Motto na 2013: Chcę czytać tylko książki lepsze od tych, które sama umiem napisać.
sobota, 31 grudnia 2011
podsumowanie roku 2011

Nadszedł czas podsumowań, tych bardziej i mniej optymistycznych. Podsumowanie roku 2011 w życiu mam tylko jedno - dobrze że się kończy. To był rok rozstań, nieprzyjemności, kłótni, marazmu, depresji, chorób i ponurych diagnoz, pustego portfela, ileż można!

Przynajmniej czytelniczo wypadł dość dobrze. Przeczytałam w tym roku więcej dobrych książek niż w poprzednich latach - a to dlatego, że przestałam sięgać po książki złe, płytkie, jednorazowe, nicniewnoszące. Co nie znaczy, że nie było przykrych niespodzianek, ale niespodzianki pojawiały się niechcący a nie dlatego, że znowu chciałam coś tam sobie sprawdzić i znowu rezultat był taki sam jak wcześniej.

Przeczytanych w sumie 65, wychodzi na to, że to taka moja roczna średnia i pewnie tak zostanie. W sam raz, biorąc pod uwagę, że czytam sporo opasłych powieści (King, Morton, Steinbeck).

W tym polskich autorów 7. Chciałam rozpaczać: jak to, tylko siedem?? ale może lepiej szczerze przyznam, że z coraz większą obawą sięgam po książki koleżanek (a tych coraz więcej). Z obawą przed kneblem, jaki zakłada znajomość, przed tym, że będę czytać i recenzować nieobiektywnie, przed tym, że recenzję dobrą bardzo łatwo wziąć za naturalny wykwit towarzystwa wzajemnej adoracji, a złą - za zawistne kopanie dołków. Efekt jest taki, że ze znajomych czytam tylko pewniaki, a poza tym tylko autorów nieznajomych - a tych coraz mniej. Mimo to wszystkie przeczytane w 2011 książki autorów polskich, z jednym jedynym wyjątkiem, były dobre i bardzo dobre.

W tym napisanych przez kobiety - 25. W tym roku parytetu nie będzie, w tym roku zaatakowali dobrzy i bardzo dobrzy autorzy płci męskiej, trudno.

W tym nie-powieści aż 11. Tu się zdziwiłam bardzo, bo nie przypuszczałam, że aż tyle. Oczywiście sporo w ten czy inny sposób dotyczy medycyny, ale okazuje się, że przekonałam się też do reportaży i literatury podróżniczej. Biografie nadal mnie nudzą, niestety, dowodem biografia Freuda i Opowieść o Darwinie rzucone w kąt w połowie (albo po prostu Irving Stone jest okropnym nudziarzem, taka ewentualność też istnieje).

W tym po angielsku 11 (nareszcie!), po niemiecku znowu niestety 0, jedna napoczęta ale to się nie liczy... Postanawiam uroczyście przeczytać cokolwiek po niemiecku... ple, ple, i tak nie dotrzymuję postanowień. W końcu kiedyś to zrobię, na razie patrzę na nie i upajam się tym cudownym poczuciem winy, w końcu cóż wart Sylwester bez poczucia, że znowu coś się nie udało.

Książki najlepsze - Steinbeck "Na wschód od Edenu", potem długo, bardzo długo nic, potem "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", "Przestrzeń za szkłem", "Mapa i terytorium", Stasiland, "Bornholm, Bornholm", reportaż z Korei Płn autorstwa Barbary Demick, wyspy Pacyfiku widziane oczyma Paula Theroux... W tym roku wybór jest trudny.

Książki najgorsze - bezsprzecznie "Niewidzialny" Mari Jungstedt, i to tylko po części wynika z mojej niechęci do kryminałów, "Reanimacja" Danuty Mikołajewskiej, obie zasługują na Złotego Gniota 2011.

Odkrycie roku - zdecydowanie autorzy środkowoeuropejscy, Bauerdick, Jergović, Schlattner, a czemu odkrycie? Do niedawna Europa Środkowa kojarzyła mi się z pisarstwem w stylu Jelinek i Mueller, trudnym, dziwnym, nieprzystępnym, a okazało się, że w naszej części świata powstają opasłe, magiczne, wciągające i mądre zarazem powieści, dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.

I chyba starczy tego wymądrzania się, z podsumowania wynika w zasadzie tylko tyle, ile już wiemy, to znaczy że młoda pisarka najchętniej czyta grube, nowe, zagraniczne powieści "o ludziach" i głośno reklamowane reportaże pisane dla intelektualnej klasy średniej ;-) I tak już pewnie zostanie na kolejne lata.

Na nowy rok postanawiam nie postanawiać, jeśli uda się przeczytać cokolwiek po niemiecku, to dobrze, jeśli nadal będę czytać jedną książkę tygodniowo to też dobrze, jeśli nie to "drugie dobrze". Na nowy rok życzę Wam, żeby już przyszedł ten 2012 i żeby był inny od starszego brata (bo że gorszy nie będzie, to pewne, już chyba tylko ten koniec świata mógłby to sprawić...). I do zobaczenia w przyszłym roku.

 

 

środa, 28 grudnia 2011
Na wschód od Edenu - John Steinbeck

Zupełnie przypadkowo zrobiłam sobie święta ze Steinbeckiem. Niby miałam już na razie nie kupować książek po Londynie (wszyscy znamy te zapewnienia i obietnice, prawda?), ale zobaczyłam nowe wydanie w Empiku i uświadomiłam sobie ze zgrozą, że nigdy tej książki nie czytałam. A podobno jestem filologiem angielskim i większość kanonu anglojęzycznego wtłoczono mi w gardło na studiach...

Wsiąkłam już na etapie dedykacji, która jest prawdopodobnie najwspanialszą dedykacją, jaką kiedykolwiek napisano, a potem dałam się porwać fali i spędziłam trzy świąteczne przedpołudnia i wieczory w specjalnie, świątecznie zaaranżowanym kąciku, który mój Syn nazwał "podchoinkową czytelnią". (a teraz okupuje ją Synek z kolejnymi tomami sagi "Zwiadowcy", które przyniosł mu Mikołaj)

Ponieważ powieść należy do tych, o których pisze się raczej prace doktorskie niż notki na blogu, nie będę się tu ośmieszać streszczaniem, że opowiada o losach farmera Adama Traska i jego dwóch synów o biblijnych imionach Aron i Kaleb, wychowanych bez matki w żyznej kalifornijskiej dolinie Salinas.

O tym oczywiście opowiada, tak jak i o chińskim służącym - filozofie Li, jak i o irlandzkiej rodzinie miejscowego marzyciela i filozofa Sama Hamiltona, o pozbawionej wszelkich ludzkich uczuć matce chłopców, Cathy i o podszytej nienawiścią, biblijnej rywalizacji braci o względy ojca, przechodzącej z pokolenia na pokolenie. A historia jest opowiedziana tak, że nie sposób się oderwać.

Ale... jest więcej. Dużo, dużo więcej. I czytając, nie mogłam się opędzić od smutnej i może nadto patetycznej albo egzaltowanej refleksji. Strasznie skarleliśmy i skarlała nam literatura przez te 60 lat, jakie upłynęły od pierwszego wydania powieści. Uderzył mnie taki fragment:

"Mamy tylko jedną historię. Wszystkie powieści, cała poezja zbudowane są na nie kończącym się zmaganiu dobra ze złem w nas samych. I przychodzi mi na myśl, że zło musi się ustawicznie lęgnąć na nowo, podczas gdy dobro i cnota są nieśmiertelne. Występek ma wciąż nową, świeżą i młodą twarz, natomiast cnota jest czcigodna jak żadna inna rzecz na świecie." (str. 586)

Można spokojnie i bez przesady powiedzieć, że o tym właśnie jest ta książka: jest przypowieścią o zmaganiu się dobra ze złem, o kondycji człowieka i, chyba przede wszystkim, o wolnej woli, która czyni nas ludźmi.

Ostatnią książką, jaką sobie przypominam, która traktowała o sprawach podobnie ważnych, było "Życie i los" - też napisana kilkadziesiąt lat temu. Czy dzisiaj ktokolwiek na poważnie podejmuje próby zmagania się z takimi tematami? Bez ironii, mrugania okiem do czytelnika, ostatecznie dostarczania mu łatwych wymówek, podobnych do tych, jakich w książce poszukuje Kaleb? Czy pisarze dzisiaj przyznają sobie prawo do głębokich rozważań o kondycji człowieka, czy nawet ci najlepsi muszą zawsze uciec w ironię albo poprzestać na jednostkowych, pozbawionych ogólnej refleksji historyjkach? A może to my, czytelnicy, skarleliśmy, i nie jesteśmy już zdolni do czytania autorów "filozofujących" w świecie, w którym koncentracji uwagi wystarcza nam akurat na tyle, żeby przełknąć uproszczone lekkostrawne wywody  i "walki dobra ze złem" uosobionym w postaciach rozmaitych groźno-zabawnych stworków z fantastycznej literatury młodzieżowej?

Czytając Steinbecka miałam, nieodczuwane od wielu lat, poczucie obcowania z wielką, ważną literaturą ujętą zarazem w ciekawą formę. Nawiązując do niedawnej dyskusji o Noblu - według mnie takie właśnie książki, tacy autorzy powinni tę nagrodę dostawać zawsze. Jest to bez żadnych wątpliwości najlepsza, najważniejsza książka, jaką przeczytałam w 2011 roku, i, ostatecznie, cieszę się, że przeczytałam ją teraz, nie na studiach, kiedy byłam prawdopodobnie za głupia, żeby zrozumieć z niej cokolwiek poza fabułą.

wtorek, 27 grudnia 2011
4w1 czyli książki, które przemknęły

Przyznam się do czegoś - mam lekką obsesję na punkcie danych i statystyk (co jest nieco dziwne, zważywszy na to, że nieudany egzamin ze statystyki wygnał mnie z pierwszych studiów i że to dzięki statystyce zostałam anglistką, czyli humanistką z gatunku: lepiej czyta niż liczy).

Zbliża się koniec roku, a tu dane nieuzupełnione, niekompletne - tak być nie może, jak mam podsumować rok na blogu, skoro mam gdzieś tam zapisane cztery przeczytane a niezrecenzowane książki?

Książki niezrecenzowane pojawiają się z kilku powodów. Do tej grupy trafiają książki "za dobre", do których podchodzę "z pewną taką nieśmiałością" i obawą, że napiszę coś nie dość mądrego.

Druga grupa to książki, o których nie wiadomo, co napisać, bo ani je pochwalić, ani skrytykować, a dwa dni po przeczytaniu zostaje tylko jakieś ulotne wrażenie, jakiś "klimat".

I wreszcie te, które przeczytalam, wiedziałam mniej więcej, co chcę o nich napisać, ale Nie Chciało Mi Się Zabrać Do Pisania. Grupa, niestety, najliczniejsza.

Postanowiłam więc pójść na skróty i napisać choć kilka zdań o każdej z tegorocznych ważnych nieobecnych, dla spokoju sumienia, i po to, żeby za 2-3 dni móc je spokojnie dopisać do statystyki 2011 r.

1. Per Petterson - Na Syberię

Petterson jak zawsze w roli skandynawskiego, melancholijnego marudy. Rodzeństwo dorastające przed wojną w ubogim, zimnym duńskim domu. Oboje marzą o podróżach - ona na Syberię, on - do Maroka. Po wybuchu wojny jego marzenie się spełni, ale za cenę życia, ona dotrze tylko do Norwegii, skąd wróci do domu pokonana. Opowiada ona, z perspektywy wielu lat. Dzieciństwo w sugestywnych, melancholijnych obrazach, minimum słów, maksimum "klimatu". Pięknie zarysowana więź między bratem i siostrą w zimnym świecie. I... chyba niewiele więcej. Dla wielbicieli smętnych ludzi snujących się na zimnym wietrze.

 

 

2. Eginald Schlattner - Fortepian we mgle

Trzecia w tym roku doskonała powieść środkowoeuropejska. Historia dorastania Clemensa, młodego chłopca z rodziny rumuńskich Sasów na tle przemian w powojennej Rumunii. Nowy ustrój, degradacja społeczna, próby radzenia sobie w nowym porządku świata, pierwsze miłości, i wreszcie wysiedlenia, tak, że na końcu jedynym, co zostaje po wspaniałej, starej wielokulturowej społeczności, jest tytułowy fortepian wyrzucony z pociągu wiozącego przesiedleńców. Wspaniale, barwnie napisana, wielka opowieść ze szczyptą nieuchwytnej środkowoeuropejskiej "magii". Przeczytana na wakacjach jakoś umknęła w powyjazdowym szale recenzyjnym a szkoda :)

 

 

 

3. Esi Edugyan - Half Blood Blues

Z Bookerowego stosiku od Siostry :) Historia czarnych muzykow z zespołu jazzowego w Berlinie i Paryżu ogarniętym wojenną zawieruchą. Wszyscy wiemy, co w czasie wojny działo się z Żydami i Cyganami, a czarnoskórzy? Po aresztowaniu w Paryżu najmłodszego i najbardziej utalentowanego członka zespołu, Hieronymusa Falka, pozostali muzycy żyją w przeświadczeniu, że został stracony w obozie. Czy na pewno? Po latach pojawiają się nowe, zaskakujące informacje, a dawni członkowie zespołu wyruszają do Europy na poszukiwania śladów Falka. Przy okazji muszą wyjaśnić, dlaczego został aresztowany i czy któryś z nich jest temu winny? Ogromną zaletą książki jest język, większość dialogów i narracji prowadzona jest w slangu - słabiej czytający po angielsku powinni raczej zaczekać na polski przekład.

 

4. Tomasz Rożek - Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi

Prawicowy dziennikarz kontra współczesna nauka - 0:1. Miała być książka przedstawiająca "zwykłym ludziom" najważniejsze zagadnienia współczesnej nauki w przystępny sposób, w formie wywiadów z wybitnymi naukowcami. Wyszło coś więcej - zabawny pojedynek między paranoją a rozsądkiem popartym wiedzą. Dziennikarz zadaje pytania, z których co chwila przebija lęk przed "manipulacją" i "możliwym zagrożeniem", a uznani polscy naukowcy - zajmujący się między innymi cybernetyką, Internetem, badaniem mózgu itp. - udzielają spokojnych, wyważonych odpowiedzi, rozwiewając większość wydumanych obaw w naprawdę przystępny sposób. Pięknie wydana, bogato ilustrowana, czytanie jest przyjemnością intelektualną i estetyczną.

 

poniedziałek, 26 grudnia 2011
The Slap - Christos Tsiolkas

Święta na szczęście mają się ku końcowi, czas się zabrać za zaległe recenzje.

"The Slap" (polski tytuł "Klaps", planowane wydanie polskie na początku 2012 r.) zgarnęłam w Londynie ze stolika opatrzonego napisem "Best paperbacks 2011". To wielogłosowa opowieść o współczesnych Australijczykach.

Hector i Aisha (on - potomek greckich imigrantów, ona - Hinduska, on - urzędnik, ona - weterynarz) robią grilla dla rodziny i znajomych. Na imprezie w podmiejskim domku pojawia się kilkanaście osób - rodzice, kuzyni z dziećmi, znajomi z pracy, nastolatki i dziadkowie. Starsi jedzą i piją, dzieci biegają, dokazują, grają w gry. Tylko jedno z dzieci, rozpuszczony czteroletni jedynak Hugo nieustannie psuje zabawę, przeszkadza starszym, usiłuje płaczem i pogróżkami postawić na swoim. Kiedy Hugo rzuca się do ataku na starszego kolegę, jednemu z dorosłych wreszcie puszczają nerwy i wymierza malcowi siarczystego klapsa. To drobne wydarzenie uruchamia lawinę reakcji i konsekwencji, prowadzących aż na salę sądową (w XXI wieku w Australii wymierzenie kary cielesnej cudzemu dziecku może zostać potraktowane jak przestępstwo) i odsłania skomplikowane relacje łączące ze sobą wszystkich bohaterów.

Każda część książki to historia innej osoby z grona uczestników imprezy. Hector i jego żona Aisha - pozornie udane małżeństwo czterdziestolatków. Harry, kuzyn Hectora (to on ukarał małego Hugona), zamożny przedsiębiorca, właściciel sieci warsztatów samochodowych. Rosie i Gary, rodzice ukaranego chłopca, on - niespełniony artysta, alkoholik, ona - dawna królowa plaż, teraz całkowicie poświęcająca się roli matki, bo nic innego jej nie pozostało. Anouk, singielka, scenarzystka, w związku z połowę młodszym od siebie aktorem serialowym. Connie, licealistka, pracownica przychodni weterynaryjnej i Richie, jej kolega ze szkoły, oboje tuż przed egzaminami na studia. I reprezentanci najstarszego pokolenia, Manolis i Koula, rodzice Hectora, imigranci z Grecji przywiązani do dawnych, patriarchalnych wartości. W tle przewija się jeszcze Aborygen nawrócony na islam wraz z żoną i dostajemy przekrój australijskiej klasy średniej. Niektórzy bohaterowie będą musieli opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu i wybrać między lojalnością wobec rodziny a więzią łączącą ich z przyjaciółmi, wszyscy przyglądają się swojemu życiu i analizują je, podczas gdy sprawa klapsa toczy się i jak kula śniegowa nabiera rozpędu.

Uderza zestawienie i pomieszanie różnych postaw, kultur, tradycji. Z jednej strony grecki patriarchat, nakaz bezwzględnej lojalności w stosunku do rodziny, z drugiej - rozpasanie najmłodszych, którzy nie potrafią spędzić tygodnia bez imprezy z alkoholem i narkotykami. Szokuje też luz - gdyby to była amerykańska powieść, połowa bohaterów spotykałaby się na mityngach AA, a druga siedziała za posiadanie narkotyków, tutaj alkohol i marihuana (a w przypadku młodzieży także ecstasy i inne, twardsze narkotyki) pokazane są po prostu jako wszechobecna część kultury imprezowania.

A z drugiej strony obyczajowy, prorodzinny konserwatyzm, najlepiej oczywiście widoczny w rodzinie greckiej. Część poświęcona Aishy zdenerwowała mnie najbardziej, po niej odłożyłam książkę na kilka dni, bo Aisha ze swoją swiadomą, wypracowaną postawą dobrej żony i matki, Aisha, która wbrew sobie zmusza się do tolerowania wyskoków męża i "dla dobra rodziny" godzi się z kuzynostwem, wiedząc, jak brutalnie kuzyn traktuje żonę, Aisha, która świadomie wyrzeka się romansu, żeby niańczyć rozhisteryzowanego męża w kryzysie wieku średniego, mimo, że mąż ma wiele na sumieniu, wydała mi się (jako jedyna) sztucznie pozytywna, papierowo idealna, jak przeniesione na papier marzenie każdego faceta o żonie - podnóżku.

Ciekawe są tu zresztą żony i matki w średnim wieku - jedna stłamszona, bita, druga z kolei pozornie wyzwolona, pracująca, spełniona, a jednak pozostająca w niewoli konserwatyzmu, i trzecia, Rosie, matka Hugona, dla której macierzyństwo stało się ostatnią deską ratunku w nieudanym życiu. Rosie w całości poświęca się tej roli, bo nie widzi dla siebie nic innego - niepracująca żona pijaka, z resztkami dawnej urody i dawnego zadowolenia, po przebytej depresji, wegetująca na granicy biedy, kurczowo trzyma się tej jedynej roli, w której się może sprawdzić. Nadopiekuńcza, buduje ze swoim synem niesłychanie mocną, fizyczną więź, tak, że w końcu już nie do końca wiadomo, kto tu kogo osłania i ratuje... w efekcie rodzi się czteroletni potwór.

To sztuka tak napisać książkę, żeby czytelnik znienawidził czterolatka i jego śliczną, dobrą i nieszczęśliwą mamusię i życzył im wszystkiego najgorszego. To sztuka tak stworzyć bohatera, żeby czytelnikowi w ogóle chciało się go nie lubić. Ale tak właśnie ta książka jest napisana, nie sposób nie opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu, a potem, w miarę czytania i dowiadywania się coraz więcej, trzeba ewoluować i zmieniać zdanie. Bohaterowie są na tyle wyraziści, że łatwo ich polubić albo poczuć do nich niechęć, a przy okazji można poznać kawałek współczesnej Australii.

Ciekawe jest też czytanie australijskiej książki po angielsku - bo to troszkę inny angielski, dużo tu typowo australijskich zwrotów i określeń.

 

 

sobota, 24 grudnia 2011
Życzenia

Już są. Jak co roku, Święta czaiły się gdzieś na horyzoncie, długo, długo, udawały, że wcale ich tam nie ma, i że jeszcze tyle czasu, aż wreszcie wyskoczyły zza rogu, zaśpiewały "Last Christmas" - i są.

Jak zwykle nie zdążyłam z recenzjami, notkami, komentarzami, bo czas przedświąteczny zawsze jakoś się skraca, i nagle budzimy się w wigilijny poranek.

Więc tylko życzę Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, żeby te Święta były dla Was czasem odpoczynku i radości! Żeby były takie, jak sobie wymarzyliście. I wielu ciekawych, mądrych książek do czytania w fotelu pod choinką!

 

środa, 21 grudnia 2011
Zabawa - Mój dzień w książkach

Nowa zabawa blogowa :) Bezpośrednio od Dabarai, a pomysł pochodzi (chyba) od Lirael

Zdania należy uzupełnić tytułami książek przeczytanych i zrecenzowanych w tym roku

a więc...



Zaczęłam dzień w Przestrzeni za szkłem

W drodze do pracy zobaczyłam Podmorską wyspę

i przeszłam obok Zakazanych wrót

aby uniknąć Kobiety bez twarzy,

ale oczywiście zatrzymałam się przy Galerii dla dorosłych.

W biurze szef powiedział: Światu nie mamy czego zazdrościć

i zlecił mi zbadanie, Jak Matka Boska trafiła na księżyc

W czasie obiadu z Homerem i Langleyem

zauważyłam  Ostatni kabriolet

pod Tygrysimi Wzgórzami

Potem wróciłam do swojego biurkaKoniec świata w obrazkach!

Następnie w drodze do domu, kupiłam Tort weselny

ponieważ mam Trzynaście powodów

Przygotowując się do snu wzięłam Tajny dziennik

i uczyłam się Co widziały wrony

zanim powiedziałam "Dobranoc" Niewidzialnemu

a dzisiaj się chwalę

Chwalę się - bo wczoraj odebrałam z poczty paczkę z egzemplarzami autorskimi przetłumaczonych przeze mnie książek.

Nie jest to, co prawda, literatura piękna, ale porządne, namacalne świadectwo kilkunastu miesięcy ciężkiej ale i bardzo satysfakcjonującej pracy. Pracy, którą lubię, chociaż czasem niemiłosiernie na nią narzekam :) i pracy, którą mogłabym wykonywać do końca życia... gdyby tylko gwarantowała mi stałe, przewidywalne dochody.

A oto i owoce tej pracy:

Nie są doskonałe - ale gdybyście czuli naglący przymus napisania, że są nudne i kiepskie bo fatalnie przetłumaczone, to proszę napiszcie to komuś innemu, nie tutaj :)

wtorek, 20 grudnia 2011
Światu nie mamy czego zazdrościć - Barbara Demick

Recenzja czekała, czekała, aż się doczekała - z racji wczorajszej śmierci koreańskiego przywódcy temat pewnie będzie się cieszył jeszcze większym zainteresowaniem.

Wszyscy już pewnie przeczytali doskonałą recenzję Padmy . Najwyraźniej znowu wstrzeliłam się w jakiś trend czytelniczy, a po takiej recenzji już trudno cokolwiek mądrego od siebie napisać. Spróbuję - najwyżej będę powtarzać.

Atrakcyjność Korei Północnej jako tematu wynika chyba z efektu niedostępności. Trudno się tam dostać, a jeszcze trudniej ominąć oficjalny, wyreżyserowany przez władzę propagandowy obraz dla turystów. Dlatego każdy niezafałszowany przekaz cieszy się takim powodzeniem.

Z Koreą Północną jest też ten problem, że osoby, które ten kraj opisują, popadają w dwie skrajności. Albo z patosem katują czytelnika opisami umierających z głodu ludzi, albo traktują kraj jako coś w rodzaju parku tematycznego dla zachodnich turystów. Albo martyrologia zamordyzmu i głodu, albo komiczny skansen z wszechobecnym Kim Ir Senem/Kim Dzongilem (a teraz pewnie jego następcą) w roli wstrętnej maskotki, gdzie uprzywilejowani turyści mogą "dziwić się światu" do woli.

Tej autorce na szczęście udało się uniknąć obydwu skrajności. Wybrała kilka osób, które na przełomie wieków uciekły do Korei Południowej i opisała ich losy, niejako przy okazji opisując życie w ostatnim bastionie komunizmu na przestrzeni ostatnich 20-30 lat.

Jest tu opisane życie zwyczajnych ludzi: studentów, pani domu, nauczycielki, lekarki, "dziecka ulicy". Są ludzie, którzy podobnie jak my dwadzieścia kilka lat temu, próbują żyć normalnie, zdobyć coś do jedzenia, ubrania, obejrzeć zachodnią telewizję. Zakochani, matki, uczniowie, na tle upadającego powoli ale wciąż niezdolnego rozpaść się doszczętnie reżimu.

Nie lubię książek planowo "wstrząsających", których jedynym celem jest epatowanie cierpieniem, dlatego omijam szerokim łukiem wszelkie chwalone i czytane reportaże z Rwandy, Czeczenii itp., nie czytam o Holokauście - bo nie lubię tego stwarzanego na siłę przymusu przejmowania się i współczucia, obowiązku przyjęcia śmiertelnie poważnej miny i rozmawiania przyciszonym głosem o opisywanych okrucieństwach. Ta jest inna, ta opisuje to, co lubię najbardziej - "jak się żyje zwyczajnym ludziom". Pokazuje okropności - ale i najzwyklejsze, codzienne troski, radości, problemy.

Same opisy indoktrynacji, uroczystości skontrastowanych z biedą i głodem, wszechobecnej inwigilacji - zdążyły się już opatrzeć, spowszednieć. Tu poruszyły mnie dwie sprawy - jak bardzo Koreańczycy z Północy są w gruncie rzeczy podobni do nas wszystkich (choć nie wiem, czy takie wrażenie odniesie też ktoś, kto nigdy nie żył w kraju komunistycznym). Pamiętając o wszelkich proporcjach, cała sfera działań ludzkich mających na celu zapewnienie choć namiastki godnego życia pomimo istnienia systemu - drobna przedsiębiorczość, bazary, przemyt przez granicę, czy historia o tym, jak przy pomocy igły i plastra omijano zakaz oglądania telewizji innej niż reżimowa - wszędzie chyba wygląda podobnie, jest sumą drobnych, jednostkowych buntów i prób uczynienia tego wrogiego świata choć odrobinę bardziej zdatnym do życia.

Druga wstrząsająca rzecz to studium zobojętnienia. Nauczycielka opowiada o tym, jak najzwyczajniej w świecie nie zauważała, że jej uczniowie zupełnie dosłownie przymierają głodem, jak nie odczuwała potrzeby podzielenia się z nimi posiłkiem. Zobojętnienie, przyzwyczajenie, odruch obronny, instynkt samozachowawczy, świadomość, że nie da rady pomóc wszystkim? Nie sposób osądzać, bo nie wiemy, jak sami byśmy się zachowali w takiej sytuacji

Na koniec mamy dalsze losy uciekinierów. Nie dla wszystkich Korea Południowa okazała się rajem. Niektórzy zostawili na północy rodzinę, inni stracili pieniądze przyznawane przybyszom, wszyscy mają problemy z odnalezieniem się w tej rzeczywistości, choć przecież sam fakt, że zdobyli się na ucieczkę świadczy o tym, że byli najbardziej przedsiębiorczymi, odważnymi, najmniej stłamszonymi jednostkami.

Dzisiaj znowu możemy oglądać Koreańczyków z Północy płaczących na ulicach po śmierci kolejnego "ukochanego przywódcy". I znowu zastanawiamy się, jak długo reżim jeszcze przetrwa. Dzięki książce Barbary Demick możemy choć odrobinę zrozumieć tę zbiorową rozpacz zamiat bezmyślnie ją połykać jako jeszcze jeden dziwaczny obrazek w telewizyjnych wiadomościach.

niedziela, 18 grudnia 2011
Przebiśniegi - A.D. Miller

"Przebiśniegi" to druga książka z mojego Bookerowego stosiku - prezentu urodzinowego. Pierwszej (Half Blood Blues) nie zrecenzowałam jeszcze, po części z lenistwa, a częściowo z braku pomysłu na mądrą recenzję.

"Przebiśniegom" niewątpliwie okropną krzywdę zrobiły działy marketingu. Na okładce mojej angielskiej wersji widnieje zapowiedź "Grahama Greene'a na spidzie", z kolei polski wydawca na Merlinie porównuje lekką ręką do "Milczenia owiec" Thomasa Harrisa. O ile to pierwsze porównanie jeszcze jest jako tako uprawnione, to drugie jest zupełnie od czapy, i jeśli ktoś spodziewa się psychopatycznych kanibali popijających wątróbkę czerwonym winem, to srodze się zawiedzie i ciśnie w kąt po parunastu stronach.

Więc jeśli nie krwawy thriller to co? Jest trup ale zbrodni oficjalnie nie ma, trup jest zresztą pomniejszy i robi za element dekoracji, tytułowy "przebiśnieg" czyli zwłoki ukryte w śniegu, wynurzające się spod jego zwałów na wiosnę. Trupa głównego nie ma, pozostaje niedopowiedziany. Jest wina, jest gra, jest powolne staczanie się i demoralizacja i jest Rosja a raczej Moskwa.

Moskwa - miasto, do którego przyjeżdża głowny bohater powieści, narrator, brytyjski, nudny prawnik, Nicholas. Moskwa - sama w sobie główna bohaterka tej książki, miasto-potwór, pożerające i wypluwające swoje ofiary, miasto śniegu i skrajności.

Lubię książki osadzone w Rosji, bo zawsze wydają mi się swojskie, znajome. Nie wiem dlaczego - pewnie kwestia jakiegoś przyzwyczajenia, bo nigdy w Rosji nie byłam - ale kiedy czytam o moskiewskich ulicach, kiedy bohaterowie zwracają się do siebie "Tatiano Władimirowna" i "Olegu Aleksandrowiczu", to opisywany świat wydaje mi się bliski. Może to doświadczenie całego pokolenia które uczono rosyjskiego w szkole a może tylko osobista sympatia.

Moskwa z książki, choć dzika, nieokiełznana, rządząca się swoimi prawami, ma jednak cechy znajome i bliskie chyba wszystkim mieszkańcom krajów postkomunistycznych. Domofony. Wszechobecne parkiety w mieszkaniach. Brudne, odrapane klatki schodowe. Zwały śniegu, u dołu przykrywające sterty śmieci i brudu, nieco wyżej upstrzone żółtymi zaciekami psich i ludzkich sików - jak na zimowej warszawskiej ulicy (tylko, że w Warszawie rzadko skrywają trupa - raczej pety, psie kupy i puszki...). Dacze - jak nasze "działki". I moje ulubione spostrzeżenie z moskiewskiego metra - o niepisanej zasadzie, która każe przystanek wcześniej wstać i z kamienną twarzą, nieruchomo, stać przy drzwiach wyjściowych aż do przystanku, na którym wysiadamy. Porównaj z warszawskim autobusem :) Dlatego nie zgadzam się z tymi recenzentami, którzy sarkają, że Miller opisuje banały "bo kolejki i brud mamy w Polsce" - bo takie spojrzenie przybysza z zewnątrz jest niesłychanie cenne i pokazuje, jak wbrew pozorom blisko nam do Rosji, jak cienka jest nasza "zachodnia", "cywilizowana" otoczka? Oczywiście daleko nam do dzikości moskiewskich obyczajów, ale coś jest, jakaś nieodparta bliskość i swojskość.

A oprócz wspaniałych obserwacji i opisów mamy historię upadku zupełnie zwyczajnego człowieka. Nicholas - brytyjski prawnik - wspomina swój pobyt w Rosji na początku wieku. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że to bardziej spowiedź niż zwyczajne wspomnienia, i że skierowana jest do konkretnej osoby, do kobiety, z którą chce spędzić resztę życia.

Nicholas pracował w kancelarii prawnej zajmującej się obsługą zagranicznych kredytów inwestycyjnych przyznawanych rosyjskim przedsiębiorcom. Pewnego dnia na stacji metra przypadkowo poznał dwie piękne siostry - Maszę i Katię. Po jakimś czasie poprosiły go o drobną przysługę: miał pomóc ich ciotce w przeprowadzeniu transakcji zamiany mieszkania.

Anglik, ślepo zakochany w Maszy, dopiero po pewnym czasie zorientował się, że historia dziewcząt kryje w sobie pewne luki, że nie wszystko jest takie, jak wydawało się na początku. Mimo wątpliwości, już coraz bardziej świadomie, jak zahipnotyzowany, posuwał się coraz dalej, aż do punktu, z którego nie było już odwrotu.

Zło jest banalne i łatwo mu ulec, przestrzega Nicholas. Zło w osobie mafijnego bandyty nie jest nawet w połowie tak przerażające jak to, które uosabia piękna Masza i jej siostra-nie siostra, kuzynka-nie kuzynka. Zło ma twarz pięknej dziewczyny, ale o wiele gorsza jest nasza skłonność do samooszukiwania się i ulegania mu bez walki.

Ostatecznie ani my, ani Nicholas nie dowiemy się, co tak naprawdę się stało. Może Tatiana Władimirowna rzeczywiście chodzi gdzieś po ulicach Moskwy z siateczką, w długiej spódnicy i grubych pończochach. Ale może nie - i to "może" nigdy już nie pozwoli bohaterowi normalnie żyć.

Siłą książki jest powolne odsłanianie tajemnicy, niedopowiedzenia i ta potęga, której sami ulegamy podczas czytania, próbując jakoś na siłę usprawiedliwić poczynania bohatera.

Ktoś pytał, czy lepiej czytać po polsku czy po angielsku - ja czytałam po angielsku i ta wersja bardzo mi się podobała.

czwartek, 15 grudnia 2011
Blogerzy do piór! :)

Na blogach okołoksiążkowych pojawiła się nowa akcja: Blogerzy książki piszą.

Akcja bliska mi i miła, bo przecież sama zostałam "znaleziona" na blogu i zanim zostałam młodą pisarką, byłam (znacznie młodszą) blogerką.

Pozwalam więc sobie bezczelnie skopiować notkę promującą akcję od Felicji (poniżej), a sama będę kibicować inicjatywie i mocno trzymać kciuki za piszące blogerki i piszących blogerów :)


Nowa akcja wymyślona przez blogerki: Avo_lusion i Krainaczytania jest bardzo interesująca. Warto zapoznać się z zasadami i w miarę swojego talentu i odwagi wziąć w niej udział lub pomóc ją rozreklamować.
Oto co piszą do nas pomysłodawczynie:

 
Kochani Blogerzy (nie tylko książkowi),

Ostatnio coraz większą popularnością cieszą się zbiory opowiadań, których autorami są nie tylko osoby znane w świecie literackim, ale także i ci, którzy mają wyobraźnię i potrafią zrobić z niej użytek, przelewając wymyślone przez siebie historie na papier. Tego typu opracowania zbiorowe wydawane są głównie w formie e-booków, natomiast czasami zdarza się, że także w formie tradycyjnej (papierowej). Motywacją do podejmowania takich projektów są rozmaite okazje, na przykład: Światowy Dzień Książki („Książki Moja Miłość”), Halloween („31.10. Halloween po polsku”), a ostatnio środkiem dopingującym stało się Boże Narodzenie, które zaowocowało powstaniem antologii 22 opowiadań o tym, jak przetrwać święta („O, choinka! Czyli jak przetrwać święta”)

W związku z powyższym Kraina Czytania i Książki Zbójeckie organizują akcję dla wszystkich Blogerów (nie tylko książkowych) polegającą na napisaniu opowiadania o tematyce dowolnej, które następnie zostaną zebrane w jedną całość i wydane w formie e-booka, a jeśli los będzie łaskawy, być może uda się wydać je także w formie papierowej. Wszystko zależy od ilości Waszych zgłoszeń. Dlatego też wszystkich zainteresowanych akcją Blogerów z wyobraźnią, dla których pisanie nie stanowi większego problemu, zapraszamy do wzięcia udziału w tym projekcie. Swoje prace można podpisywać prawdziwym nazwiskiem, bądź też pseudonimem, podając tytuł swojego bloga. Na Wasze opinie i zgłoszenia czekamy do dnia 31 grudnia 2011 roku. Swoje zgłoszenia możecie pozostawić w komentarzu do niniejszego wpisu lub przesłać pod wybrany adres mail’owy:

Kraina Czytania: aga510@op.pl
Książki Zbójeckie: odoj86@tlen.pl

Natomiast na gotowe już opowiadania czekamy do dnia 31 stycznia 2012 roku. Wszystkich zainteresowanych prosimy o poważne potraktowanie niniejszego projektu. Mamy nadzieję, że będzie nas jak najwięcej. Prosimy Was również o zamieszczenie niniejszej notki na swoich blogach w ramach dotarcia do jak najszerszego grona Blogerów.

Agnieszka i Danusia





Więcej TU: http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2011/12/Blogerzy-Ksiazki-Pisza-akcja.html#ixzz1gaqUFh4j

Tagi: akcja
10:28, mdl2
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Zakładki:
Blog-córka
Inne różności
Inni czytają
Napisałam
Przeczytane 1: 2013
Przeczytane 2: 2012
Przeczytane 3: 2011
Przeczytane 4: 2009
Przeczytane 4: 2010
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Spis moli