi" autor przyzwyczaił nas do bohaterów historycznych o XXI-wiecznej mentalności. Z dramatycznych sytuacji wychodzą zawsze obronną ręką, a trudne życiowe dylematy rozwiązują niemal mimochodem, zanim czytelnik zdąży się w nie zaangażować. Nie sposób znaleźć tu postaci, z którą możnaby się utożsamić, współczuć jej, wzruszyć czy przejąć jej losem - każda wydaje się tylko ilustrować pewien "typ" społeczny - dzielny walijski górnik, dobry Niemiec, arystokratka-sufrażystka, robotnik-rewolucjonista - i odpowiedni zestaw poglądów. Nawet sceny bitew opisane są jakoś bez przekonania, choć chyba najciekawsze.

Follett ma wciąż jeszcze sprawne pióro, "Upadek..." czyta się więc gładko, bez wysiłku, z przyjemnym przekonaniem, że nikt z ważnych bohaterów nie zginie, z lekkim znudzeniem przy kolejnej relacji z parlamentu czy wiecu, bez większego zaangażowania. Można sobie zająć kilka(naście) nudnych zimowych wieczorów, odstawić na półkę i później latami odkurzać, zastanawiając się, po co w zasadzie wydaliśmy te pięćdziesiąt złotych. Ja nie będę czekać w napięciu na kolejny tom, a Wy przeczytajcie i zdecydujcie sami.
sobota, 18 grudnia 2010
Służące - Kathryn Stockett

Właściwie nie wiem, co jeszcze mogłabym o "Służących" napisać po doskonałej recenzji Padmy , więc tylko garść refleksji.

Po pierwsze, nie dotknęłabym tej książki długim kijem, gdyby nie wspomniana wyżej recenzja. "Służące" powinni pokazywać na jakichś wykładach pod tytułem "jak popsuć książkę okładką". Nie wiem, jak Wy, ja na widok tej okładki miałam w głowie wielki świecący, majtkowoniebieski neon z napisem "uwaga, babskie czytadło!" i mimo licznych pozytywnych opinii znajomych obchodziłam ją szerokim łukiem.

Na szczęście, kiedy już przezwyciężyłam uprzedzenia, okazało się, że pod ohydną okładką kryje się kawał dobrej powieści.

Zawsze, kiedy czytam o segregacji rasowej w USA, mam poczucie takiego bezradnego niezrozumienia: jak to możliwe, że w zamożnym, bezpiecznym kraju traktowano ogromną grupę obywateli jako ludzi drugiej kategorii? Że tylu ludzi uważało za słuszne i właściwe, że czarnym nie wolno wejść do baru, toalety, sklepu dla białych, że czarni pełnią z definicji role podrzędne, usługowe, wykonują najcięższą, najbrudniejszą pracę - a kiedy tylko próbowali wyłamać się z tej roli, byli przemocą sprowadzani "na miejsce"? Powieść obfituje w takie historie - chłopiec ciężko pobity za wejście do nieoznaczonej toalety dla białych, działacz na rzecz praw czarnych zastrzelony pod własnym domem na oczach rodziny, białe dzieciaki szydzące z czarnych pikietujących bar w domu towarowym. I ta wrodzona, wpajana od maleńkości pogarda dla czarnych służących, które były obecne w każdym domu.

To książka o wykluczonych, które odważyły się przekroczyć ustalone granice. Nie tylko o czarnych. Skeeter, która planuje napisać książkę o czarnych służących, jest wykluczona z grona przyjaciółek ze względu na brak urody, męża, i dlatego, że myśli samodzielnie, nie poddając się panującemu dyktatowi. Celia, jedna z "białych pań", wykluczona z powodu swojego pochodzenia z tzw. "białej hołoty", z powodu nieprzestrzegania konwenansów towarzysko-ubraniowych i dlatego, że wyszła za byłego chłopaka najbardziej wpływowej kobiety w miasteczku. Charakterystyczne, że tylko te napiętnowane przez wpływową białą społeczność odważyły się wychylić poza jej obręb i dostrzec w czarnych pomocach domowych coś więcej niż "gadający mop"* - inną istotę ludzką o podobnych pragnieniach i potrzebach.

Powiedziałabym też, że to książka o sile kobiet - ale wcale nie tylko o oklepanej "sile sióstr", solidarności. Wręcz przeciwnie, także o złym obliczu tej siły, o kobietach, które potrafią niszczyć i karać dotkliwiej niż uzbrojeni mężczyźni, przy pomocy plotki, oskarżenia, ostracyzmu. To też mnie zadziwiało, ale to chyba cecha charakterystyczna amerykańskiej, wspólnotowej kultury - jak dalece jakaś liga kobiet czy kółko brydżowe kilku paniuś może trząść całym miastem i ferować wyroki.

Padma napisała już, że ważnym wątkiem jest tu siła sprawcza literatury, to, że książka może zmienić świat. Dla mnie ciekawe było jeszcze funkcjonowanie rynku wydawniczego, to, że Skeeter musi dotrzymać pewnych terminów, żeby książka wstrzeliła się w odpowiedni moment. Zwykle denerwują mnie okropnie w amerykańskich książkach postacie, które pragną zostać pisarzami. Zawsze mam wrażenie, że chcą tego tylko po to, żeby stukać w maszynę i nosić sztruksowe marynarki z łatami na łokciach, że "bycie pisarzem" to cel jak modny gadżet, mający dać postaci pozory głębi intelektualnej. Skeeter jest inna, u niej to pragnienie jest dobrze umotywowane, ma misję, nie jest jakąś tam pseudointelektualistką z pretensjami do "wyrażania siebie".

No i wreszcie język. Podobno w USA wzbudzał kontrowersje. Mnie się polskie tłumaczenie podoba. Czarne służące mówią tak, jak nasza dawna warszawska niania, stylizacja nie jest nachalna, akurat w sam raz, żeby zaznaczyć. Tylko jedna pretensja do tłumacza/wydawcy. Skoro powieść Skeeter nosi tytuł "HELP" (pomoc domowa) i w treści jest on przetłumaczony jako "POMOC", to dlaczego tytuł THE HELP" to w polskim wydaniu "SŁUŻĄCE"? Zabrakło mi konsekwencji...

Na pewno warto przeczytać, bo "Służące" to ciekawa i bardzo ważna opowieść.

---

* a to określenie z artykułu o ukraińskich sprzątaczkach z ostatniego nr jednego z tygodników. Każdy, kto zatrudnia panią z Ukrainy, powinien przeczytać "Służące" i ten artykuł.

sobota, 11 grudnia 2010
Błękitne przestrzenie. Śladami kapitana Cooka - Tony Horwitz

Zwykle unikam literatury podróżniczej, blondynek w dżungli i tak dalej, ale robię wyjątki dla wielkich odkrywców i wypraw polarnych.

Jest coś niesłychanie fascynującego w ludzkiej pasji odkrywania, która popychała dawnych podróżników w wątłych stateczkach do podróży w nieznane i zapełniania białych plam na mapach.

Tony Horwitz, amerykański reporter, korespondent wojenny, postanowił wybrać się szlakiem jednego z najważniejszych odkrywców - kapitana Jamesa Cooka, który w latach 1769-1779 trzykrotnie wyruszał na Pacyfik w poszukiwaniu mitycznego południowego kontynentu i jak się okazało równie niedosiężnego Przejścia Północno-Zachodniego.

Autor podzielił podróż na etapy, starając się odwiedzić wszystkie miejsca związane z Cookiem i jak najlepiej przybliżyć sobie, a później czytelnikom, tego fascynującego człowieka. Mamy tu więc relację z krótkiej wyprawy na replice okrętu "Endeavour", która pokazuje nam, w jak spartańskich warunkach żyli XVIII-wieczni marynarze, jak i z rozmaitych miejsc na Pacyfiku odwiedzonych przez kapitana podczas prawie dziewięciu lat na morzu. Po drodze zatrzymuje się w Anglii, gdzie odwiedza miejsca związane z podróżnikiem. W podróży towarzyszy reporterowi Roger - przyjaciel o charakterystycznym, ironicznym stosunku do świata, a w ostatniej wyprawie, do miejsca śmierci kapitana, także pewien Anglik, zajmujący się badaniem spuścizny Cooka.

Relacje z podróży mieszają się z fragmentami dzienników Cooka i innych pasażerów/członków załogi okrętów. Trudno powiedzieć, które są ciekawsze - z jednej strony fascynujące jest poznawanie kapitana, człowieka z gminu, który własną pracą i uporem osiągnął swoją pozycję, człowieka upartego, trzeźwo patrzącego na świat, surowego dowódcy i przenikliwego badacza. Z drugiej strony awanturnicza, opisana bez patosu, za to z dużą dozą humoru podróż współczesna wciąga jak najlepsza powieść. Częściowo dzięki temu, że autor przedstawia miejsca mało znane (kto bez spoglądania na globus wie, gdzie jest Niue, królestwo Tonga czy Aleuty?), częściowo dlatego, że Horwitz z dużym dystansem opisuje rzeczywistość. Przy okazji rozważa następstwa kolonizacji: odnotowuje zanik lokalnych kultur i negatywne wpływy cywilizacji Zachodu ale też nie potępia bezkrytycznie odkrywców w duchu politycznej poprawności, a czasem nawet wytyka władzom fałszowanie pamięci historycznej.

Nie zgodziłabym się ze stwierdzeniem z okładki, że to "najzabawniejsza" książka podróżnicza ostatnich lat, ale humor, dystans, ironiczne a czasami złośliwe komentarze Rogera z pewnością dodają jej smaczku.

A ja już mam ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o Polinezji i Pacyfiku, i może jeszcze czegoś o kapitanie Cooku.

piątek, 10 grudnia 2010
Nuda - Alberto Moravia

Zanim umrę na katar, spróbuję nadgonić zaległe recenzje - zobaczymy, ile się uda.

Z premedytacją nie przeczytałam przedmowy. Bo po zapoznaniu się z przedmową Mądrego Krytyka zawsze mam wrażenie że przecież nie dopowiem już nic ciekawego do wstępu, zawierającego Wszystko co Ważne. Możliwe więc, że coś pomijam, spłycam albo odbiegam od właściwej interpretacji.

Tak na marginesie - przedmowa dodaje książce powagi. Książka opatrzona wstępem musi być godna uwagi, nikt przecież nie pisze wstępów do szmir (oprócz podrzędnych amerykańskich autorów, którzy w takim wstępie koniecznie dziękują mamie, babci i pani od angielskiego, choć z poziomu książki zwykle potem wynika, że nie mają za co).

Właściwie nie wiem, jak do tej książki zachęcić, choć wbrew tytułowi podobała mi się bardzo, czyta się doskonale i zostawia po sobie to "coś", na czym mi najbardziej zależy.

Bo pozornie to jest prosty romans jako pretekst do trzystu stron psychologicznej introspekcji, męskiego marudzenia, do streszczenia w trzech zdaniach. Trzydziestopięcioletni Dino, w geście buntu wobec bogatej, nieczułej matki mieszka w ubogiej pracowni, zajmując się malarstwem. Mimo to, nadal jest od matki uzależniony finansowo, co ona bez skrupułów wykorzystuje do kontrolowania syna. Pewnego dnia Dina dopada niemoc twórcza, nieco później poznaje atrakcyjną nastolatkę, z którą nawiązuje romans.

Tyle jeśli chodzi o tzw. akcję. Większość dzieje się w głowie bohatera. Dina od dzieciństwa dręczy tytułowa nuda, definiowana przez niego jako brak poczucia więzi z rzeczywistością. Stale rozpaczliwie poszukuje sposobów na nawiązanie tej więzi, na dostrzeżenie realności otaczających go ludzi i przedmiotów. Niestety ani malarstwo, ani romans oparty głownie na seksie, nie zapewniają mu tego, czego pragnie. (Tu powinnam użyć zwrotu w rodzaju "studium alienacji" albo "kryzys egzystencjalny", ale na szczęście nie jestem krytykiem i nie muszę).

Cecylia, przypadkowo poznana nastolatka, jest doskonałym uosobieniem tej nudy. Obojętna na wszystko, niemal na granicy upośledzenia umysłowego i doskonale amoralna, kieruje się w życiu tylko żądzą własnej przyjemności. W pewnym momencie, doprowadzona do ostateczności nieustannymi przesłuchaniami ze strony kochanka, pyta:

"Czy to moja wina, że lubię być z wami oboma? Każdy z was daje mi coś innego". (s.211)

(i aż się ciśnie na usta: o ileż świat byłby prostszy, gdybyśmy wszyscy mogli po prostu tak żyć...)

"Posiadanie" Cecylii stanie się obsesją Dina, a jedynym sposobem na zatrzymanie jej choć na moment będzie seks - pozbawiony czułości, rutynowy, mechaniczny choć zapewniający przyjemność fizyczną. "Kto inny w obliczu coraz większej niewystarczalności stosunku fizycznego szukałby innego wyjaśnienia tego pragnienia, które rosło tym bardziej, im częściej było zaspokajane. Ja jednak podążałem już drogą, o której wiedziałem, że jest błędna i zgubna, dlatego upierałem się, aby szukać w fizycznym posiadaniu, o którym wiedziałem, że jest złudne, owego prawdziwego posiadania, którego tak rozpaczliwie potrzebowałem." (s. 192) Paradoksalnie, to groźba utraty Cecylii i jej konsekwencje pozwolą malarzowi nawiązać kontakt z realnością świata. "W rzeczywistości, jak nagle zrozumiałem niemal z uczuciem zdumienia, ostatecznie zrezygnowałem z Cecylii; i co dziwne, właśnie dzięki temu Cecylia zaczęła dla mnie istnieć." (s. 285)

Kontrast między zblazowanym artystą z bogatego domu, a prostą dziewczyną poszukującą w życiu tylko przyjemności tworzy napięcie, uczucie ewoluuje od zaciekawienia przez fascynację po zaborczość i obsesyjną zazdrość. Tak naprawdę to romans, opowieść o "gonieniu króliczka", którego nie sposób złapać, historia o tym, że zawsze najbardziej pragniemy tych rzeczy i ludzi, którzy są najbardziej niedostępni, i o tym, że seks nie zawsze jest równoznaczny z największą bliskością i posiadaniem kogoś na własność.

Można też oczywiście czytać pod kątem "społecznym", jako krytykę hedonistycznego stylu życia znudzonych bogaczy, ale tu konkluzja wydała mi się rozpaczliwie banalna - nie da się kupić za pieniądze miłości, ani synowskiej, ani uczucia kobiety. Pieniądze pełnią tu rolę wabika, narzędzia szantażu i zniewolenia bohatera, tak całkowicie zależnego od swojej zamożnej matki. Za to w kontekście ostatnich doniesień socjologów i dziennikarzy o nowym pokoleniu włoskich trzydziestolatków pozostających na utrzymaniu rodziców z braku perspektyw na samodzielne życie - powieść jest przerażająco aktualna. Mnie jednak zawsze najbardziej interesują relacje między ludźmi, psychika i motywacje bohaterów.

Podczas czytania przyszło mi do głowy, że najlepsze powieści psychologiczne napisano właśnie 40-50 lat temu. Dzisiejszy czytelnik (i dzisiejszy autor) chyba nie ma już cierpliwości potrzebnej do śledzenia i opisywania tych wszystkich niuansów uczuciowych, powolnej ewolucji bohaterów, rozmyślań. Ale czasami warto cofnąć się w czasie.

piątek, 03 grudnia 2010
Dziewczyny z Portofino - Grażyna Plebanek

 

Musiałam to w końcu przeczytać, po kilku kolejnych uwagach, że moja Druga jest (zależnie od życzliwości wypowiadających się) plagiatem, podobna, żywcem zerżnięta, zainspirowana i tak dalej. Przeczytałam i wiem, że nie jest, chyba że ktoś sądzi po samej powierzchni (4 dziewczyny dorastające w PRL-u), mogę sobie dalej żyć spokojnie i dla porządku opisać wrażenia z lektury.

Agnieszka Graff napisała na okładce "historia dziewczyn z mojego podwórka". Cóż, to nie moje podwórko i nie moje czasy, bohaterki dorastały jeszcze w głębokim PRL-u. Tego typu książki na granicy między fikcją a wspomnieniem są szalenie pokoleniowe, wystarczy rozziew kilku lat, żeby przestały być "moje" dla czytelnika, żeby już nie odnalazł w nich znajomych klimatów.

Atmosfera blokowiska lat 70-80 jest mi zupełnie obca, dlatego nie udało mi się tu jakoś z nikim utożsamić, głębiej wzruszyć ani znaleźć swoich miejsc. Czytałam "z zewnątrz" i bez większych emocji.

Cztery dziewczyny - Agnieszka, Beata, Hanka i Mania dorastają w bloku na warszawskich Stegnach. Szkoła, mniej i bardziej szkodliwi rodzice, pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze prace, dylematy związane z wyborem drogi życiowej. Poznajemy dziewczyny kiedy sprowadzają się na osiedle, w wieku 6-7 lat, książka kończy się gdy mają ponad 20, świeżo po upadku komunizmu. W tle panorama przemian - kariery bazarkowe, partyjni i opozycyjni działacze, problemy rodzin sprowadzających się do wielkiego miasta. I obraz Warszawy, co bardzo lubię w książkach, żałowałam trochę, że tak skromny i że tej Warszawy pozaosiedlowej tak niewiele.

Jest i tajemnica, ukrywana przez ojca jednej z dziewczyn, a potem przez nie wszystkie, do chwili, kiedy wyda się pod wpływem pewnych wydarzeń.

Jak zawsze u Plebanek, najbardziej podobały mi się obserwacje życiowo-obyczajowe, z bazaru, z zakładu fryzjerskiego, z samego życia. To też w książkach bardzo lubię. Z drugiej strony, gdybym miała się czepiać, bohaterki wydały mi się nieco zbyt podobne - oko narratora płynnie przechodzi z jednej na drugą i czasem trudno się zorientować, że mowa już o kimś innym niż chwilę wcześniej. Podobał mi się zamiar stworzenia czwórki "silnych kobiet", które mimo trudnych chwil nie stają się wrogami, ale... czasami miałam wrażenie, że może trochę zbyt gładko przechodzą nad nierównościami życia, a dramaty są ledwie zasygnalizowane. Ale może tak właśnie miało być.

Myślę że to lektura obowiązkowa dla czytelniczek pokoleniowych, roczników pewnie późnych 60, które mogą odnaleźć tam siebie i swój świat. Dla innych już chyba niekoniecznie.

 

 

Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli